wtorek, 29 listopada 2016

Clair de lune

Spełniło się w końcu jedno z moich koncertowych marzeń – na gdańskie podwórko (standardowo już stoczniowy B90) zawitał Alcest, francuski projekt z pogranicza post-blacku i shoegaze'u, o którym wspomniałem w poprzednim wpisie. Towarzyszyły mu dwie instrumentalne grupy z rejonów bardziej typowego post-rocka: japoński MONO jako równorzędna gwiazda wieczoru i szwedzki pg.lost w roli supportu. Nie ukrywam jednak, że na koncert wybrałem się wyłącznie ze względu na Alcest. Zupełnie nie porwały mnie studyjne dokonania pozostałych zespołów, a ich odsłona na żywo wiele w tej materii nie zmieniła, ale grupa Neige'a całkowicie zrekompensowała mi niedobór wrażeń tego wieczora.

Na temat supportu wiele nie mogę powiedzieć (poza tym, że był rozczarowująco krótki), bo zjawiłem się na miejscu zbyt punktualnie i w rezultacie większość występu pg.lost przesłuchałem na zewnątrz, w kolejce do klubu. Na tyle, na ile mogłem stwierdzić z finałowego kawałka, na który udało mi się w pełni załapać, był to całkiem miły, choć jednocześnie mocno generyczny post-rock, z wpadającymi w ucho dynamicznymi fragmentami. Szkoda tylko, że zwinęli się ze sceny po jakichś 20 minutach i jedynie lekko zaostrzyli mój apetyt na tego typu granie.

Swoją drogą sądziłem, że będę miał okazję poszydzić, że na koncerty wbija masa ludzi tylko wtedy, kiedy są darmowe (vide Conan, na którym pojawiło się milion nowych fanów doom metalu), ale o dziwo frekwencja okazała się przyzwoita. Chociaż po części to wrażenie było pewnie zasługą zamknięcia jednej strony sali, dzięki czemu ludzie byli bardziej skumulowani pod sceną. W każdym razie był to ruch na plus.

Kolejność headlinerów dobierano najpewniej losowo, ale na szczęście jako pierwszy zaprezentował się MONO (na szczęście, bo najsmakowitsza dla mnie grupa została na koniec). Sama forma występu Japończyków była ciekawa, bo oto panowie gitarzyści zasiedli na taborecikach po obu stronach sceny, pozostawiając stojącą jedynie basistkę, dość niekulturalnie z europejskiego punktu widzenia. Zdaje się, że to pierwszy raz, kiedy miałem okazję zaobserwować na koncercie rockowych gitarzystów na siedząco, chociaż w kontekście ich grania taka statyczna forma jest całkiem zrozumiała.

Styl MONO można łatwo nakreślić na podstawie dowolnego kawałka: spokojny, często wręcz ckliwy wstęp (czasem dla odmiany klawiszowy lub cymbałkowy), po którym następuje lekkie narastanie napięcia, aż do finalnego crescendo, gdzie gwałtowna perkusja miesza się z gitarowym jazgotem, a wszystko kończy się ścianą noise'owych sprzęgów. Na tej zasadzie był zbudowany dosłownie każdy z zagranych utworów, przez co gdzieś od połowy zaczęło wiać monotonią. Prócz tego większa część ich muzyki była dla mnie przesadnie liryczna i tylko końcówki przyciągały uwagę, bo trzeba przyznać, że robienie hałasu wychodziło im akurat zgrabnie (tak na marginesie, to chyba jakieś japońskie spaczenie – muszą wcisnąć noise nawet do kołysanek). Kulminacyjny moment ich występu nastąpił w chwili, kiedy pod koniec jednego z utworów gitarzysta po prawej zerwał się z zydelka, postawił swój instrument na sztorc, gryfem w dół, i zanurzył się w rozwlekłych sprzęgach. Po cichu liczyłem na furiackie rozbijanie gitar, ale szaleństwo muzyków nie osiągnęło niestety takiego poziomu, a jego najbardziej ekspresyjnym wyrazem było miotanie się na taborecikach.

Spędziłem godzinę z okładem bez większych zachwytów, na co zresztą byłem przygotowany, chociaż akurat znajomym koncert MONO bardzo się spodobał. Na plus na pewno można jeszcze zaliczyć grę światłem, zwłaszcza okazjonalne stroboskopowe pulsowania, dobrze podkreślające gwałtowne finały.

Zachwyt, i to niemały, wzbudził za to Alcest. Po krótkiej przerwie rozbrzmiały dźwięki Onyx, pełniącego rolę intra, a na scenie pojawił się sympatycznie uśmiechnięty Neige ze swoim koncertowym składem. Zatopieni w chłodnym, niebieskim świetle, dali jeden z najbardziej klimatycznych, a zarazem najmocniejszych występów, jakie miałem okazję podziwiać.

Set rozpoczęły kawałki z ostatniego albumu, zagranego tu praktycznie w całości: na pierwszy ogień tytułowy Kodama, a zaraz po nim Je Suis d'Ailleurs. Mimo szczodrej reprezentacji nowy materiał nie zdominował jednak koncertu, bo pomiędzy kodamowe utwory wpleciono zgrabnie parę starszych, przy czym ich dobór był naprawdę świetny – warto wspomnieć zwłaszcza o pierwszej części Écailles de Lune czy Autre Temps. Setlista nie była dla mnie zresztą zaskoczeniem, zdążyłem zapoznać się z nią wcześniej, ale samo wykonanie niektórych numerów już tak. Muszę przyznać, że największe wrażenie zrobił na mnie L'Éveil des Muses. Taki niuans jak marszowy rytm perkusji, który w wersji studyjnej przewijał się gdzieś w tle, przykryty shoegaze'owymi gitarami, urósł na żywo do roli potężnego pulsu, nadającego kształt całości. Do tej pory trochę nie doceniałem Shelter, ale zaczynam się do niego przekonywać, tym bardziej, że z tego albumu pochodził też zamykający set Délivrance, w równie znakomitym wykonaniu. Z innych pozytywnych wrażeń, zacnie wypadły energetyczne blackmetalowe momenty, przewijające się zwłaszcza w utworach z Kodamy. Widać było, że spora część publiki przyszła głównie po to, żeby usłyszeć krzyczącego Neige'a, ale i pod względem instrumentalnym było to ciekawe doświadczenie – alcestowy shoegaze, dający na żywo efekt ściany dźwięku, brzmiał wyjątkowo efektownie w połączeniu z szalonymi blastami. Wypełnione nimi Oiseaux de Proie czy Eclosion wzbudziły zasłużony entuzjazm, ale prawdziwym koncertowym bangerem okazał się Percées de Lumière. Zagrany w wybitnie żywiołowy sposób, ten numer spotkał się z najbardziej pozytywnym przyjęciem.

Spodziewałem się ze strony Alcest dobrego koncertu i nie zawiodłem się. Wszystkie mocne cechy ich stylu – zmiany dynamiki, energia i hałas wymieszane z melancholijnymi fragmentami i nienachalny liryzm – w wersji na żywo zyskały jeszcze na sile. Na marginesie warto dodać, że sam Neige robił wyjątkowo miłe wrażenie. Lustrujący z uśmiechem publiczność i grzecznie dziękujący za każdy aplauz, zszedł ze sceny jako ostatni, ale niestety już na nią nie wrócił. Brak bisów to w sumie jedyny zarzut jaki mogę mieć do tego występu, bo pozostawił mimo wszystko lekki niedosyt (chociaż rozumiem, że wynikło to z obranej formy dwóch headlinerów). Jedynym rozwiązaniem pozostaje teleportacja do Wrocławia, gdzie właśnie teraz odbywa się ich drugi w Polsce koncert na europejskiej trasie.



To prawdopodobnie ostatni duży koncert, na którym byłem w tym roku, więc kolejnych relacji chwilowo nie będzie, ale postaram się zabrać za opisanie jeszcze paru płyt. Dobrego muzycznego materiału jest w tym roku naprawdę sporo.
S.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz