sobota, 31 grudnia 2016

20:16

Zleciał trzeci rok mojej blogowej egzystencji. W ostatnich tygodniach zabrakło mi co prawda trochę weny na opisanie wszystkiego, co planowałem, ale standardowego podsumowania postanowiłem sobie nie odpuszczać.
Pewnie wypadałoby zacząć ten wpis od tragicznego spustoszenia, jakie 2016 rok poczynił wśród bardziej lub mniej mainstreamowych muzyków (przez co zresztą stał się już memem), ale daruję sobie szczegóły z racji hipsterskiego charakteru tego bloga. Zamiast tego będzie o pozytywnych aspektach mijającego roku, czyli o najciekawszych albumach i zabójczych koncertach. Na początek więc tradycyjnie idzie lista moich 20 faworytów – jak zwykle wybór czysto subiektywny. Ranking raczej nie będzie zaskoczeniem dla kogoś, kto śledził starsze notki, chociaż pojawia się na niej też parę rzeczy, o których do tej pory nie było mowy. Ale od razu uprzedzam, że ostatniego Bowiego ani Cohena tu nie znajdziecie (mimo że to dobre płyty). Jedziemy zatem od końca:


20. Dead Horse One – Season of Mist
[shoegaze/psychedelic rock, FR]
Jedno z moich ostatnich odkryć, jednak zdecydowanie warte wzmianki, choćby symbolicznie na 20 miejscu. Świetne połączenie marzycielskiego shoegaze'u z psychodelicznymi odpływami, lub w skrócie: My Bloody Valentine na kwasie.
Ulubione: Season of Mist, Mesmerize Me, Sons of God






19. Quilt – Plaza
[retro/indie/psychedelic rock, USA]
Najsmaczniejsza rzecz z szeroko pojętego retro grania, do jakiej się ostatnio dokopałem. Niebywale lekkie, cieplutkie i sympatyczne piosenki w subtelnie psychodelicznej, popowo-rockowo-folkowej stylistyce. I ta okładka!
Ulubione: Roller, Eliot St., Own Ways






18. Yawning Man – Historical Graffiti
[desert rock, USA]
Argentyńskie tango na kalifornijskiej pustyni. Twórcy stonera udowodnili, że w dalszym ciągu potrafią tworzyć śliczne kompozycje, na dodatek z nietypowym instrumentarium. Najciekawsza studyjna odsłona Yawning Man.
Ulubione: The Wind Cries Edalyn, Historical Graffiti






17. The KVB – Of Desire
[psychedelic/post-punk, UK]
Powrót brytyjskiego duetu do wpadających w ucho piosenek jest stanowczo warty odnotowania. Pyszna mieszanka shoegaze'owych gitar, pulsujących bitów i lekkiego kwasu, a to wszystko w post-punkowych ramach.
Ulubione: Night Games, Silent Wave, Never Enough






16. Josefin Öhrn + The Liberation – Mirage
[psychedelic rock/krautrock, SE]
Szwecja twardo stoi psychodelią, a ze wszystkich tego typu rzeczy, które się tam ukazały tego roku, Josefin Öhrn urzekła mnie najbardziej. Mniej tu krautów niż na debiucie, ale i tak jest wybitnie transowo, a przy tym chwytliwie.
Ulubione: Sister Green Eyes, Rainbow Lollipop, Imagine You





15. Vysoké Čelo – Liście na Księżycu
[psychedelic folk/ambient, PL]
Wyśmienity debiut polskiego duetu, mocno inspirowany dokonaniami Stevena R. Smitha. W skrócie, to relaksująca muzyka, przywołująca obrazy natury na obcych planetach. Totalnie niszowa rzecz, co jednak nie umniejsza jej wartości.
Ulubione: Erdő, Zniknął Cały Las






14. Dälek – Asphalt for Eden
[experimental rap/noise, USA]
Dälek nie wypuścił jeszcze słabej płyty, a tą nową przebija inne pozycje z tegorocznych nietypowych rapsów. Jak zwykle to nawijka z przekazem na hałaśliwych tłach, ale przy tym wyjątkowo słuchalna.
Ulubione: Critical, 6dB, Control






13. Entropia – Ufonaut
[black metal, PL]
Zmiana stylistyki Entropii, z lirycznej na brutalnie kwasową, zdecydowanie wyszła im na dobre. Ten album to jeden potężny, międzygalaktyczny strzał w mordę. A przy tym bodajże jedyny w swoim rodzaju przykład kosmicznego black metalu.
Ulubione: Samsara, Apogeum, Mandala





12. La Femme – Mystère
[new wave/psychedelic/surf rock, FR]
Moja sympatia dla tej hipsterskiej ekipy musiała zaowocować umieszczeniem ich na tej ekskluzywnej liście. Gatunkowy chaos, humorystyczna ironia i świetne piosenki. Mniej przebojowe niż na debiucie, ale w dalszym ciągu znakomite.
Ulubione: Où Va le Monde, Exorciseur, Elle Ne T'Aime Pas, Always in the Sun





11. Crippled Black Phoenix – Bronze
[progressive/post-rock, UK]
Nie spodziewałem się, że nowy CBP okaże się tak dobry. Odrobinę mniej tu liryzmu niż ostatnim razem, za to spore ilości srogich riffów, garść pinkfloydowych inspiracji i parę melancholijnych arcydzieł. Z pewnością jeden z ich najlepszych albumów.
Ulubione: Champions of Disturbance, Goodbye Then, Turn to Stone





10. Bellhound Choir – Imagine the Crackle
[blues/folk, DK]
Dwa lata temu na podobnej pozycji wylądował u mnie Pet the Preacher, a teraz równie mocny okazuje się solowy projekt jego wokalisty. Zbiór smutnawych piosenek, gatunkowo gdzieś pomiędzy bluesem a folkiem, zdobył moje serce.
Ulubione: Bad Dreams, No Roads Left to Follow, Distant Horizons





9. Mythic Sunship – Ouroboros
[stoner/space/psychedelic rock, DK]
Właśnie takie płyty najbardziej do mnie trafiają: ciężka, bezkompromisowa psychodelia w jammowym stylu i klimacie kosmicznych tripów. Rzecz na miarę Earthless, zasługująca na znacznie większą uwagę.






8. Navajo Witch – Ghost Sickness
[doom/sludge, USA]
Moja lista nie byłaby kompletna bez porcji monstrualnie ciężkiego grania. Debiut Navajo Witch wpadł mi w ucho jak mało co w tym roku, za sprawą miażdżących, a przy tym niezwykle bujających riffów. Bardzo sympatyczny doom.
Ulubione: Black Curse, Rites of Divination, Void






7. Sunnata – Zorya
[doom metal, PL]
Kierunek w jakim rozwija się Sunnata napawa optymizmem. Nowym albumem ostro dołożyli do pieca – te posępne kompozycje o gargantuicznych riffach i kwasowo-grunge'owym posmaku to naprawdę świetna sprawa.
Ulubione: Long Gone, New Horizon






6. Jack Broadbent – Portrait
[blues, UK]
Ciężko znaleźć równie autentycznego i osobistego bluesa. Broadbent zachwyca zarówno pod względem technicznym, jak i emocjonalnym. Ta płyta często towarzyszyła mi w tym roku i pewnie nie raz jeszcze do niej wrócę.
Ulubione: Gone, Gone, Gone, Underneath the Rain, Along the Trail of Tears (Still Cryin')





5. ZUN – Burial Sunrise
[psychedelic/desert rock, USA]
Nikt nie przekaże za pomocą dźwięków klimatu kalifornijskich pustkowi tak jak członkowie tamtejszej sceny. Ekipie Yawning Man, do pary z Garcią i Timms, udało się stworzyć ślicznie obrazową muzykę, w mocno tripowej, hipnotycznej formie. Rarytas.
Ulubione: Nothing Farther, All for Nothing, All that You Say I Am




4. Alcest – Kodama
[post-black metal/shoegaze, FR]
Neige powrócił z krainy delikatnego shoegaze'u do cięższych klimatów w stylu Écailles de Lune, czym idealnie trafił w mój gust. Rozmarzone tła ścierają się tu z dynamicznym graniem i dzikością blastów. Tak podany liryzm do mnie przemawia.
Ulubione: Kodama, Oiseaux de Proie, Onyx






3. 1000mods – Repeated Exposure to...
[stoner rock, GR]
Złotego muscle cara za najstonerowszy album zdobywa w tym roku 1000mods. Grecy wykrzesali z siebie porcję energetycznych i zabójczo chwytliwych riffów, wybijających się ponad generycznego stonera. Obowiązkowy soundtrack na lato.
Ulubione: Above 179, The Son, A.W.





2. Emma Ruth Rundle – Marked for Death
[post-rock/folk, USA]
Emma Ruth Rundle w czołówce to już u mnie standard. Jej głęboko emocjonalne, smutne piosenki nieustannie fascynują, także w tegorocznej, surowszej i cięższej odsłonie. Przede wszystkim to jednak śliczne melodie i melancholia w najlepszej postaci.
Ulubione: Protection, Medusa, Furious Angel





1. Causa Sui – Return to Sky
[stoner/psychedelic rock, DK]
Przyznaję, płytę roku miałem wybraną już w marcu. Nowa Causa Sui wzbudziła we mnie prawdziwy zachwyt, za sprawą powrotu do stylu znanego z Summer Sessions. Udało im się stworzyć idealnie zbalansowane kompozycje, łączące stonerowe riffy z cieplutkim, psychodelicznym pływaniem. Dzieło sztuki pustynnego grania.
Ulubione: Dust Meridian, The Source, Dawn Passage



Tak prezentuje się moja najulubieńsza dwudziestka, ale oczywiście albumów w moim guście przewinęło się w tym roku znacznie więcej. O większości takich płyt była już na blogu mowa, więc teraz wspomnę tylko o kilku wartych odnotowania pozycjach, które do tej pory nie były tu wymieniane.
Warte uwagi są przede wszystkim dwie znakomite epki, które nie znalazły się w rankingu tylko dlatego, że nie są pełnowymiarowymi wydawnictwami. Pierwszą z nich (z coverami Black Sabbath i Type o Negative) wydał doomowy Pallbearer, czym ostatecznie mnie do siebie przekonał, a drugą nasz rodzimy Ampacity, który połączył progresywne łamańce ze swoim starym, klasyczno-spacerockowym stylem. W dalszej kolejności, bardzo dobry album wypuścił tym razem King Dude, przedkładając surowe riffy nad neofolkowe brzdąkanie. Ciekawie wypadł nowy Goat, idący w stronę krautrockowych tripów, a z tego samego, szwedzkiego podwórka pozytywne wrażenie zrobiły też na mnie powracające po paru latach Asteroid (retro/stoner-psych) i Suma, pokazująca depresyjnie ciężkie, doomowo-sludge'owe oblicze, chociaż bardziej przystępne niż ostatnim razem. Z podobnych brzmień, wysoki poziom trzyma Crowbar (choć płytka podoba mi się odrobinę mniej niż poprzednia) i kojarzony z doomem, ale niemający z tym gatunkiem wiele wspólnego 40 Watt Sun. Rozważałem wrzucenie go na listę, ale przecudny pierwszy utwór to trochę za mało – cała reszta kawałków o poziom niżej.
Skoro już zacząłem smęcić: nie porwał mnie znów nowy Red Fang, ale to akurat było do przewidzenia. Czegoś znacznie ciekawszego oczekiwałem za to po Wolf People – podobnie jak na Mondo Drag, za dużo tu retro-międlenia, a za mało momentów przykuwających uwagę i zwyczajnie chwytliwych piosenek. Niespecjalnie przypadł mi do gustu Blindead, choć to akurat ze względu na nowego wokalistę, bo muzycznie jest całkiem nieźle. Słabo (mimo paru dobrych kawałków) prezentuje się wreszcie Seasick Steve, któremu zabrakło chyba pomysłów na tak obszerny album i zaczął powtarzać swoje stare riffy. Największym rozczarowaniem jest jednak Electric Wizard, który zapowiedział nowy album na Halloween, po czym go nie wypuścił. Tak po prostu.

Odnośnie samej muzyki to już wszystko, ale w postanowiłem wrzucić jeszcze bonus: mini plebiscyt na okładkę roku. Kilka albumów wyjątkowo spodobało mi się od strony graficznej (a całkowitym przypadkiem w większości to też rzeczy wyśmienite muzycznie) i grzechem byłoby nie pokazać tych prac w większej rozdzielczości. A zatem:


5. Pallbearer – Fear & Fury

 
4. Causa Sui – Return to Sky


3. Wolf People – Ruins


2. Quilt – Plaza


1. La Femme – Mystère


Przy okazji podsumowania muszę też wspomnieć o koncertach. Najciekawsze występy, w których miałem okazję uczestniczyć, doczekały się moich relacji, a dla przypomnienia, był to autentycznie pustynny Yawning Man i coś z przeciwnego bieguna, czyli bijący chłodem Alcest. Z wydarzeń, o których nie wspomniałem na łamach bloga, wypada teraz wymienić genialny, kosmicznie transowy Föllakzoid do pary z Lonker See, prymitywnie doomowy Conan i polskie kwasowe combo, czyli Ampacity, Merkabah i Entropię na jednym koncercie. Poza tym sporo ciekawych rzeczy odbywało się w Gdyni, a to za sprawą świetnej roboty wykonanej przez ekipę Electric Herring. Ściągnęli tu m.in. The Flying Eyes, Asteroid i Fatso Jetson, i trochę żałuję, że nie wybrałem się na żaden z nich. Najważniejsze jednak, że nie ominął mnie Yawning Man, bo to było coś, co zapamiętuje się naprawdę na długo.

Wolę nie wspominać o oczekiwaniach na przyszły rok, bo za każdym razem rozczarowuję się rzeczami, które tu wymieniam. Zaryzykuję tylko jedno stwierdzenie: liczę na świetny album od Crystal Fairy. To świeżutki projekt, za którym stoją Buzz i Dale z Melvins, Omar Rodriguez-López (The Mars Volta, At the Drive-In) i wokalistka Le Butcherettes. Wypuszczone do tej pory kawałki bardzo dobrze rokują na przyszłość, więc co do tego wydawnictwa akurat nie mam obaw. Prócz tego paru innych wykonawców zapowiedziało już nowe płyty, ale nic o nich nie napiszę aż do premiery. Zapeszanie wychodzi mi zbyt dobrze.

Na koniec, podziękowania dla osób, które czytają moje wypociny i zaglądają tu nawet bez okazji. Blog pozostaje żywy, chociaż pewnie ze standardowymi, długimi przerwami.
Sobie i wszystkim odwiedzającym życzę samej dobrej muzyki w nowym roku.
S.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz