piątek, 7 października 2016

Ghosts along the Mississippi

Korzystając z weny i w międzyczasie wgryzając się ciągle we wrześniowe płytki, postanowiłem zabrać się za temat, który już od dawna chodził mi po głowie. Postaram się tu przedstawić sylwetki dwóch sympatycznych postaci, które określiłbym jako ostatnich wielkich złodupców bluesa. R.L. Burnside i Junior Kimbrough, bo o nich mowa, to moi absolutni faworyci w tym gatunku. Obaj współtworzyli styl znany jako hill country blues, który charakteryzują transowy klimat, prostota, nastawienie na riffy i repetycje, czyli wszystko, co bardzo cenię sobie w muzyce. Z racji, że ich życiorysy zawierają parę ciekawych wydarzeń, postanowiłem dla odmiany podejść do rzeczy od strony biograficznej, łącząc to z moim standardowym opisywaniem płyt. Lojalnie ostrzegam, że tekstu będzie sporo, ale warto zapoznać się z tematem, żeby przekonać się, czym jest prawdziwie bluesowy strzał w mordę, całkowicie różny od tego, co pod tym gatunkiem lansuje mainstream. A zatem w drogę.


R.L. Burnside


Burnside urodził się w 1926 r. w bliżej nieokreślonej zapadłej dziurze w północnej części Mississippi i pod bliżej nieokreślonymi imionami (najczęściej podawanymi są Robert Lee albo Rule, a na nagrobku widnieje Rural). Muzykowanie zaczął w wieku 16 lat od harmonijki, ale dość szybko przerzucił się na gitarę. Miał to szczęście, że w jego pobliżu mieszkał Mississippi Fred McDowell – wybitny bluesowy muzyk – i to głównie od niego R.L. nauczył się grać. McDowell jest zresztą uznawany za pioniera hill country bluesa, a jego styl mocno odcisnął się na twórczości obu bohaterów dzisiejszego odcinka. Prócz niego inspiracjami dla Burnside'a byli John Lee Hooker, Lightnin' Hopkins i Muddy Waters (który, nawiasem mówiąc, ożenił się później z kuzynką R.L.).

W latach 40 Burnside przeniósł się z rodziną do Chicago, a z tym pobytem wiążą się dramatyczne wydarzenia: w przeciągu jednego roku został tam zamordowany jego ojciec, dwóch braci i dwóch wujów (o tej tragedii wspomina w swoim coverze utworu Skip Jamesa – Hard Time Killing Floor). Przez następnych parę lat R.L. przeprowadzał się milion razy, żeby osiąść w końcu w swoich rodzinnych stronach. W międzyczasie, w wieku 23 lat, ożenił się po raz drugi i pozostał ze swoją wybranką, Alice Mae Taylor, już do śmierci.

Lata 50 to przede wszystkim jedno ważne wydarzenie w życiu Burnside'a, które najdobitniej kwalifikuje go do miana złodupca: zabił człowieka, a sam wyszedł z tej historii praktycznie bez szwanku. Poszło o pieniądze podczas gry w kości. Pewien dżentelmen próbował wyrolować Burnside'a na 400 dolarów, więc ten postanowił rozwiązać problem za pomocą pistoletu i posłał mu ostrzegawczy strzał w tył głowy. Wspominając tę sytuację R.L. zwykł mawiać: „I didn't mean to kill nobody. I just meant to shoot the sonofabitch in the head and two times in the chest. Him dyin' was between him and the Lord”. Gangsta rapsy przy tym wymiękają. Burnside został skazany na pięć lat pobytu w słynnym łagrze Parchman Farm (który wcześniej zaliczył też Bukka White), jednak wyszedł po sześciu miesiącach za wstawiennictwem swojego szefa, bogatego i najwyraźniej mocno wpływowego plantatora, który potrzebował go do pracy na traktorze.

Przez długi czas R.L. chwytał się różnych zawodów, muzykę traktując jako dodatkowe zajęcie. Zaczęło się to zmieniać w 1967 r., kiedy to do jego domu zawitał badacz folkloru George Mitchell w celu przeprowadzenia nagrań. Część utworów z tej sesji wypuszczono dwa lata później, jednak całość została wydana w pełnej krasie dopiero w 2003 r. jako First Recordings.
Ten pełny zbiór kilkunastu akustycznych kawałków to jeden z najsmaczniejszych bluesowych materiałów, jaki słyszałem. Bijąca od niego surowość i autentyzm, chociaż wygładzone nieco przez współczesną produkcję, robią naprawdę mocne wrażenie – czuć wyraźnie, że te dźwięki są esencją środowiska i atmosfery, w jakiej żył R.L. Poza tym to właśnie w tych utworach najbardziej przebija transowość, typowa dla muzyki tego regionu, mająca swoje korzenie w plemiennych, afrykańskich rytmach. Co prawda wczesny repertuar Burnside'a to w dużej mierze jego interpretacje utworów innych bluesmanów (takich jak Muddy Waters, Howlin' Wolf czy Lonesome Sundown), ale ich kawałki zostały tu odpowiednio uproszczone i zamknięte w pętlach z paru dźwięków. Wypada przy tym dodać, że wiele rzeczy jego autorstwa brzmi bardzo podobnie, a momentami niemal identycznie, ale taki jest już urok bluesowej konwencji. Do moich ulubionych numerów z First Recordings należą Goin' Down South, Come on in, Skinny Woman i Sat Down on My Bed and Cried, przy czym wszystkie były później jeszcze wielokrotnie nagrywane, czasem pod innymi tytułami.
Poza aspektem muzycznym warto też wziąć pod uwagę, że materiał został zagrany na pożyczonej od Mitchella gitarze, w żałośnie ubogim domu Burnside'a, gdzie za całe umeblowanie służyły dwa łóżka, sofa z wystającymi sprężynami i drewniane pudło, a na brudnej podłodze siedziała dziesiątka jego dzieci (ostatecznie dorobił się trzynastu). Prawdziwie bluesowe, ciężkie życie.


Od tamtej pory Burnside zaczął nieco koncertować, gównie solo, także poza granicami USA, w Kanadzie i Europie. Na przełomie lat 70 i 80 zaczął występować z grupą The Sound Machine, w skład której wchodzili jego synowie. Początkowo grali bluesowe covery, które znalazły się później na kompilacji Raw Electric (2001), jednak dość szybko zmienili tematykę i w 1980 r. wydali razem album Sound Machine Groove. Rzecz mało interesująca, bo oparta w większości na brzmieniach funk i R&B, a przy tym nie akcentująca już tak bardzo country bluesowego klimatu.

Burnside nie porzucił na szczęście akustyka i w latach 80 brał udział jeszcze w wielu solowych sesjach (lub z gościnnym udziałem harmonijki), czego efektem są płyty (uwaga, monotematyczne nazwy) Plays and Sings the Mississippi Delta Blues (1981), Mississippi Blues (1984, live), Goin' Down South (1998, kompilacja nagrań z 1980-86) czy mój ulubiony zbiór – Mississippi Hill Country Blues (pierwsze wydanie w 1984). Ten ostatni zestaw odpalam najczęściej, bo to olbrzymia dawka (w pełnej wersji 19 kawałków) bluesowego brzdąkania, prócz burnside'owej klasyki zawierający parę rzadziej spotykanych hitów, jak mój faworyt: Gone so Long. Do nagrań w tym stylu zaliczają się też Acoustic Stories (1997, zapis sesji z 1988) i wyjątkowo ciekawy, bo pochodzący z wczesnego okresu My Black Name A-Ringin' (1999, nagrany w 1969).
Krótko mówiąc, akustyczny (i solowo-elektryczny) Burnside przemawia do mnie najbardziej, bo w tym wydaniu jest najprawdziwszy. Jego kolejne dzieła będą już nieco bardziej mainstreamowe i taneczne, chociaż w dużej mierze nadal warte uwagi.

W 1991 r. R.L. podpisał kontrakt z wytwórnią Fat Possum Records, która skupiała się na nagrywaniu twórców z północnej części Mississippi. Jej nakładem ukazały się wszystkie następne albumy Burnside'a, począwszy od Bad Luck City (1992), niezbyt ciekawej płyty nagranej z The Sound Machine, utrzymanej w lekkim blues-rockowym tonie, i Too Bad Jim (1994), który jest już zdecydowanie lepszym materiałem, w duchu hill country bluesa.

Ciekawsze rzeczy zaczęły się dziać w 1995 r., kiedy to Burnside nawiązał współpracę z Jonem Spencerem, liderem Jon Spencer Blues Explosion – grupy podchodzącej do tematyki bluesa od strony punkowo-garażowej. W efekcie powstały dwa mocne albumy: A Ass Pocket of Whiskey (1996) i Mr. Wizard (1997).
Szeroki rozgłos zdobył zwłaszcza ten pierwszy, przyczyniając się do znacznego rozwoju kariery Burnside'a, choć jednocześnie spotkał się ze skrajnymi opiniami. Nic dziwnego, bo to absolutnie szalona płyta, całkowicie odmienna od dotychczasowego stylu R.L. Została nagrana w cztery (!) godziny, w czasie sesji zakrapianej olbrzymią ilością whiskey, co tłumaczy chyba wszystko. Ma to doskonałe odzwierciedlenie w muzyce – zagranej na totalnym spontanie, wręcz na wyjebce, jednak na tyle kontrolowanej, by dźwięki nie wybijały się z transowych ryzów. W tle przewijają się losowe okrzyki, zwłaszcza ze strony Spencera, a Burnside opowiada głupoty, klnie jak szewc i zgrywa się, mówiąc falsetem. Obok paru starych numerów, jak standardowy Goin' Down South czy Poor Boy, pojawiają się rzeczy bardziej w stylu spoken word, w tym „toast” Tojo Told Hitler (coś w rodzaju poematu lub historyjki deklamowanej w barach, Burnside często opowiadał je na koncertach). Wykonywany na żywo materiał z A Ass Pocket of Whiskey wzbudzał swego czasu prawdziwy entuzjazm – widownia dosłownie skakała po scenie.
Mr. Wizard jest w porównaniu do niego znacznie bardziej stonowanym albumem. On również został nagrany z udziałem Spencera, ale tym razem obyło się bez szaleństw i wrzasków. Od innych elektrycznych dzieł Burnside'a różni się wyraźnie ostrą, garażową formą, i chociaż nie jest już tak zapadający w pamięć, to i tak zawiera całkiem chwytliwe numery. Warty uwagi jest tu głównie otwierający całość Over the Hill i rozszerzona wersja Snake Drive.


W 1998 r. wydawnictwo Fat Possum postanowiło wyjść z całkowicie nowym pomysłem, korzystając z okazji, że za sprawą Spencera Burnside'em zainteresowało się młode pokolenie. W tym roku wypuszczony został Come on in, wyróżniający się tym, że większość kawałków została tu poddana remiksowi i wzbogacona o tłuste, hip-hopowe bity (wszystko za zgodą R.L., choć ten nie miał pojęcia jak będzie wyglądał efekt końcowy). Zdaniem jednych gwałt, a zdaniem innych świeże podejście do bluesa. Sam Burnside, zapytany o to czy podobają mu się nowe numery, odpowiedział: „At first I didn't like them too much. Then I saw how much money they were making and I got to liking them pretty well”. Mnie ten styl specjalnie nie rusza, choć przyznam, że przeróbka Let My Baby Ride jest całkiem zacna.

Rok później stan zdrowia Burnside'a zaczął się gwałtowanie pogarszać. Po operacji serca ograniczył koncertowanie i nie brał nawet udziału w nagrywaniu gitar do swojego kolejnego albumu, Wish I Was in Heaven Sitting Down (2000). Jego wkładem jest tu jedynie wokal. Płyta, podobnie jak i pozostałe zremiksowane, nie należy zresztą do najciekawszych, a wybijają się z niej jedynie utwór tytułowy i wspomniany wcześniej Hard Time Killing Floor.

Można by uznać, że na tym kończy się jego kariera, ale Burnside tak szybko nie zszedł ze sceny. W dalszym ciągu występował na żywo, czego dowodem jest zapis jednego z koncertów: Burnside on Burnside (2001). To żywiołowy, elektryczny set, zagrany z udziałem jego wnuka Cedrika i „adoptowanego syna” Kenny'ego Browna, z którymi koncertował już od wielu lat. Absolutnie nie słychać tu schorowanego dziada – R.L. w dalszym ciągu zachwyca swoim mocnym głosem i mimo 74 lat na karku radzi sobie doskonale w dynamicznych kawałkach. W zestawie znalazły się same największe hity Burnside'a i jeden „toast” – ogółem świetne zwieńczenie jego twórczości. Dosłowne, bo po ataku serca, którego doznał w tym samym roku, wycofał się z muzyki. Co ciekawe, głównym powodem dla takiej decyzji była konieczność odstawienia alkoholu, bez którego Burnside całkowicie stracił chęć do grania.

W jego dyskografii pojawiła się jeszcze jedna pozycja, A Bothered Mind (2004), ale był to już typowy skok na kasę wytwórni. Zremiksowano stare fragmenty nagrań, tym razem już bez żadnego udziału Burnside'a i zaproszono do współpracy Kid Rocka i Lyrics Born. Jak łatwo się domyślić, efektem tego jest mainstreamowa papka, jedynie lekko zabarwiona bluesem, choć oczywiście płyta odniosła komercyjny sukces.

Burnside zmarł w 2005 r. Sądząc po jego wesołym trybie życia, milionie rozbitych samochodów i niezliczonej ilości wypitych drinków „Bloody Motherfucker” można uznać, że i tak dożył całkiem sędziwego wieku. Chociaż zdobył szerszy rozgłos dopiero w latach 90 (podobnie jak i reszta ekipy z Mississippi) i nie można raczej określić go jako wybitnie wpływowego twórcę, to na pewno pozostaje jednym z najciekawszych i najpopularniejszych muzyków w swojej niszy. W temacie transowego bluesa przebił go tylko jeden dziadyga – Junior Kimbrough.



Junior Kimbrough


Parę lat młodszy od Burnside'a, David „Junior” Kimbrough urodził się w 1930 r. w Hudsonville, Mississippi. Pierwsze próby brzdąkania zaliczył jako dziecko, podkradając gitarę ojcu, podczas gdy ten wychodził do pracy w pole. Podobnie zaczęła się jego przygoda z alkoholem – już w wieku sześciu lat upił się do nieprzytomności, oczywiście pod nieobecność ojca. Wieść niesie, że Kimbrough również był w młodości szkolony przez McDowella, ale wspomina się też o miejscowym „szamanie voodoo”, Eli Greenie, który miał uczyć go gry. To by w ciekawy sposób wyjaśniało jego zamiłowanie do transowych klimatów.

Kimbrough od zawsze był zdecydowany podążać muzyczną ścieżką. Z początku grał jedynie po knajpach bluesowe standardy i covery współczesnych mu twórców, ale dość szybko przestało to być dla niego satysfakcjonujące. Skupił się na komponowaniu własnych utworów, jednocześnie pracując nad stylem, który zaczął nabierać kształtów pod koniec lat 50.

Po krótkiej wizycie w Chicago, w 1966 r. Kimbrough wybrał się do Memphis by spróbować sił w studyjnym nagraniu. Trafił jednak na złego producenta. Quinton Claunch, specjalizujący się w gatunkach R&B i gospel, odmówił wypuszczenia zarejestrowanej płyty, twierdząc, że za bardzo wieje od niej klimatami country. Ciekawa opinia. Na szczęście taśmy z tej pierwszej sesji przetrwały, zostały odkupione od Clauncha ponad 40 lat później i wydane pod postacią epki – niespodziewany tytuł – First Recordings (2009).
Składa się ona z paru krótkich kawałków, w których zarysowuje się styl Kimbrough, w tym wydaniu z mocno podkreślonym rytmem i w tanecznej formie. Wśród obecnych tu numerów znalazły się takie, które zostały włączone do jego standardowego repertuaru, po czym były rozwijane w późniejszych latach. Mowa przede wszystkim o Done Got Old i Meet Me in the City, zaliczanego do najbardziej znanych hitów Juniora.
Ta płyta mogła być dla niego dobrym startem, ale skończyło się na niczym. W rezultacie aż do początku lat 90 zostało wydanych jedynie parę jego singli, które przeszły bez większego echa.

Teoretycznie pobyt w Memphis nie był dla Kimbrough całkiem zmarnowany, bo tam też w 1967 r. nakładem innej wytwórni wydano jego debiutancką siedmiocalówkę, na którą składały się Tramp (cover Lowella Fulsona, w oryginale kawałek wyszedł w tym samym roku) i You Can't Leave Me. Nie obyło się jednak bez problemów. Producentem musiał być półgłuchy analfabeta, bo utwór ze strony A zapisano jako Tram? (tak, ze znakiem zapytania), a nazwisko wykonawcy jako Kimbell. Po takich przygodach można się naprawdę zniechęcić do wielkomiejskich wydawnictw i nic dziwnego, że po powrocie do rodzinnych stron Kimbrough praktycznie już do końca życia się stamtąd nie ruszył.

A mówiąc poważnie, preferowany przez niego styl życia i charakter granej muzyki idealnie wpasowywał się w lokalny koloryt północnego Mississippi. Muzycy z tego regionu cechowali się amatorskim i całkowicie niekomercyjnym podejściem do bluesa, dzięki czemu zdołali zresztą zachować w swojej twórczości wyjątkowy autentyzm. Z Kimbrough, nastawionym na granie w lokalnych barach, sprawa wyglądała podobnie. Przez długi czas pracował jako farmer lub mechanik, muzykę traktując głównie jako swoją pasję, a efekt tego jest taki, że z następnych 20 lat jego życia znane są jedynie strzępki informacji.
Do ciekawostek można zaliczyć fakt, że na przełomie lat 70 i 80 zakumplował się z Burnside'em. Wielokrotnie grali razem w sobotnie noce, urządzając coś na kształt jammowych sesji. W kolejnych latach R.L. odwiedzał Juniora w jego domowej imprezowni, do której w niedziele zjeżdżały się tłumy ludzi, by pobawić się w trakcie prób jego zespołu, Soul Blues Boys. Tradycja organizowania domowych spotkań była zresztą silna w Mississippi, a Kimbrough wyróżniał się tu tylko większą popularnością. Imprezy cieszyły się takim zainteresowaniem, że po pewnym czasie zaczął nawet zarabiać na gościach, sprzedając im piwo i własnej produkcji whiskey. Innymi słowy, zamienił swój dom w bar.


W 1988 r. Kimbrough miał szansę odbyć pierwszą poważną sesję nagraniową, choć ponownie bez rezultatu komercyjnego. Materiał został bowiem nagrany dla University of Memphis w ramach etnomuzykologicznego programu Regional Studies i najpewniej nie był nawet przeznaczony do wydania. Światło dzienne ujrzał dopiero w 1997 r., kiedy Kimbrough zdobył szerszy rozgłos.
Na album zatytułowany Do the Rump! składa się 13 numerów, z czego dwa pierwsze pochodzą z singla wydanego w 1982 r., w tym wyśmienity Keep Your Hands off Her. Tutaj już w pełnej krasie objawia się styl Juniora – kawałki płyną sobie nieśpiesznie w równym, hipnotycznym rytmie, a przy tym bije od nich niewyobrażalny wręcz luz. Dużą rolę pełni w tym, bas, na tle którego przewijają się repetytywne melodie. Kimbrough zdołał zbudować w ten sposób klimat, który bardziej niż u jakiegokolwiek innego bluesowego muzyka przywodzi na myśl afrykańskie korzenie. Nie odcina się jednak zupełnie od klasyki, bo parę kawałków zalatuje jeszcze standardami (Come on and Go with Me, I Want to Know What's Wrong with You), ale zdecydowanie więcej rzeczy utrzymanych jest w jego charakterystycznym stylu. Do ciekawszych utworów zaliczyłbym Nobody But You Baby, You Better Run (który, swoją drogą, dotyczy próby gwałtu) i Walk with Me.

O Kimbrough zaczęło się robić głośno w 1991 r., kiedy to otworzył własną knajpę (juke joint) w Chulahoma. Miejscówka o tyle ciekawa, że wcześniej służyła jako kościół. Oficjalnie nie miała żadnej nazwy, ale wśród autochtonów była znana jako Junior's Place. Odbywające się tam imprezy nie różniły się specjalnie od dotychczasowych domówek – grano w niedziele przez całe noce, przy czym występował tu nie tylko Junior z towarzyszącym mu składem Soul Blues Boys, ale też wielu innych, mniej znanych lokalnych muzyków. Fama o tym przybytku rozeszła się w błyskawicznym tempie i w przeciągu paru lat zaczęły się tam zjeżdżać znane osobistości, w tym Iggy Pop, członkowie Rolling Stones, U2 czy Sonic Youth. W połowie lat 90 Kimbrough stał się wręcz żywą legendą.

Jego rosnąca popularność zaowocowała wreszcie pierwszym wydanym albumem – All Night Long (1993). Rzecz została nagrana w jego knajpie i słychać to w każdym dźwięku. Materiał jest wybitnie surowy, zwłaszcza jeśli porównać go do nagranego wcześniej, studyjnego Do the Rump!, ale jednocześnie ma w sobie silniejszą country bluesową atmosferę. W zestawie znalazły się praktycznie same kawałki z wcześniejszych sesji, wśród których interesujące są głównie rozszerzone wersje You Better Run i Meet Me in the City. Całość nie należy jednak do moich ulubionych albumów; to raczej coś dla koneserów ascetycznego brzmienia. Warto jeszcze tylko dodać, że pod szyldem Soul Blues Boys zagrał tu na perkusji syn Juniora Kenny Malone, a na basie zaprezentował się Garry Burnside, syn R.L., co tylko podkreśla kumpelskie relacje obu rodzin.

O ile All Night Long pozostawiał jeszcze trochę do życzenia, to dwie kolejne płyty mogę z czystym sumieniem określić jako juniorowy crème de la crème; dzieła absolutnie warte przesłuchania.
Pierwszą z nich, Sad Days, Lonely Nights (1994), również nagrano w Junior's Place, ale została znacznie lepiej wyprodukowana. Co więcej, właśnie na niej transowy styl Kimbrough został doprowadzony do perfekcji, a kompozycje są tu naprawdę mistrzowskie. Warte wspomnienia są zwłaszcza melancholijny Lonesome in My Home, taneczny Old Black Mattie i Lord, Have Mercy on Me, najdłuższy utwór Juniora, zbudowany na przepysznym riffie. Poza tym ciekawostką jest fakt, że album został zamknięty w klamrze z dwóch wersji tego samego utworu, tytułowego Sad Days, Lonely Nights, przy czym każda ma nieco inny wydźwięk. Pierwsza jest nakręcana szybkim rytmem perkusji, a druga, zagrana solo, robi znacznie bardziej posępne wrażenie.


Dziełem równie smakowitym, choć nieco mniej spójnym, jest Most Things Haven't Worked Out (1997), ostatni album wydany za jego życia. Składa się z dwóch różnych sesji, z czego jedna, o wyraźnie surowszym brzmieniu, odbyła się oczywiście w knajpie Juniora. Z niej też pochodzą dwa solowe kawałki, kolejno otwierające i zamykające płytę Lonesome Road i I'm Leaving You Baby. Bardziej warte uwagi są jednak utwory wykonane z całym składem, w których można poczuć, jak świetnie bas i perkusja chodzą razem z melodyjną gitarą Juniora. W tym zestawie znalazły się moje najulubieńsze hity: wybitnie chwytliwy szlagier I Love Ya Baby i utwór tytułowy, Most Things Haven't Worked Out (nowa wersja Leaving in the Morning z poprzedniej płyty), wiejący bluesową deprechą, a przy tym nie tracący bujającego charakteru. Świetne są również I'm in Love i Burn in Hell – rytmiczne numery, przy której nóżka sama podryguje. Kimbrough był mistrzem w takich hipnotyczno-przebojowych mieszankach, których cała magia tkwiła w prostocie. Jak sam kiedyś stwierdził: „My songs, they have just the one chord, there’s none of that fancy stuff you hear now, with lots of chords in one song. If I find another chord I leave it for another song”.

Zmarł w 1998 r., ale pod jego nazwiskiem pojawiło się jeszcze parę albumów składających się różnych nagrań z lat 90. Były to kolejno: God Knows I Tried (1998), w którym najciekawsze są Keep on Braggin' i wyborna wersja Tramp; Meet Me in the City (1999), zawierający m.in. parę domowych nagrań w ultrasurowej jakości, ale za to wybitnie klimatycznych; i You Better Run (2002), kompilacja najbardziej reprezentatywnych, zdaniem Fat Possum, hitów.

Po śmierci Kimbrough Junior's Place był zarządzany przez jego synów i w dalszym ciągu prowadzone tam jammowe imprezy przyciągały tłumy ludzi (choć on sam w ostatnich latach pojawiał się tam już sporadycznie). Nie trwało to jednak długo – w kwietniu 2000 r. knajpa spłonęła. Nie znaleziono przyczyny, ale całkiem prawdopodobne, że stało się to za sprawą wielkiego bębna, który służył gościom jako piecyk, sypiąc iskrami pod sam sufit. Biorąc pod uwagę, że lokal był drewniany, to i tak sporo wytrzymał.

O życiu Kimbrough niech najlepiej zaświadczy fakt, że doczekał się on 36 (słownie: trzydziestu sześciu) dzieci. Chociaż w kwestiach komercyjnych nigdy nie odniósł podobnego sukcesu (nawet o to zresztą nie zabiegał), to jego muzyka spotkała się po latach z szerokim odzewem i zainspirowała wielu wykonawców.
Coverowali go m.in. Buddy Guy, Left Lane Cruiser i Hozier, ale bardziej istotny jest fakt, że na klimatach z północnego Mississippi został zbudowany The Black Keys (a przynajmniej ich pierwsze albumy, na których grali jeszcze bluesa, wydane nakładem Fat Possum). Od swoich wersji utworów Burnside'a (Busted, cover Skinny Woman) i Kimbrough (Do the Rump) rozpoczęli debiutancki The Big Come Up (2002), a prócz tego nagrali wyśmienitą epkę Chulahoma (2006), złożoną z coverów Juniora. To naprawdę zacny hołd dla jego twórczości, dzięki odrobinie przesterów podkreślający geniusz oryginalnych riffów.

Kimbrough, jako twórca unikalnego stylu w obrębie bluesa, całkowicie zasłużenie uzyskał status legendy. W tym kontekście najładniejsze epitafium wystawił mu jego przyjaciel, Charlie Feathers, określając go jako „the beginning and end of all music”. Coś w tym jest. Myślę jednak, że cały temat najlepiej podsumuje cytat z Iggy'ego Popa: „When the spaceship finally comes down and Will Smith isn't there to protect you and the aliens start picking through our records to see which one to keep, guess what, motherfucker? It's gonna be Junior Kimbrough, not Beyoncé.



Wśród bluesowych muzyków z Mississippi nietrudno wygrzebać jeszcze parę ciekawych postaci, takich jak schorowany Cedell Davis, który przez powykręcane od polio palce wyrobił sobie technikę grania za pomocą noża do masła, czy T-Model Ford, podobnie jak Burnside mający na koncie morderstwo. Całkiem więc możliwe, że tematyka bluesa na blogasie powróci, bo bagna delty skrywają jeszcze sporo brudnych, surowych dźwięków. Czyli tego, co w tym gatunku jest najsmaczniejsze.
S.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz