wtorek, 29 listopada 2016

Clair de lune

Spełniło się w końcu jedno z moich koncertowych marzeń – na gdańskie podwórko (standardowo już stoczniowy B90) zawitał Alcest, francuski projekt z pogranicza post-blacku i shoegaze'u, o którym wspomniałem w poprzednim wpisie. Towarzyszyły mu dwie instrumentalne grupy z rejonów bardziej typowego post-rocka: japoński MONO jako równorzędna gwiazda wieczoru i szwedzki pg.lost w roli supportu. Nie ukrywam jednak, że na koncert wybrałem się wyłącznie ze względu na Alcest. Zupełnie nie porwały mnie studyjne dokonania pozostałych zespołów, a ich odsłona na żywo wiele w tej materii nie zmieniła, ale grupa Neige'a całkowicie zrekompensowała mi niedobór wrażeń tego wieczora.

Na temat supportu wiele nie mogę powiedzieć (poza tym, że był rozczarowująco krótki), bo zjawiłem się na miejscu zbyt punktualnie i w rezultacie większość występu pg.lost przesłuchałem na zewnątrz, w kolejce do klubu. Na tyle, na ile mogłem stwierdzić z finałowego kawałka, na który udało mi się w pełni załapać, był to całkiem miły, choć jednocześnie mocno generyczny post-rock, z wpadającymi w ucho dynamicznymi fragmentami. Szkoda tylko, że zwinęli się ze sceny po jakichś 20 minutach i jedynie lekko zaostrzyli mój apetyt na tego typu granie.

Swoją drogą sądziłem, że będę miał okazję poszydzić, że na koncerty wbija masa ludzi tylko wtedy, kiedy są darmowe (vide Conan, na którym pojawiło się milion nowych fanów doom metalu), ale o dziwo frekwencja okazała się przyzwoita. Chociaż po części to wrażenie było pewnie zasługą zamknięcia jednej strony sali, dzięki czemu ludzie byli bardziej skumulowani pod sceną. W każdym razie był to ruch na plus.

Kolejność headlinerów dobierano najpewniej losowo, ale na szczęście jako pierwszy zaprezentował się MONO (na szczęście, bo najsmakowitsza dla mnie grupa została na koniec). Sama forma występu Japończyków była ciekawa, bo oto panowie gitarzyści zasiedli na taborecikach po obu stronach sceny, pozostawiając stojącą jedynie basistkę, dość niekulturalnie z europejskiego punktu widzenia. Zdaje się, że to pierwszy raz, kiedy miałem okazję zaobserwować na koncercie rockowych gitarzystów na siedząco, chociaż w kontekście ich grania taka statyczna forma jest całkiem zrozumiała.

Styl MONO można łatwo nakreślić na podstawie dowolnego kawałka: spokojny, często wręcz ckliwy wstęp (czasem dla odmiany klawiszowy lub cymbałkowy), po którym następuje lekkie narastanie napięcia, aż do finalnego crescendo, gdzie gwałtowna perkusja miesza się z gitarowym jazgotem, a wszystko kończy się ścianą noise'owych sprzęgów. Na tej zasadzie był zbudowany dosłownie każdy z zagranych utworów, przez co gdzieś od połowy zaczęło wiać monotonią. Prócz tego większa część ich muzyki była dla mnie przesadnie liryczna i tylko końcówki przyciągały uwagę, bo trzeba przyznać, że robienie hałasu wychodziło im akurat zgrabnie (tak na marginesie, to chyba jakieś japońskie spaczenie – muszą wcisnąć noise nawet do kołysanek). Kulminacyjny moment ich występu nastąpił w chwili, kiedy pod koniec jednego z utworów gitarzysta po prawej zerwał się z zydelka, postawił swój instrument na sztorc, gryfem w dół, i zanurzył się w rozwlekłych sprzęgach. Po cichu liczyłem na furiackie rozbijanie gitar, ale szaleństwo muzyków nie osiągnęło niestety takiego poziomu, a jego najbardziej ekspresyjnym wyrazem było miotanie się na taborecikach.

Spędziłem godzinę z okładem bez większych zachwytów, na co zresztą byłem przygotowany, chociaż akurat znajomym koncert MONO bardzo się spodobał. Na plus na pewno można jeszcze zaliczyć grę światłem, zwłaszcza okazjonalne stroboskopowe pulsowania, dobrze podkreślające gwałtowne finały.

Zachwyt, i to niemały, wzbudził za to Alcest. Po krótkiej przerwie rozbrzmiały dźwięki Onyx, pełniącego rolę intra, a na scenie pojawił się sympatycznie uśmiechnięty Neige ze swoim koncertowym składem. Zatopieni w chłodnym, niebieskim świetle, dali jeden z najbardziej klimatycznych, a zarazem najmocniejszych występów, jakie miałem okazję podziwiać.

Set rozpoczęły kawałki z ostatniego albumu, zagranego tu praktycznie w całości: na pierwszy ogień tytułowy Kodama, a zaraz po nim Je Suis d'Ailleurs. Mimo szczodrej reprezentacji nowy materiał nie zdominował jednak koncertu, bo pomiędzy kodamowe utwory wpleciono zgrabnie parę starszych, przy czym ich dobór był naprawdę świetny – warto wspomnieć zwłaszcza o pierwszej części Écailles de Lune czy Autre Temps. Setlista nie była dla mnie zresztą zaskoczeniem, zdążyłem zapoznać się z nią wcześniej, ale samo wykonanie niektórych numerów już tak. Muszę przyznać, że największe wrażenie zrobił na mnie L'Éveil des Muses. Taki niuans jak marszowy rytm perkusji, który w wersji studyjnej przewijał się gdzieś w tle, przykryty shoegaze'owymi gitarami, urósł na żywo do roli potężnego pulsu, nadającego kształt całości. Do tej pory trochę nie doceniałem Shelter, ale zaczynam się do niego przekonywać, tym bardziej, że z tego albumu pochodził też zamykający set Délivrance, w równie znakomitym wykonaniu. Z innych pozytywnych wrażeń, zacnie wypadły energetyczne blackmetalowe momenty, przewijające się zwłaszcza w utworach z Kodamy. Widać było, że spora część publiki przyszła głównie po to, żeby usłyszeć krzyczącego Neige'a, ale i pod względem instrumentalnym było to ciekawe doświadczenie – alcestowy shoegaze, dający na żywo efekt ściany dźwięku, brzmiał wyjątkowo efektownie w połączeniu z szalonymi blastami. Wypełnione nimi Oiseaux de Proie czy Eclosion wzbudziły zasłużony entuzjazm, ale prawdziwym koncertowym bangerem okazał się Percées de Lumière. Zagrany w wybitnie żywiołowy sposób, ten numer spotkał się z najbardziej pozytywnym przyjęciem.

Spodziewałem się ze strony Alcest dobrego koncertu i nie zawiodłem się. Wszystkie mocne cechy ich stylu – zmiany dynamiki, energia i hałas wymieszane z melancholijnymi fragmentami i nienachalny liryzm – w wersji na żywo zyskały jeszcze na sile. Na marginesie warto dodać, że sam Neige robił wyjątkowo miłe wrażenie. Lustrujący z uśmiechem publiczność i grzecznie dziękujący za każdy aplauz, zszedł ze sceny jako ostatni, ale niestety już na nią nie wrócił. Brak bisów to w sumie jedyny zarzut jaki mogę mieć do tego występu, bo pozostawił mimo wszystko lekki niedosyt (chociaż rozumiem, że wynikło to z obranej formy dwóch headlinerów). Jedynym rozwiązaniem pozostaje teleportacja do Wrocławia, gdzie właśnie teraz odbywa się ich drugi w Polsce koncert na europejskiej trasie.



To prawdopodobnie ostatni duży koncert, na którym byłem w tym roku, więc kolejnych relacji chwilowo nie będzie, ale postaram się zabrać za opisanie jeszcze paru płyt. Dobrego muzycznego materiału jest w tym roku naprawdę sporo.
S.

niedziela, 20 listopada 2016

Fresh tendrils – 2016 (3)

Z lekkim opóźnieniem (Cywilizacjo VI, czemu mi to robisz?) i pewnym trudem, ale udało mi się w końcu dopiąć zestaw najciekawszych dla mnie wrześniowych płyt. Sześć pozycji, które bardziej przykuły moją uwagę, jest opisanych szerzej (przy czym ostatnia nietypowa jak na standardy tego bloga), a cała reszta w wersji skróconej. Chociaż i tak nieco bardziej rozwiniętej niż to miało miejsce w poprzednich częściach. Standardowo już kolejność alfabetyczna:


1000mods – Repeated Exposure to...

[stoner rock, GR]

1000mods już od debiutu dał się poznać jako zespół, który potrafi wycisnąć ze stonera porywające i nieprzyzwoicie chwytliwe riffy. Jak się okazuje, wszystkie ich dotychczasowe nagrania to była tylko rozgrzewka. Swoim trzecim albumem dosłownie zamietli pobratymców z Planet of Zeus pod dywan, i nie tylko ich. Bez dwóch zdań, to najlepszy stricte stonerowy album tego roku.
Nie będę udawał, że chodzi tu o wyrafinowane kompozycje czy chwytającą za serce atmosferę (patrz: kolejna recenzja) – takich rzeczy jak 1000mods słucha się wyłącznie po to, żeby doświadczyć energetycznego kopa lub, jak kto woli, tzw. wpierdolu. I w tym kontekście ich nowy album sprawdza się znakomicie. Wszystko jest tu na swoim miejscu: solidne brzmienie, umiejętnie rozłożony ciężar, zmiany tempa wymykające się piosenkowym schematom i oczywiście wpadające w ucho riffy. Przekonał mnie już wypuszczony przedpremierowo The Son – kawałek ze sporą ilością przestrzeni, narastającym napięciem, a przy tym jako jedyny nastawiony w dużej mierze na klimat. To jeden z mocniejszych punktów płytki, ale reszta utworów nie pozostaje daleko w tyle. Wrażenie robi już otwierający album Above 179, skłaniający do bujania swoim chwytliwym refrenem i doomowymi spowolnieniami. Dla kontrastu pojawiają się dwie rozpędzone petardy: Electric Carve, pełen punkowej energii, objawiającej się zwłaszcza w agresywnym wokalu, i niemal równie intensywny, skoczny A.W. Warty uwagi jest też Groundhog Day, przechodzący od lekkiego, nakręcanego basem grania do przebijającego się na pierwszy plan masywnego riffu. Na zakończenie panowie zaserwowali z kolei standardowy, nieco bardziej jammowy akcent, wchodzący tu od połowy Into the Spell. Do takich odjazdów jak w Super Van Vacation z debiutu sporo mu jednak brakuje. Psychodeliczne wstawki to właściwie jedyna rzecz, za którą tęsknię w 1000mods, ale wszystkie obecne cechy ich stylu całkowicie mi to rekompensują.
Nie napiszę nic więcej, tylko odpalam wyimaginowanego muscle cara i ruszam w pustynię. To idealny soundtrack na takie przygody.



Alcest – Kodama

[post-black metal/shoegaze, FR]

Epatująca liryzmem post-muzyka to jedna z rzeczy, które leżą poza obszarem moich zainteresowań, ale i od tej reguły znalazł się wyjątek. Z pewnych względów lubię czasem wracać do Alcest, a nowy album był na to dodatkową okazją. Przyznam, że początkowo miałem co do niego wątpliwości, bo ostatnie shoegaze'owe odpływy na Shelter niespecjalnie mnie porwały, jednak już po pierwszym singlu zobaczyłem, że nie ma się czego obawiać – Kodama jest powrotem do dźwięków, które w tym projekcie sprawdzały się najlepiej.
Ciężko nie odnieść się w tym momencie do Écailles de Lune. Styl i estetyka, które z tamtej płyty uczyniły wyjątkowo śliczne dzieło, zostały tu odtworzone w pełnej krasie. Jest więc dynamicznie, ciężko i ultramelodyjnie, a na domiar dobrego Neige znowu zaczął krzyczeć. Niezbyt często co prawda, bo skupia się głównie na śpiewaniu, ale w paru momentach jego wokal wspina się na ostrzejsze rejony, tym samym pozostając jednym z niewielu blackmetalowych odprysków, które pojawiają się jeszcze w muzyce Alcest. Do takich elementów można zaliczyć też nieliczne blasty, uderzające dziko zwłaszcza w Eclosion. Riffy natomiast mają w sobie zdecydowanie więcej z shoegaze'u, tworząc do pary z syntezatorowymi tłami marzycielsko-melancholijną atmosferę. Atmosfera to zresztą kluczowe słowo w przypadku Alcest. Cały urok tkwi w odmalowanych tu pejzażach, od których bije zarówno liryzm, nostalgia, jak i nordycki chłód, a dochodzi do tego jeszcze żywiołowość, budząca skojarzenia z pierwotnymi siłami natury. Jest sugestywnie, onirycznie, a przede wszystkim spójnie – kawałki zachowują balans między nastrojowym a porywistym graniem. W mój gust najbardziej trafiają tu utwór tytułowy, Oiseaux de Proie i zaserwowany na koniec instrumental Onyx, chociaż najlepiej i tak słucha się całości od początku do końca. Jedyne czego można by się przyczepić to fakt, że stojące za tym albumem japońskie inspiracje nie odzwierciedlają się praktycznie w muzyce. Ale może to i lepiej.
Zaryzykuję stwierdzenie, że Kodama to jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy album, jaki Neige nagrał do tej pory. Śliczna, a zarazem nie popadająca w pretensjonalizm muzyka – kupuję Alcest w tej postaci.



Baby Woodrose – Freedom

[psychedelic rock, DK]

Ciężka sprawa z tym nowym Baby Woodrose. Swoimi starszymi płytkami przyzwyczaili mnie do lekkiej, niefrasobliwej psychodelii, i tego też oczekiwałem po Freedom, mimo że na wydanym cztery lata temu Third Eye Surgery zaczęli już nieco odchodzić od tego stylu. Wygląda jednak na to, że odeszli od niego definitywnie.
Co się zatem zmieniło? Głównie to, że przyjazne radiu piosenki zostały zastąpione przez psychodelię w bardziej tradycyjnym tego słowa znaczeniu: hałaśliwie garażową, wypełnioną ostrymi improwizacjami i zapychającą każdą wolną przestrzeń spacerockowymi efektami (zwłaszcza wokal jest nimi przeładowany). Teoretycznie brzmi to nieźle i pewnie byłbym bardziej pozytywnie nastawiony, gdyby ta płyta nie została wydana pod szyldem Baby Woodrose, bo w kontekście ich dyskografii ten nowy kierunek średnio mnie przekonuje. Po drugie, Freedom można postrzegać jako album koncepcyjny, podporządkowany tematyce kontestacji w stylu lat 60, przełożonej na współczesny język. Retro pełną gębą, ale i w tym sensie nowy album odstaje od lekkich, miłosno-narkotykowych tematów, które przewijały się wcześniej. Same kawałki nie są już tak łatwo wpadające w ucho i zaczęły do mnie trafiać dopiero po paru przesłuchaniach. Do najprzyjemniejszych zaliczają się 21st Century Slave i Open Doors, oba wydane zresztą jako przedpremierowe single, a prócz nich nieźle prezentuje się też transowy Termination. Poza tym jednak ciężko wyłuskać tu chwytliwe riffy. Z ostro kwasowej jazdy, dającej chwilę na oddech tylko w akustycznym Peace, wyróżniają się jeszcze Mind Control Machine i Mantra. Nie uświadczy się tu jednak wartych zapamiętania hitów – przebojowość zeszła wyraźnie na drugi plan.
Wypada zaznaczyć, że nie jest to zła płyta, ale nie ukrywam, że o wiele bardziej wolałem Baby Woodrose w ich starszej, popowej odsłonie. Chętniej sięgnę po raz milionowy po S/T czy Love Comes Down, natomiast do nowej płyty nie przewiduję częstych powrotów.



Brant Bjork – Tao of the Devil

[stoner rock, USA]

Nie będzie raczej błędem stwierdzenie, że Brant Bjork to najbardziej sympatyczny i wyczilowany ze wszystkich byłych członków Kyuss. Dokładnie taki sam wydźwięk ma też grana przez niego muzyka, a najlepszym tego przykładem pozostaje Jalamanta, jego solowy debiut. Chociaż już od kilkunastu lat Bjork nie nagrał niczego, co dorównywałoby tej płycie, to w dalszym ciągu pisze przyjemne, wyluzowane piosenki, i w tym stylu utrzymany jest też nowy album sygnowany jego nazwiskiem.
Tao of the Devil jest dowodem na to, że w czilautowym klimacie BB czuje się najlepiej. Pojawiają się tu co prawda jakieś resztki srogich riffów, które dominowały na wydanym dwa lata temu Black Flower Power (na marginesie: nagranym z ekipą Low Desert Punk Band, którą od obecnego składu różni tylko perkusista), ale są one przytłumione przez charakterystyczny dla starszych płyt Bjorka luz, co działa zdecydowanie na korzyść muzyki. Przykładami takich bujających numerów są zwłaszcza Luvin' i Biker No. 2 – w nich najmocniej czuć to bjorkowe, lekko funkowe podejście do stonera, tworzące relaksujący klimat letniego popołudnia. Pierwsza część płyty to zresztą same przyjemne, chociaż nie wyróżniające się niczym szczególnym kawałki. Sprawę ratuje za to część druga, rozpoczynająca się w trakcie Dave's War. Po trzech minutach mocno stonerowego wstępu następuje nagła zmiana klimatu, a numer przekształca się w sielankowy jam z wyraźnie zaakcentowanym basem. To wreszcie prawdziwie rozluźniona atmosfera rodem z Jalamanty, która utrzymuje się już do końca albumu (czyli zaledwie przez dwa kolejne kawałki). Wyśmienicie chodzi zarówno utwór tytułowy, zbudowany na powolnym rytmie i pełzającej w tle gitarze, jak i bonusowy Evening Jam, 14-minutowa improwizacja, którą otwierają funkowe pląsy. Końcówka zdecydowanie podnosi ocenę całości.
Nie jest to może wybitne dzieło – za dużo tu niepotrzebnego wysilania strun głosowych i za mało zapadających w pamięć rzeczy – ale nawet przeciętny album Bjorka jest w dalszym ciągu lepszy od całej masy generycznego stonera.



Emma Ruth Rundle – Marked for Death

[post-rock/folk, USA]

Podkreślałem to już na blogu i pewnie będę podkreślał za każdym razem: w moim prywatnym rankingu piosenkarek od smutnych klimatów Emma Ruth Rundle nie ma sobie równych. Czego się nie dotknie, zamienia w złoto. Tak było z ubiegłorocznym pełnometrażowym Marriages i tak jest też w przypadku Marked for Death, przecudnej kontynuacji debiutu sprzed dwóch lat.
Myliłby się jednak ten, kto oczekiwałby po tej płycie równie zwiewnej i onirycznej muzyki co na Some Heavy Ocean. Mówiąc obrazowo, Marked for Death jest jej brudniejszą i bardziej ponurą siostrą. Spora część kompozycji jest utrzymana w cięższej niż poprzednio, post-rockowej formie, momentami przypominającej styl Marriages, głównie za sprawą pożyczonego z tamtego składu perkusisty. Jego dudniące agresywnie gary wybijają się często na pierwszy plan, a miejscami podkreśla je ostro shoegaze'ująca gitara Rundle. Słychać to zwłaszcza w Protection, ale także utworze tytułowym czy So, Come – w każdym z nich ścierają się skrajne emocje. Najmocniejszą cechą nowego albumu jest właśnie to umiejętne skonfrontowanie surowego grania ze ślicznymi, delikatnymi melodiami, co w połączeniu z wokalem Rundle, niosącym ze sobą potężny ładunek emocjonalny, skutkuje intensywnymi doznaniami. Mimo zmian w stylistyce muzyka nie straciła nic ze swojego sensytywnego charakteru – w dalszym ciągu główną rolę odgrywa melancholijny klimat i pełen wachlarz depresyjnych uczuć, co podkreślają pełne bólu teksty. A wszystko to zostało ujęte w znakomitych kompozycjach. Bez cienia przesady, pojawiają się tu jedne z najlepszych utworów, jakie do tej pory napisała Rundle. Najmilsza memu sercu jest Medusa, ale niewiele dalej plasuje się wymieniony wcześniej Protection, Furious Angel ze smyczkowymi wstawkami czy surowy, zamykający album Real Big Sky. Rozwodzenie się nad poszczególnymi kawałkami nie ma jednak większego sensu, Marked for Death to wybitnie spójna całość.
Podsumuję krótko: to prawdziwa perełka w temacie smutnej muzyki, zasługująca na znacznie większy rozgłos i uznanie. Czuję, że długo się od niej nie oderwę.



La Femme – Mystère

[new wave/psychedelic/surf rock, FR]

Nie rozumiem tej muzyki, ale o niej napiszę. A przynajmniej spróbuję. La Femme to trudne do zdefiniowania kuriozum, zawieszone gdzieś pomiędzy artystyczną bohemą, kampową autoironią i zwyczajnie chwytliwymi piosenkami (to mogło powstać tylko we Francji). Swoim debiutem wynieśli ten hipsterski styl na wyżyny, dlatego moje oczekiwania co do Mystère były duże. I nie zawiodłem się.
Pierwsze co rzuca się w oczy, to sążnistość nowego materiału. Grupa w ponad 70 minutach zawarła 17 kawałków, co jednocześnie pociągnęło za sobą spory gatunkowy rozstrzał. Widać to już na starcie: album rozpoczynają kolejno raczący kwasową elektroniką Sphynx, akustyczna balladka Le Vide Est Ton Nouveau Prénom i Où Va le Monde, surf-rockowa piosenka o (pseudo) filozoficznym zacięciu. Z pozoru wydaje się to średnio spójne, ale wszystko jest utrzymane w ramach tej samej estetyki i nie robi wrażenia chaosu, nawet kiedy nastrój następujących po sobie utworów zmienia się o 180 stopni. Nie kojarzę drugiego zespołu, który równie zgrabnie przeskakiwałby między klimatami w obrębie jednej płyty, a takich przeskoków trochę się tu pojawia. Znajdzie się coś i do tańca i do zadumy (a także do tanecznej zadumy): imprezowy charakter mają zwłaszcza Tatiana i tryskający kiczem S.S.D, natomiast w kontraście do niego stoi dream-popowy zestaw z końcowej części płyty, rozpoczynający się od Tueur de Fleurs. Kontynuują go inspirowane bliskowschodnimi brzmieniami Al Warda i Psyzook, a wieńczy 13-minutowy, oniryczny Vagues, w dużej mierze ambientowy. Reszta to miłe, rytmiczne kawałki, z których wyróżniają się nawiązujący nieco do Hypsoline Exorciseur, podbity 8-bitowym chuptune'em Elle Ne T'Aime Pas i wciśnięty jako bonus Always in the Sun. Chociaż całość jest bardzo przyjemna, to zabrakło mi tutaj wyrazistych hitów w stylu tych, od których kipiał Psycho Tropical Berlin. Słychać za to więcej eksperymentów i prób poruszania ambitniejszych tematów (i muzycznie, i tekstowo), co w przypadku La Femme jest akurat ciężkie do zinterpretowania – vide początkowa scena z teledysku do Où Va le Monde, w której Marlon Magnée podczas posiedzenia na klopie zadaje sobie pytanie dokąd zmierza ten świat. To mówi chyba wszystko. Dodam tylko, że okładka tego albumu jest naprawdę znakomita.
Czytanie o twórczości La Femme wiele nie daje, więc po prostu polecam przekonać się o zaletach Mystère na własne uszy. Jeśli światu brakowało do tej pory jakiejś muzyki, to właśnie takiej pop-awangardy.



Interesujących mnie płyt pojawiło się we wrześniu więcej, ale nie każdy okazał się warty dłuższego rozpisywania (lub po prostu jednozdaniowy opis wyczerpuje temat), więc w ramach bonusu wrzucam poniżej cały ten zestaw w telegraficznym skrócie:

Allah-Las – Calico Review
[garage/psychedelic rock, USA]
Czas pożegnać się ze złudzeniami, że Allah-Las nagra jeszcze coś na poziomie swojego debiutu. Może nie łapię konwencji, ale dla mnie piosenkopisarstwo na Calico Review to jakieś nieporozumienie. Żenująco słaba płyta.
Najlepsze: nic? Od biedy Strange Heat

Black Bombaim & Peter Brötzmann – Black Bombaim & Peter Brötzmann
[psychedelic rock/free jazz, PT]
Mocna rzecz. Black Bombaim nie wpadł może jako pierwszy na pomysł łączenia ciężkiej psychodelii z obłąkanym jazzem, ale w ich wykonaniu brzmi to wyjątkowo furiacko i potępieńczo. Mnie takie mieszanki zawsze robią dobrze.
Najlepsze: Part II, Part IV

Father Sky Mother Earth – Father Sky Mother Earth
[drone/psychedelic, DE]
Bardzo obiecujący projekt. Cała płyta to trzy hipnotyczne utwory zahaczające o psychodelię, mocno w stylu Bong. Jeśli dla kogoś słuchanie przez godzinę przesterowanej syreny przeciwmgielnej brzmi jak świetna zabawa, to będzie ukontentowany.
Najlepsze: Father Sky

July Talk – Touch
[alternative rock, CA]
Najlepsza pozycja z pogranicza mainstreamu, która ostatnio wpadła mi w ucho. Jest co prawda odrobinę za dużo romansowania z popem, a do tego same kawałki są dość miałkie, ale mocno kontrastujące damsko-męskie wokale to mistrzostwo świata.
Najlepsze: Picturing Love, Push + Pull, Touch

Mississippi Bones – 2600 AD: and Other Astonishing Tales
[hard/stoner rock, USA]
Mam wrażenie, że po ostatniej sympatycznej płycie Mississippi Bones wyraźnie obniżyli loty. Nowy materiał jest bardzo przeciętny, jak na nich nawet słaby, z niewieloma momentami przykuwającymi uwagę. Ale może po prostu mam przesyt nerdowego rocka.
Najlepsze: Butcher of the 9 Lunar Mansions, Robot Kaiju Hullabaloo

Obscure Sphinx – Epitaphs
[post-metal, PL]
Sfinksowi miał się trafić zaszczyt dłuższej recenzji, ale album nie przykuł mojej uwagi na tyle, na ile się spodziewałem. Pierwszy kawałek wyśmienity, reszta o poziom niżej, nie wybijająca się zbytnio ponad standardowy post-metal. Ich debiut pozostaje niedościgniony.
Najlepsze: Nothing Left

Skye & Ross – Skye & Ross
[trip-hop, USA]
2/3 Morcheeby brzmi jak... 2/3 Morcheeby. Tylko i aż. Brakuje tu jednak drugiego Godfreya, który odpowiadał za większość kompozycji na starych płytach, niemniej jednak to nadal kawał przyjemnej, popowo-triphopowej muzyki. Lepsze niż ostatnia solowa Skye.
Najlepsze: All My Days, How to Fly

The Sword – Low Country
[stoner/retro rock/acoustic, USA]
Zeszłoroczny The Sword w akustycznej wersji okazuje się niemal równie smakowity co oryginał. Dobry jest zwłaszcza początek, późniejsze kawałki trochę wymęczone, całość jednak nadal budzi sympatię swoją cieplutką, wczasową atmosferą.
Najlepsze: Empty Temples, High Country

The Warlocks – Songs from the Pale Eclipse
[psychedelic rock, USA]
Miła, klasyczna psychodelia, chociaż nie wybijająca się ponad przeciętność. I podobnie jak wyżej, do połowy słucha się tego przyjemnie, ale pod koniec coraz bardziej przynudza. Za dużo narkotyków.
Najlepsze: Only You, Lonesome Bulldog

Woven Hand – Star Treatment
[alt-country, USA]
Edwards najwyraźniej przechodzi kryzys wieku średniego, bo coraz mocniej idzie w rockowe brzmienia, ale raczej nie wychodzi mu to na dobre. Na poprzednim albumie było to bardziej wyważone i świeże, teraz jest już przytłaczające. Męczący album.
Najlepsze: Come Brave, All Your Waves


Co do planów na kolejne teksty: możliwe, że zabiorę się jeszcze za opisanie paru albumów z października i listopada, żeby zebrać jak najwięcej materiału przed podsumowaniem na koniec roku. A w międzyczasie (i to całkiem niedługo) pojawi się najpewniej koncertowa notka.
S.