poniedziałek, 25 grudnia 2017

20:17 (1)

Przyznaję się bez bicia – pod kątem blogowej twórczości zawaliłem ten rok totalnie. Mimo wszystko w dalszym ciągu siedzi gdzieś we mnie potrzeba nagryzmolenia czasem paru słów o muzyce, więc zmobilizowałem się na ostatnią chwilę i wrzucam tradycyjne zestawienie moich najulubieńszych albumów z mijającego roku. Póki co tylko druga dziesiątka. Z racji, że nie publikowałem recenzji, to opisy będą tym razem nieco dłuższe niż przy dotychczasowych podsumowaniach, i to jest też jeden z powodów, dla których wyjątkowo zdecydowałem się podzielić wpis. Inne tematy, w tym obowiązkowe smęcenie na niski poziom wielu zespołów w kolejnej części, a teraz tylko same przyjemności. Zapraszam i polecam:


20. Hark – Machinations
[sludge/heavy/progressive metal, UK]
Tegoroczne zestawienie otwiera Hark. Tym razem trafiają na listę znacznie niżej niż trzy lata temu, kiedy to ich debiut znalazł się u mnie w ścisłej czołówce. Chociaż w nowej odsłonie nie zrobili na mnie już tak mocnego wrażenia, to mimo wszystko nie mogło ich tu zabraknąć, z uwagi na całkiem sporą liczbę hitów, które przetaczają się przez Machinations. Ten album zdaje się być bardziej dynamiczny od poprzedniego, ale nie licząc tego, w stylu Hark nie zaszło zbyt wiele zmian. W dalszym ciągu srogie, sludge'owate riffy przeplatają się z progowymi łamańcami, zmiany tempa są liczne, wokal monotonny, a konstrukcja kawałków jest, jak na ciężkie granie, wyjątkowo złożona. Tęsknić można co najwyżej za wolniejszymi, doomowymi wstawkami. No i brzmieniem. Koszmarnie płaska produkcja jest najgorszym elementem nowej płyty. Choć jest właściwie coś gorszego: to ostatni album wydany pod szyldem Hark. Pod koniec listopada zespół ogłosił koniec działalności. Szkoda, bo z tak zgrabną gatunkową mieszanką miał wszelkie predyspozycje, by powtórzyć sukces Baroness.
Ulubione: Fortune Favours the Insane, Disintegrate, The Purge


19. Alfa Mist – Antiphon
[jazz/alternative hip-hop, UK]
Z racji, że na każdej liście była do tej pory przynajmniej jedna pozycja od czapy, nie powiązana w żaden sposób z innymi gatunkami, to i teraz tradycji musi stać się zadość. Antiphon to całkowicie przypadkowe znalezisko, które w pierwszej kolejności urzekło mnie okładką, a dopiero w następnej cieplutkimi klawiszami otwierającego album utworu Keep On. Od razu nasunęły mi się skojarzenia z lekkimi, plumkającymi płytami w stylu fusion jazzu od Return to Forever czy Weather Report, w których kiedyś się zasłuchiwałem. Chociaż jazz w wykonaniu Alfy uderza w podobne tony i niewątpliwie czerpie z fusion natchnienie, to jego brzmienie jest zdecydowanie współczesne. A także o wiele bardziej melancholijne. Całość jest utrzymana w kameralnej atmosferze, którą, prócz chilloutowej muzyki, tworzą filozoficzne nawijki Alfy z jego ziomeczkami. Choć trzeba zaznaczyć, że nie są to dosłownie pojmowane rapsy – hip-hop, eksploatowany bardziej na poprzedzającej Antiphon epce Nocturne, przewija się tu raczej w formie inspiracji. I dobrze, bo nie burzy to przyjemnej, jazzowej harmonii.
Ulubione: Keep On, Breathe, Nucleus


18. Pigs Pigs Pigs Pigs Pigs Pigs Pigs – Feed the Rats
[stoner/doom/psychedelic rock, UK]
Z pewnością niemało trzeba wypalić, by nazwać zespół równie ekstrawagancko. Obok Pigs Pigs Pigs Pigs Pigs Pigs Pigs nie sposób przejść obojętnie, bardziej jednak ze względu na ich muzykę niż na nazwę. Feed the Rats to debiut aktywnej od paru lat ekipy, która do tej pory miała na koncie jedynie split z The Cosmic Dead i wydany na kasecie Psychopomp. Ten sam utwór otwiera zresztą ich długodystansowy album, tyle że pozbawiono go tutaj kilkuminutowego kosmicznego intra. Nie ma litości – od samego początku zostajemy wrzuceni w sam środek akcji, prosto w wir potężnych riffów. Twórczość Pigs Pigs Pigs Pigs Pigs Pigs Pigs to w istocie cyklopowo ciężka, gwałtowna psychodelia okraszona darciem japy (porównywanym często do wokalu Lemmy'ego), niepozbawiona jednak odrobiny finezji. Do tego dochodzi sążnistość utworów – główną atrakcję stanowią dwa kilkunastominutowe kawałki, pomiędzy które wciśnięto krótki, sabbathowy Sweet Relief. Mówiąc wprost: ta płyta to nie są rurki z kremem. W tej kategorii wagowej rzecz niełatwa do przebicia.
Ulubione: Psychopomp


17. Mythic Sunship – Land Between Rivers
[stoner/psychedelic rock, DK]
Kolejne mocne uderzenie od El Paraiso Records. I (spoiler) nie jedyne w tym zestawieniu. Nowa pozycja od Mythic Sunship nie uwiodła mnie może do tego stopnia, co zeszłoroczny Ouroboros, jednak ma w sobie momenty, które trafiają wprost do mojego serduszka. Konkretniej rzecz ujmując – momenty dzikiej, nieokiełznanej psychodelii. Tym razem płyta nie uderza jednak w ryj od pierwszych dźwięków. Otwierający Nishapur rozwija się powoli i posępnie, jak nadciągająca burza, by dopiero po kilku minutach przekształcić się w huraganową ścianę dźwięku. W znacznie cieplejszym klimacie utrzymany jest High Tide, zarazem najciekawszy spośród trzech utworów, pełen żywiołowych partii, przeplatanych luźniejszymi wstawkami na złapanie oddechu. Na sam koniec grupa wraca w ponure rejony i domyka całość króciutkim jak na ich standardy, niemal post-rockowym Silt. Świetny kwasowy jam to jedno, album jest do tego perfekcyjnie wyprodukowany (za stołem mikserskim Jonas Munk z Causa Sui). Z niecierpliwością czekam na kolejne wydawnictwo od Mythic Sunship, które pojawi się już niebawem.
Ulubione: High Tide


16. 10 000 Russos – Distress Distress
[krautrock/psychedelic/space rock, PT]
Krautowi Portugalczycy z Rosjanami w nazwie kontratakują. Miałem niedawno olbrzymią przyjemność oglądać ich na żywo (wspaniałe transowe widowisko) i koncert ten niewątpliwie podniósł w moich oczach wartość nowego albumu. Powtórzę się, ale po raz kolejny bardziej do gustu przypadł mi debiut. Co nie zmienia faktu, że Distress Distress to dzieło nietuzinkowe, dogłębnie wkręcające się w czerep za pomocą kosmicznie hipnotyzującej psychodelii na miarę Föllakzoid. Siłą 10 000 Russos są przede wszystkim smakowite repetycje, zbudowane na bazie transowych rytmów perkusji i basu. Całość jest bardziej zapętlona niż na poprzedniej płycie, a do tego ma w sobie sporo z industrialnego klimatu, zahaczającego o zimnofalowe brzmienia. Na pierwszy ogień idzie co prawda chwytliwy, mocno psychodeliczny Germinal, ale już zamykający album Distress opiera się głównie na pulsujących bębnach, przywodzących na myśl pracującą maszynerię, dopełnianych pod koniec dźwiękiem syren. Domieszka politycznych odniesień (Europa Kaput) sprawia, że ten specyficzny krautrock pochłania się z rozkoszą.
Ulubione: Germinal, Tutilitarian, Distress


15. The Myrrors – Hasta la Victoria
[krautrock/psychedelic folk, US]
Jakimś trafem nie miałem do tej pory zbyt wiele styczności z The Myrrors (kto by się połapał w tym natłoku kwaśnego grania), a po obsłuchaniu ich najnowszego albumu widzę, że sporo dobroci mnie ominęło. Hasta la Victoria to krautrock pełną gębą, łącznie z folkowymi odjazdami i niestandardowym instrumentarium. Album został spięty klamrą z dwóch długich utworów, w których królują repetycje – Organ Mantra z przewodnim motywem na saksofonie, i tytułowy Hasta la Victoria z dodatkiem fletowych improwizacji. Oba absolutnie bajeczne i hipnotyzujące. Najwięcej z rocka ma w sobie krótki, ostry Somos La Resistencia (chociaż ponownie z saksofonem w głównej roli), z kolei pozostałe dwa utwory to już typowo folkowa podróż w rejony bliskowschodnie. Skojarzenia z Popol Vuh nasuwają się same. Trzeba przyznać, że rozpiętość muzycznych horyzontów na tej płycie jest dość rozległa, ale jednocześnie nie traci ona przez to na spójności. Jazz, psychodelia i orientalne brzmienia – w tak dobrym wykonaniu ta mieszanka sprawdza się wyśmienicie.
Ulubione: Organ Mantra, Tea House Music, Hasta la Victoria


14. The Picturebooks – Home Is a Heartache
[alternative/blues rock/garage rock, DE]
Pamiętam, jak kilka lat temu nakręciłem się ostro przed wydaniem Imaginary Horse, bo w stylu The Picturebooks zapowiadał się zwrot w kierunku smakowicie surowego grania, ale efekt końcowy dość mocno rozminął się z moimi oczekiwaniami. Zwyczajnie wiało nudą. Do Home Is a Heartache podszedłem bez większych nadziei i tym razem niemiecki duet zrobił na mnie wrażenie. Czuć wreszcie tę dzikość i pustynny, momentami wręcz stonerowy klimat, którego brakowało mi poprzednim razem. Perkusja nadaje wszystkiemu nieokrzesany ton, z czym idealnie komponują się spartańskie riffy i indiańskie zaśpiewy wokalisty (zwłaszcza w takich hitach jak Wardance, Zero Fucks Given i Cactus). The Picturebooks zdołali posunąć surowy aspekt blues/garage rocka do granic, tworząc muzykę szorstką jak zarost Clinta Eastwooda. Pojawia się oczywiście kilka mniej interesujących numerów, ale te lepsze wynagradzają to z nawiązką. Żałuję tylko, że nie wybrałem się na ich koncert, kiedy miałem okazję, bo energia emanująca ze studyjnych nagrań bez wątpienia powala na żywo.
Ulubione: Wardance, On These Roads I'll Die, Heathen Love


13. Demonic Death Judge – Seaweed
[stoner/doom/sludge, FI]
Niełatwo było mnie w tym roku zadowolić w temacie ciężkiej muzyki, ale paru grupom udała się ta sztuka, a jedną z nich jest sludge'owy Demonic Death Judge. Seaweed to już ich trzeci longplej, a dla mnie pierwsza styczność z ich twórczością. Przyznam, że po początkowych, rozbujanych kawałkach, zdominowanych przez stonerowy luz (Taxbear i Heavy Chase), nie spodziewałem się, że całość będzie miała znacznie bardziej nietypowy i niejednoznaczny wydźwięk. Seaweed to niezwykle zróżnicowany album, kipiący od pomysłów, unurzanych w bagnistych riffach. Prócz typowo stonerowych bangerów znalazło się tu miejsce i na psychodeliczne improwizacje, przewijające się przez całą płytę, i na kreowanie atmosfery (instrumentalny Cavity), i na blues rocka (Backwoods). Ten ostatni to zresztą wybitnie lekki i sympatyczny numer, wzbogacony o cowbell, banjo i śpiew ptaków w tle (sic!). W dalszej części płyty dochodzą do głosu posępne nuty i melancholijny klimat, najlepiej uchwycone w Pure Cold i Peninkulma. Dalekie są jednak od typowo sludge'owych depresorów. Ogółem muzyka wybornie smolista, dobrze korespondująca z okładkowym nurkiem w mosiężnym hełmie.
Ulubione: Taxbear, Backwoods, Pure Cold


12. Slowdive – Slowdive
[shoegaze/dream pop, UK]
Zaznaczę to na początku: nie umiem w klasycznie pojmowany shoegaze. Poza być może jednym wyjątkiem potwierdzającym regułę, nigdy nie udało mi się wkręcić w te płyty z lat 90, z jednej strony rozmarzone, a z drugiej walące po uszach ścianami dźwięku. Nie wiem zatem, co skłoniło mnie do odpalenia Star Roving, singla z nowego albumu zmartwychwstałego Slowdive, ale okazało się to strzałem w dziesiątkę. Zadziwiająco chwytliwa melodia, umiarkowanie hałaśliwe gitary, a to wszystko przy zachowaniu odpowiednio marzycielskiego charakteru. Shoegaze w wykonaniu nowego Slowdive jest zresztą mocno stonowany, oscylujący raczej wokół dream popu, co daje się odczuć zwłaszcza w Slomo czy Sugar for the Pill. Całość nie jest może tak energiczna jak singiel, ale i tak totalnie pochłaniająca. Nie odnoszę się do starszych płyt, bo przykładowo Souvlaki odpuściłem sobie po jednym obsłuchaniu, ale z perspektywy dyletanta te dwadzieścia lat przerwy między albumami zrobiło im doskonale. Zdecydowanie najlepsza rzecz w kategorii sentymentalnego grania, jaką słyszałem w tym roku.
Ulubione: Star Roving, No Longer Making Time, Go Get It


11. Ulaan Passerine – The Landscape of Memory
[psychedelic folk, US]
Już od jakiegoś czasu delektuję się twórczością Stevena R. Smitha, i chociaż spenetrowałem może dopiero jakąś połowę z jego obszernej dyskografii (licząc ze wszystkimi pobocznymi projektami), to jestem absolutnie zafascynowany tym człowiekiem. Niesamowita jest u niego mnogość pomysłów, różnorodność podejścia do psychodelii i wytrwałość w eksploracji folkowych rubieży. A Ulaan Passerine wyrasta obecnie na jeden z najciekawszych odłamów jego twórczości. Wydany niedawno pod tym szyldem The Landscape of Memory jest zaskakująco intensywny jak na album o tak minimalistycznym charakterze. Muzyka płynie sobie tu niespiesznie w ciepłym, nostalgicznym tonie, przenosząc się często w rejony ambientowe, a przy tym, jak mało co, pobudza emocje i wyobraźnię. Dwie długie kompozycje, zbudowane wyłącznie w oparciu o gitarę, skrzypce i klawisze to rzecz, w której można bez reszty się zatopić (zwłaszcza w ich początkowych fragmentach). Rzadko kiedy tytuł płyty tak idealnie oddaje muzykę. Poezja.


Na razie to tyle. Pierwsza dziesiątka pojawi się prawdopodobnie jeszcze w tym roku. A tymczasem: wesołych świąt.
S.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz