poniedziałek, 8 stycznia 2018

20:17 (2)

Oczywiście przeceniłem swoje tempo pisania, wobec czego wrzucam drugą część toplisty z lekką obsuwą. Ale nie ma tego złego – dzięki temu blog zaliczył właśnie pierwszy wpis w nowym roku, czyli można powiedzieć, że norma została wyrobiona. Gorzej niż w 2017 nie będzie. Nie przedłużając, czas na całkowicie subiektywny wybór doskonałych płyt:


10. Spaceslug – Mountains & Reminiscence
[stoner/doom/space rock, PL]
Spaceslug uruchomił silniki swojej rakiety i nabrał niezłego, wcale nie ślimaczego tempa: równo rok po debiucie wypuścił Time Travel Dilemma. Sporo sobie obiecywałem po tym albumie, ale w rezultacie nie poczułem w nim zbyt wiele magii – nie pomógł nawet gościnny występ Sandera Haagmansa z bliskiego memu sercu Sungrazera ([*]). Spaceslug nie zagościłby na mojej liście, gdyby nie epka Mountains & Reminiscence, która pojawiła się we wrześniu jako bonus. Składa się na nią materiał z dwóch sesji nagraniowych, w tym odrzuty z ostatniego LP. Te nadprogramowe kawałki istotnie nie pasują do smętnie pełzającej formuły długograja, i tym lepiej, bo przez to idealnie trafiają w mój gust. W niespełna 30 minutach zmieścił się tu m.in. prawdziwie kosmiczny doom, chwytający za serce od pierwszych dźwięków (Bemused and Gone), stonerowy hicior (I Am the Gravity), czy wybitnie wpadający w ucho, przebojowy numer, brzmiący jak ślimacza odpowiedź na Hush Deep Purple (Elephemeral). Melodie na epce są w ogóle chwytliwe, znacznie bardziej zbliżone do estetyki debiutu. Właśnie takiego grania życzyłbym sobie jak najwięcej od tej grupy.
Ulubione: Bemused and Gone, Elephemeral


9. Sasquatch – Maneuvers
[stoner rock, US]
Powiedzmy wprost: typowy stoner to już mocno wyeksploatowany gatunek. Niełatwo jest dokopać się do zespołów wyróżniających się w zalewie grania na jedno kopyto, niemniej jednak istnieje nieliczna grupa stonerowych składów, które, pomimo pozostawania od lat w formule prostego, surowego rocka, w dalszym ciągu potrafią wykrzesać z siebie dobre riffy. Jednym z takich wyjątków jest Sasquatch, atakujący piątym już albumem (po raz pierwszy zatytułowanym). Ich styl znam i lubię od dawna, i tym razem też się nie zawiodłem. Maneuvers to o tyle ciekawa płyta, że wśród typowo rockowych hitów, jak motocyklowy Rational Woman i rozbujany More Than You'll Ever Be, pojawiają się mocniejsze zwroty w kierunku brzmienia retro, uzyskane przez zastosowanie w trzech kawałkach organów Hammonda. Dochodzą one do głosu zwłaszcza w perfekcyjnym, końcowym Window Pain. Całość jednak pozostaje raczej w klimacie takich klasyków jak Nebula czy albumy Corrosion of Conformity z lat 90. Panowie z Sasquatch z pewnością nie odkrywają na nowo kalifornijskich pustyń, ale nie da się zaprzeczyć, że czują ich puls jak mało kto.
Ulubione: Rational Woman, More Than You'll Ever Be, Window Pain


8. Papir – V
[psychedelic rock, DK]
Oto i kolejna pozycja ze stajni El Paraiso, którą grzechem byłoby przeoczyć. Moja przygoda z Papir zaczęła się dawno temu, ale tak naprawdę dopiero w zeszłym roku nabrałem do nich autentycznego uwielbienia (dziś umieściłbym Czwóreczkę znacznie wyżej w rankingu), zwłaszcza po zapoznaniu się z nowym, dwupłytowym wydawnictwem. Piątka kontynuuje tradycję numerowania płyt i utworów, co jak najbardziej harmonizuje z formą instrumentalnych jamów, które praktycznie nie schodzą poniżej dziesięciu minut. Ta muzyka przecudnie płynie, a przy tym jest mocno zróżnicowana – każdy kawałek prezentuje inne podejście do psychodelii i gatunkowe inspiracje, od space rocka (V.II), przez post-rock (V.III) i jazz (V.IV), po ambient (V.VII). A wszystko to ujęte w ramy brzmienia cieplutkiego niczym letnia bryza. Pierwsza część albumu jest przy tym bardziej dynamiczna, natomiast w drugiej grupa przechodzi w spokojniejsze tony. Zwieńczeniem tego jest ostatnia, 25-minutowa kompozycja, w której eterycznie wibrujące gitary budują senny, falujący od gorąca klimat. Tak wyborną, rozmarzoną psychodelię potrafią tworzyć tylko oni.
Ulubione: V.I, V.III, V.IV


7. Crystal Fairy – Crystal Fairy
[alternative rock, US]
Dziwna sprawa. Nigdy nie byłem wielkim fanem Melvins, a do tego nie zachwyca mnie At the Drive-In, The Mars Volta ani Le Butcherettes, a jednak z połączenia członków tych wszystkich zespołów wyszedł na świat projekt, obok którego nie mogłem przejść obojętnie. W przeciwieństwie do wielu innych tworów określanych jako supergrupy, Crystal Fairy broni się nie tylko nazwiskami, ale przede wszystkim muzyką, zbudowaną na brudnych riffach i obłędnym wokalu. Po typowo melvinsowej gitarze słychać, że to głównie Buzz i Dale odpowiadają za brzmienie i kompozycje. Panowie postawili na proste, wpadające w ucho kawałki, bez zbędnego eksperymentowania, co zaowocowało albumem o wyjątkowo przebojowym charakterze. Pięknie chodzą tu stonerowate riffy, zarówno, gdy atakują bezpardonowo w dynamicznych numerach (Chiseler, Vampire X-Mas), jak i w wolniejszych, jeszcze niżej nastrojonych (Drugs on the Bus, Moth Tongue). Świetnie splata się z nimi nieco punkowy wokal Teri, która wyraźnie bawi się tu swoim głosem i nie waha się wchodzić w rozmaite tonacje. Słychać zresztą, że ten projekt to dla wszystkich muzyków czysty fun i odskocznia od ambitniejszego grania, a w takiej formie kupuję ich bez zastanowienia.
Ulubione: Chiseler, Necklace of Divorce, Bent Teeth


6. Electric Moon – Stardust Rituals
[psychedelic/space rock, DE]
Miłośnikom kosmicznych wojaży nie trzeba raczej przedstawiać Electric Moon, projektu pod wodzą Suli Bassany, który przez ostatnie siedem lat wypuścił całe multum płyt. Tuż po debiucie słuchałem ich namiętnie, ale potem na długi czas zniknęli z mojego radaru i powróciłem do nich dopiero teraz, przy okazji wydania Stardust Rituals. I od razu pożałowałem, że tak późno, bo tak cudnego space rocka nie słyszałem już od dawna. Nowy album jest znacznie bardziej subtelny – więcej tu klawiszowego plumkania i miejsca na oddech, jak w słodkim przerywniku Astral Hitch Hike, gdzie główną rolę odgrywa sitar. Większa przestrzeń i dalekowschodnie brzmienia (do pary z cykaniem świerszczy) przewijają się też w ponad 20-minutowym Live Forever Now (You Will). Gitara wysuwa się na pierwszy plan tylko w środkowej części tego bajecznego utworu. Całkowicie zdominowany przez dziką psychodelię jest natomiast Stardust (The Picture) – prawdziwe arcydzieło kosmicznego grania, które hipnotyczny klimat zawdzięcza w równej mierze kwaśnym improwizacjom, co powtarzanym niczym mantra słowom „we are the stars, we are the Sun”. Całość to zresztą przepyszny trip, do którego wraca się z przyjemnością.
Ulubione: Stardust (The Picture), Astral Hitch Hike


5. Dopelord – Children of the Haze
[doom metal, PL]
Jednym z niewielu zespołów wagi ciężkiej, które w ubiegłym roku wzbudziły mój zachwyt, był Dopelord, powracający z trzecim albumem – Children of the Haze. Panowie dość wysoko podnieśli poprzeczkę wydanym cztery lata temu Black Arts, Riff Worship & Weed Cult i chociaż początkowo miałem pewne wątpliwości, to po wielokrotnym przewałkowaniu ich najnowszego dzieła muszę przyznać, że w dalszym ciągu są bezkonkurencyjni. To kolejny monument ku czci zielska i okultyzmu, przed którym należy bić pokłony – jest świetny od początku do końca. Warte odnotowania są zwłaszcza zbudowany na cyklopowych riffach Navigator, sludge'owy Scum Priest i mój ulubiony punkt programu: Dead Inside (I&II) okraszony wybornym tekstem. Kawałek sklejony na zasadzie kolejki górskiej – sunie mozolnie w pierwszej, melancholijnej części, by w drugiej odpalić napęd FTL i z pełną parą wejść w hiperprzestrzeń. Wszystko to podparte solidną produkcją, może nie tak przybrudzoną, jak na starszych płytach, ale za to powalającą monstrualnym brzmieniem gitar. Bez dwóch zdań, Dopelord to polska doomowa czołówka.
Ulubione: Navigator, Scum Priest, Dead Inside (I&II)


4. Chicos de Nazca – Living Lightime
[psychedelic rock, CL]
Chilijska psychodelia ma naprawdę mocną reprezentację, i chociaż dopiero wgryzam się w tę scenę, to zdążyłem się już przekonać, że chłopaki z Nazca należą do jej najciekawszych przedstawicieli. Jakimś cudem dopiero w zeszłym roku dogłębniej zainteresowałem się ich graniem, ale co się odwlecze, to nie uciecze – wsiąkłem w tę muzykę totalnie. Living Lightime był jedną z najczęściej wałkowanych przeze mnie płyt zeszłego lata. Nic dziwnego, bo to niebywale ciepła muzyka, pełna chilloutowego klimatu i chwytliwych melodii. Aż się prosi, by usiąść w słoneczku i zrelaksować przy dźwiękach Alive When I Die czy Never Ends, lub pobujać przy żywszym Time Daze. Chicos de Nazca są dla mnie mistrzami w tworzeniu lekkostrawnych, psychodelicznych piosenek, i dziw bierze, że tak sympatycznej muzyki nie puszcza się w radiu. Co kawałek, to śliczny riff. Takich płyt jak Living Lightime czy Submarine Life mógłbym ostatnio słuchać na okrągło, więc bez wątpienia wrócę do Nazca jeszcze nie raz, zwłaszcza, gdy aura dorówna upalnemu klimatowi muzyki.
Ulubione: Time Daze, Alive When I Die, Breaking All Her Time


3. The Stubs – Let's Die
[garage rock/punk/rock'n'roll, PL]
Jak odchodzić, to z przytupem, u szczytu swoich twórczych możliwości. Taką dewizą kierowały się bez wątpienia kasztany z The Stubs, ogłaszając przed premierą swojego czwartego albumu: „LET’S DIE, KURWA, WYDAJEMY PŁYTĘ A POTEM SIĘ ROZPADAMY!”. Wieść okropna, wieść to smutna, tym bardziej, że Let's Die okazał się najlepszym wydawnictwem w ich dyskografii. Dosłownie każdy numer tutaj to taneczny hicior, począwszy od You Don't Know Shit, przy którym nóżka sama podryguje, a na agresywnym utworze tytułowym skończywszy. Na naszym podwórku The Stubs nie mieli sobie równych, gdy chodziło o granie autentycznie surowego rocka, zabarwionego lekko bluesem i punkową energią. Krótko mówiąc, muzyczna afirmacja życia. Nieco inaczej ma się sprawa z warstwą tekstową, w której nie jest już tak wesoło, ale to też część konwencji przyjętej przez zespół – nurzać się w czarnym humorze i mówić o ponurych rzeczach w radosny sposób. W tym stylu utrzymane są zresztą od początku tytuły płyt, a Let's Die to ich logiczne zwieńczenie. The Stubs skończyli tak, jak zapowiadali w nazwie epki sprzed paru lat (Kill Yourself), ale samobójstwo wyszło im wyjątkowo pięknie.
Ulubione: You Don't Know Shit, Gone, Take off Your Shoes, Let's Die


2. Causa Sui – Vibraciones Doradas
[stoner/psychedelic rock, DK]
Causa Sui nieustannie zachwyca. Przyznam, że korciło mnie, by drugi rok z rzędu umieścić ich płytę na pierwszym miejscu, ale jednak odstąpiłem złoto innemu, równie solidnemu wydawnictwu. Moi ulubieni Duńczycy nie pozostają jednak daleko w tyle. Nie ostygły jeszcze odtwarzacze po gorącym Return to Sky, a grupa już dołożyła do pieca kolejny rozpalony materiał, wypełniony jeszcze mocniejszym łojeniem. Powiem więcej, to ich najbardziej stonerowy album od debiutu. Srogie riffy do pary z gęsto nabijanym rytmem szarżują zwłaszcza w The Drop i przebojowym Seven Hills, a także dają się odczuć w spokojniejszym El Fuego, który otwiera wybitnie tłusta linia basu. Causa Sui nie byliby sobą, gdyby nie wymieszali porywistego grania z paroma płynnymi fragmentami, jak Viborera czy końcówka The Drop. To nie one stanowią tu jednak główną atrakcję, co dobitnie pokazuje zamykający całość utwór tytułowy, który na otwarcie strzela w ryj potężnym, doomowym (!) riffem. Ta ekipa doskonale pamięta o swoich korzeniach i udowadnia, że w stonerowym wydaniu wciąż czuje się znakomicie. Ubóstwiam i chcę więcej.
Ulubione: The Drop, El Fuego, Seven Hills



1. Pontiak – Dialectic of Ignorance
[stoner/psychedelic rock, US]
A oto i on: album, który zeszłego roku przetyrał mnie najokrutniej. Do tej pory nie pojawiła się u mnie żadna wzmianka na temat Pontiak, bo i nie było zbytnio o czym mówić – choć od 2005 roku bracia nagrali już osiem płyt, łącznie z najnowszą, to niespecjalnie przykuli moją uwagę. Aż do momentu, gdy trafiłem na przedpremierowy Tomorrow Is Forgetting i dałem się porwać jego transowej poetyce, wypracowanej głównie przez cudownie chodzącą perkusję i mantryczny tekst. Dialectic of Ignorance okazał się być czymś zupełnie odmiennym od surowych, rockowych piosenek ze starszych albumów. Pontiak prezentuje tu bardziej stonowane oblicze, koncentrując się przede wszystkim na mechanicznym brzmieniu sekcji rytmicznej, co słychać zwłaszcza we wzbogaconym o ciężki riff Ignorance Makes Me High, wspomnianym Tomorrow Is Forgetting i żywszym Dirtbags. Kwaśna gitara i subtelnie wibrujące klawisze głównie ubarwiają jednostajny rytm, nierzadko pozostając w tle przez cały utwór. Już same te repetycje nadają całości mocno hipnotycznego posmaku, ale by dopełnić dzieła, nafaszerowano utwory pogłosami, co niejako zdaje się już sugerować sama okładka. Z opisu brzmi to może ciężkostrawnie, ale muzyka Pontiak nie traci przy tym melodyjnego charakteru, który zawdzięcza w dużej mierze wokalowi w stylu Davida Gilmoura. Wyśpiewane jego głosem genialne teksty też na pewno przełożyły się na moje uwielbienie dla Dialectic of Ignorance, trafiając mnie w odpowiednim momencie. Nie miałem wątpliwości, że to będzie mój album roku, kiedy tylko uderzyła mnie melancholijna atmosfera wykreowana w otwierającym Easy Does It, a takie kawałki jak minimalistyczny Hidden Prettiness czy napędzany improwizacjami We've Fucked This Up tylko mnie w tym utwierdziły. Wszystko to składa się na wyjątkowo spójny i przemyślany charakter tej płyty, brzmiącej wręcz jak jeden, długi jam. Ta estetyka z pewnością nie trafi do każdego, ale dla mnie jest bliska perfekcji.
Ulubione: Easy Does It, Ignorance Makes Me High, We've Fucked This Up




Tyle w kwestii moich faworytów. Lista może być odrobinę zaskakująca, przynajmniej dla osób, które uważniej śledziły wydawnicze nowości w podobnych klimatach. Łatwo zorientować się, że brakuje tu przynajmniej kilku zespołów, przewijających się na wysokich miejscach w poprzednich latach, które i teraz teoretycznie powinny być pewniakami. Właśnie z nimi miałem w zeszłym roku największy problem. Płyty wielu hołubionych przeze mnie grup okazały się co najwyżej średnie i nawet w niewielu przypadkach odpalałem je więcej niż raz. Może zrobiłem się strasznie wybredny, ale mam wrażenie, że takich płyt była cała masa. To też jeden z powodów, dla których niespecjalnie miałem ochotę zabrać się za pisanie.

Konkrety? Rozdęty do niesłychanych rozmiarów i przez to ciężkostrawny Elder; zwyczajnie miałki The Flying Eyes (naprawdę próbowałem się w niego wkręcić, ale może ze dwa kawałki z płyty przykuwały uwagę); cięższy niż zwykle, ale przez to tracący fajny aspekt retro Kadavar; nudny jak diabli Sleepy Sun; zbyt progresywny jak na mój gust Colour Haze; kserujący stare kawałki w niekoniecznie dobry sposób John Garcia; zamieniający się z Budką Suflera na głowy Sólstafir; nijaki Royal Blood, który wypuścił najlepsze kawałki jako single; smętny Spaceslug; czy w końcu będący cieniem samego siebie Electric Wizard.

Wymieniać mógłbym długo, ale żeby nie przesadzać z narzekaniem, muszę przyznać, że wyszło też parę płyt, co do których mam świadomość, że zasługują na uwagę, ale zwyczajnie nie czułem się na siłach na takie granie. Wśród nich na pewno byłby Pallbearer, Dälek czy Ufomammut – pewnie dam im jeszcze kiedyś szansę. Co do albumów, które uznałem za faktycznie dobre, ale nie zmieściły się już w dwudziestce, mógłbym wymienić: wybitnie srogi minimalizm Emptyset; pustynne afrykańskie bluesy od Tinariwen i Tamikrest; ciężką psychodelię The Janitors; ładne stonery The Heavy Clouds; kwaśne, choć słabsze niż poprzednio piosenki New Candys; a także mocarny kosmiczny trip Black Moon Circle.

I jeszcze tradycyjna wzmianka o koncertach. Pod tym względem to był całkiem udany rok, na tyle obfity w interesujące mnie brzmienia, że kilka wydarzeń odpuściłem sobie bez większego żalu (chociaż akurat nieobecności na Soundrive żałuję). Udało mi się za to obejrzeć parę polskich zespołów, na które miałem chęć już od jakiegoś czasu, a były to: Syny, ARRM, Lonker See, Octopussy w nowym składzie, Sunnata, Spaceslug, Furia i po raz trzeci Dopelord. Ma się rozumieć, nie ominąłem też koncertu The Stubs w ramach ich najostatniejszej trasy. Zagranicznych grup było mniej, a w tym gronie znaleźli się: King Dude, Perturbator i parę zespołów występujących na SpaceFeście, w tym 10 000 Russos, New Candys, Mugstar i Odd Couple. Wszystkie występy naprawdę dobre, a niektóre wręcz znakomite, dlatego trochę szkoda, że nie pokusiłem się o żadną relację. Może w tym roku będę pod tym względem bardziej aktywny.

Czas kończyć, bo powoli zaczynają się już pojawiać interesujące albumy z nowego roku (w trakcie pisania tego tekstu obsłuchiwałem już Weedpeckera). Pozostaje liczyć, że 2018 okaże się łaskawszy, nie tylko pod względem muzycznym, bo i w innych kwestiach nie było dobrze. Natomiast co do mojego pisania, to mam parę pomysłów, które chciałbym w końcu zrealizować, więc możliwe, że coś tu się pojawi już niebawem. Czyli jeszcze przed grudniem.
S.

2 komentarze:

  1. the app stopped working, so if you do not have news of mine, it's because I'll already have died in a vortex of space-time ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Daamn, so it couldn't handle our monstrously long messages after all.. But thanks for letting me know, I won't let you die so easily! How about switching to a different form of communication? We have plenty of choice, of course if you wish to continue. For a start, you can reach me here: sunngrazer(at)gmail.com
      Hope to hear from you soon

      Usuń