sobota, 24 września 2016

Fresh tendrils – 2016 (2)

Czas na drugą porcję albumów, które w tym roku przykuły moją uwagę. Tym razem odrobinę krócej: siedem płyt, z czego praktycznie wszystkie obracające się w okołostonerowych lub psychodelicznych klimatach. Wbrew pozorom nie jest monotematycznie. Zapraszam do zawieszenia oka i ucha:


Navajo Witch – Ghost Sickness

[doom/sludge, USA]

Raz na jakiś czas czuję potrzebę przetyrania sobie czaszki jakimś hiperciężkim, a zarazem niepozbawionym melodyjności materiałem, ale zawsze mam problemy ze znalezieniem czegoś w moim guście. Niedawno udało mi się jednak trafić na grupę, która spełnia te wydumane kryteria i tworzy dokładnie to, o co mi chodziło – wesołe, a jednocześnie siejące zniszczenie riffy.
Ghost Sickness jest pełnometrażowym debiutem ekipy z Tennessee, wydanym trzy lata po epce Skinwalker. Porównując oba materiały można dostrzec, że w międzyczasie panowie wyraźnie zwolnili obroty i zaprzęgli gitary do ciężkiej, doomowej orki. Nowy album jest zdominowany przez ciągnące się ślimaczym tempem kolosalne riffy, a towarzyszą im w tym grzęzawisku odpowiednio odrażające, sludge'owe wokale. Prawdziwie bagienny klimat. Żeby nie było zbyt monotonnie, co jakiś czas muzyka nabiera impetu – do akcji wkraczają żywsze, stonerowe riffy, a posępna, doomowa atmosfera ustępuje miejsca sympatycznemu nihilizmowi. Najbardziej urzeka mnie, że mimo całego tego ciężaru NW nie sili się na budowanie przytłaczających monolitów, a zamiast tego wplata w kawałki porządną dawkę luzu. Ich numery mają wybitnie bujający charakter, zwłaszcza w pierwszej połowie albumu. Black Curse, Rites of Divination i Void to przykłady świetnych, tanecznych szlagierów, w sam raz do wytrzepywania wszy. W dalszej części pojawia się więcej ponurych brzmień (zwłaszcza Ancestral Chants), ale i tu nie brakuje dynamicznych fragmentów. Wisienką na torcie jest obecność Wino, który użyczył swoich strun głosowych w March Toward Death.
Debiut NW to doprawdy cudna rzecz w swojej kategorii wagowej. Monstrualny ciężar wymieszany z ładnymi melodyjkami to coś, co zawsze cenię sobie w tym gatunku. Doomowy okultyzm rzadko kiedy przybiera tak smakowitą formę.



Planet of Zeus – Loyal to the Pack

[stoner rock, GR]

Wysmażyłem ongi na blogasie panegiryk dla Vigilante, poprzedniego albumu Greków, licząc, że ich kolejne dokonania na polu stonera będą równie udane. No i niestety nowa płytka nieco się rozminęła z moimi oczekiwaniami. Może nie do tego stopnia, żebym czuł się rozczarowany, ale zwyczajnie szału teraz nie ma.
Powód jest prosty: ich muzyka przeszła gwałtowną dietę odchudzającą. Pierwsze wrażenia są jeszcze pozytywne – otwierający album tytułowy numer jest całkiem solidnie osadzony w brzmieniach starszych płyt i już na samym wstępie uderza mięsistym riffem do pary z ryczącym wokalem. Szkoda tylko, że podobne klimaty pojawiają się tu jeszcze tylko w jednym kawałku – punkowym Scum Alive, jakby żywcem wyciągniętym z pierwszego albumu. I to dosłownie wszystko z ciężkiego grania. Cała reszta to lekki, typowo radiowy rock, z ładnym śpiewem zamiast wrzasków, a do tego w wielu miejscach zabarwiony popem. Może odrobinę przesadzam, bo riffy same w sobie są nadal czupurne, ale już melodyka i kompozycje mają w sobie ewidentnie popowy posmak. Tragedii jednak nie ma, bo takie połączenie działa całkiem nieźle i słucha się go przyjemnie, zwłaszcza w Devil Calls My Name, Little Deceiver czy Sea Bastards. Ale już taka pościelówa jak Retreat przyprawia o ból zębów. Miłym akcentem jest za to instrumentalny Athens, w niebanalny, czilautowy sposób zamykający album.
Gdybym miał przekonywać do stonera jakiegoś miłośnika mainstreamu to pewnie puściłbym mu Loyal to the Pack, bo to dokładnie coś z pogranicza tych dwóch światów. Nie jest najgorzej, ale dla mnie niezbyt satysfakcjonująco. Jak na razie wszystko wskazuje, że to 1000mods uratuje w tym roku honor Grecji i zademonstruje prawdziwie pustynne granie.



Spaceslug – Lemanis

[stoner/space rock, PL]

A jednak Poland can into space. W naszym kraju pojawia się coraz więcej grup wykraczających poza stratosferę albo przynajmniej w pewnym stopniu nawiązujących do kosmicznych wojaży, a jedną z takich ekip jest stosunkowo świeży Spaceslug. I muszę przyznać, że wychodzi im to całkiem zgrabnie.
O charakterze ich muzyki sporo mówi już sam fakt, że 2/3 składu to członkowie Palm Desert. Panowie najwyraźniej są mocno przywiązani do pustynnych korzeni, bo mimo przeprowadzki z Kalifornii na marsjańskie wertepy utrzymują swoje granie w ściśle stoner/doomowych ramach. Space rock jest dla nich raczej punktem wyjścia dla prostych, transowych kawałków niż istotą samą w sobie, co mnie jak najbardziej odpowiada. Ich styl można opisać w trzech słowach: ciężko, wolno i melodyjnie. Wszystko to opiera się na dużej ilości riffów, za to bez wyraźnej psychodelii czy prog-rockowego wydziwiania. Słabiej wypadają przy tym ich próby tripowania, robiące wrażenie nieco wymuszonych, ale dominujące tu ładne melodyjki w pełni mi to rekompensują. Nie wszystkie numery wydają mi się równie porywające, jednak pierwsza połowa albumu jest wyjątkowo udana. Dobre wrażenie robi zarówno zamknięty w czilautowej klamrze Proton Lander, jak i następujące po nim, pełne chwytliwych riffów Hypermountain i Supermassive. Szkoda tylko, że im dalej w kosmos tym mniej ciekawie, a już tytułowy Lemanis zdaje się być kompletnie wymęczony i pozbawiony polotu. Debiut lekko nierówny, choć warty sprawdzenia.
Z pewnością przed tym bezkręgowcem jest jeszcze trochę pracy, ale liczę, że grupa dopiero nabiera rozpędu i wyskoczy kiedyś z lepszym materiałem. Jest potencjał.



Sunnata – Zorya

[doom metal, PL]

Od momentu kiedy wokalista Satellite Beaver zzuł czerwone kalesony i razem z kolegami postanowił występować pod nazwą Sunnata, zaczęło się dziać coś bardzo pozytywnego. O tym, że zmiana nie dotyczy tylko nazwy i stylówy, świadczył już wydany przez nich dwa lata temu Climbing the Colossus. Co prawda ten materiał nie przekonywał mnie jeszcze do końca, głównie przez swoje ultrasurowe brzmienie, ale tegoroczna Zorya to już zupełnie inna bajka.
Pierwszą zmianą na plus jest produkcja. Dostała odrobinę świeżego powietrza i z piwniczno-jaskiniowej weszła na standardowo brudny, doomowy poziom, co przełożyło się na to, że nowego albumu słucha się po prostu lepiej. Po drugie: cudne kompozycje. Trwające po około 10 minut kawałki skupiają się na eksploracji posępnych rubieży ciężkiego grania, a przy tym nie są pozbawione dozy melodyjności. I po trzecie: grupa zdołała wypracować już własny styl, wykraczający mocno poza doomowe ramy i zahaczający o takie klimaty jak stoner, psychodelia, orientalne brzmienia czy grunge. Ten ostatni przewija się zwłaszcza w wokalu, momentami przywodzącym na myśl Layne'a Staleya. Skojarzenie nieprzypadkowe, bo Szymon Ewertowski nie kryje się ze swoim uwielbieniem dla sceny Seattle i świadomie wykorzystuje swój głos jako kontrapunkt dla kolosalnych riffów. Te natomiast robią naprawdę mocne wrażenie, przewalając się przez album na przemian z tripowymi fragmentami. Całość wzbudza we mnie zachwyt, ale moimi faworytami są tu Long Gone i New Horizon, cechujące się wysokim stężeniem kwasu.
Tak dobrej płyty się po Sunnacie nie spodziewałem. Powiedziałbym nawet, że na ten moment Zorya to jak dla mnie najlepszy polski album tego roku. Chapeau bas.



The KVB – Of Desire

[psychedelic/post-punk, UK]

Do niedawna duet ukrywający się pod nazwą The KVB był dla mnie zespołem jednej płyty – w ich dyskografii grzała mnie tylko i wyłącznie epka Out of Body. Sytuacji nie poprawił zeszłoroczny, (zbyt) eksperymentalny Mirror Being, toteż do Of Desire podchodziłem raczej z dystansem. I spotkało mnie miłe zaskoczenie.
Kat Day i Nicholas Wood powrócili do tego, co w moim odczuciu wychodziło im najlepiej, czyli zabarwionych kwasem piosenek, nie przeginających ani w stronę surowego shoegaze'u ani nadmiernych eksperymentów. Efektem ich pracy jest najbardziej słuchalna płyta w ich dorobku, zawierająca całkiem pokaźną liczbę chwytliwych numerów (przynajmniej na tyle, na ile chwytliwe mogą być post-punkowe smęty). Najmocniejszym punktem jest tu Night Games, oparty na wyrazistym basie, ale nie mniej ciekawie prezentują się pulsujący Silent Wave czy melodyjny Never Enough. Łatwa przyswajalność kawałków jest w dużej mierze zasługą subtelnie wiksiarskiego pierwiastka, podkreślanego tu i ówdzie przez transowe bity. Przodują w tym Awake i instrumentalny V11393, ale podobnie wkręcające rytmy przewijają się praktycznie przez większą część albumu, nie wyłączając powolnego Lower Depths. Ze schematu wyłamuje się tylko parę ambientowych utworów, które pełnią rolę klimatycznych przerywników (Primer, Mirrors).
Swoim nowym materiałem The KVB elegancko wpisuje się w niszę, którą określiłbym jako „syntetyczna psychodelia”. To co prawda dopiero druga ich płyta, która trafia w mój gust, ale obrany przez nich piosenkowy kierunek skłania mnie do dalszego śledzenia ich twórczości. Liczę na więcej takich ładnych albumów.



Yawning Man – Historical Graffiti

[desert rock, USA]

Ostatni koncert w dużym stopniu zmienił moje podejście do Yawning Man, i chociaż podtrzymuję opinię, że to muzyka, której powinno się słuchać na żywo, to ich nowa płytka wyjątkowo wpadła mi w ucho. Co więcej, w formie studyjnej sprawdza się nawet lepiej.
Jest parę powodów, dla których Historical Graffiti to nietypowa pozycja w dyskografii YM, a rzuca się to w oczy już w przypadku samego sposobu, w jaki został zarejestrowany. Sesja nagraniowa trwała zaledwie jedną noc, kiedy to w trakcie argentyńskiej trasy grupa zawitała do studia ION w Buenos Aires. Pozornie pełen spontan, sugerujący jammową formę utworów. W rzeczywistości jednak kawałki charakteryzują się całkiem przemyślaną kompozycją, choć i tak standardowo panowie pozostawili sobie pewne pole do improwizacji. Koncept słychać zwłaszcza w otwierającym album The Wind Cries Edalyn – utworze tak prześlicznym, że wręcz przyćmiewającym całą resztę. W głównej mierze to zasługa zastosowanego tu instrumentarium – skrzypiec i akordeonu, które tworzą wyjątkowo magiczną atmosferę. Muzycy na co dzień grający tango naprawdę świetnie wpisali się w pulsujący, pustynny rytm, wytyczany przez bas i perkusję, wychodząc daleko poza wszelkie gatunkowe ramy. W najbardziej zbliżonym tonie jest utrzymany tytułowy Historical Graffiti, w którym przewijają się akordeonowe improwizacje, natomiast w pozostałych numerach mocniej czuć już Kalifornię niż Argentynę. Całość ma raczej nieśpieszną, wyluzowaną formę, a nieco szybsze tempo pojawia się jedynie w krótkim Naomi Crayola.
To zdecydowanie warte obsłuchania dzieło, stylistycznie odmienne od tego, co do tej pory wypuszczał YM. Szkoda tylko, że nie ma możliwości, by usłyszeć na żywo jego studyjną aranżację – w tym jedynym wypadku album YM brzmi dużo ciekawiej niż jego koncertowa odsłona.



Zun – Burial Sunrise

[psychedelic/desert rock, USA]

Zun jest z pewnością jedną z najciekawszych rzeczy, jaką tego roku wydała na świat pustynna scena. To kolaboracyjny projekt, w którym za część instrumentalną odpowiadają członkowie Yawning Man (głównie Gary Arce), a za śpiew John Garcia i Sera Timms, wokalistka Ides of Gemini. Można by stwierdzić, że to po prostu YM z wokalem, ale takie porównanie nie do końca oddaje charakter tej grupy, choć podobieństw nie brakuje.
Motywem przewodnim jest tu oczywiście pustynia. Arce jak zwykle zdołał uchwycić jej atmosferę w przekonujący sposób, tym razem podchodząc do tematu dosyć nietypowo, bo od strony psychodelii. Odmalowane tu muzyczne pejzaże są przesiąknięte tripowym klimatem, zbudowanym w oparciu o przefiltrowaną przez efekty, wibrującą gitarę i hipnotyczne rytmy. Tworzy to naprawdę sugestywne i zróżnicowane obrazy, od lejącego się z nieba żaru po chłód towarzyszący wschodom słońca. To wybitnie pływająca, okraszona melancholijną atmosferą muzyka, i nie brakuje w niej improwizacji, chociaż za sprawą wokalu dominującą rolę przejmują melodie. Sam wokal został natomiast rozłożony po równo między Timms i Garcię – każde z nich udziela się w trzech kawałkach, prezentując nieco odmienne podejście, i jakimś trafem bardziej trafiają mi do serca utwory, w których pojawia się mój kyussowy ulubieniec. Jego głos snuje się w Nothing Farther, All for Nothing i All that You Say I Am, z czego wybija się zwłaszcza ten ostatni numer, nabierający w połowie jammowego charakteru. Z utworów pani Timms przemawia do mnie z kolei Into the Wasteland, bazujący na mocnym basowym rytmie.
Mam nadzieję, że Zun nie pozostanie jednorazowym wydarzeniem, bo tak cudnych hymnów poświęconych pustyni nie spotyka się co dzień. Bez wahania przybijam pieczęć aprobaty.



Na koniec ponownie krótki przegląd pozostałych wykonawców, którzy wypuścili w tym roku coś nowego. Zaczynając od pozytywów:
Do grona mocniejszych debiutów zaliczam Mythic Sunship, który z przytupem uderza ostrą, jammową psychodelią w stylu Earthless. Wyjątkowo spodobał mi się nowy Wo Fat – naprawdę sroga pozycja w kategorii stoner/psych – i osadzony w podobnych brzmieniach, choć nieco lżejszy, instrumentalny The Re-Stoned. Sporo odsłuchań zaliczyły u mnie psychodeliczny The Thrid Sound i lekka mieszanka w klimatach funk/rock/pop od The Heavy, przy czym to ich pierwszy album, który wchodzi mi w całości. Ciekawie wypadł też Zeal and Ardor, którego połączenie prison songów z black metalem, mimo pozorów jutubowego mashupu, okazuje się całkiem słuchalne. Moje zapotrzebowanie na smutne piosenki zaspokajała Marissa Nadler, a chwilowa faza na neofolk zaowocowała wkręceniem się w nową epkę Rome. Na temat gotyckiej odsłony Se Delan nie wyrobiłem sobie jeszcze opinii i czuję, że będę potrzebował więcej czasu, żeby się z nią zaprzyjaźnić.
Dużo słabsze wrażenie zrobił na mnie Kvelertak – blackened dad rock to chyba najlepsze określenie na ich nową płytę. Kwaśnej magii nie poczułem już w Levitation Room ani Mondo Drag, który za bardzo skupił się na aspekcie „retro” niż samych kompozycjach. Lekkim rozczarowaniem jest też debiut Vodun, choć wyłącznie dlatego, że w większości składa się z wcześniej wypuszczonych kawałków; recykling zawsze na minus.
Z polskich rzeczy: bardzo dobrą, jammową płytę wydał Palm Desert – tej ekipie wyraźnie sprzyjają spontaniczne sesje nagraniowe. Pozytywne odczucia mam też odnośnie debiutu Lonker See, choć miałem okazję się przekonać, że ich muzyka znacznie lepiej sprawdza się na żywo. Nie zachwycił mnie za to Red Scalp, w którym ładny stoner został zepsuty przez wokal. Wreszcie niewielkie emocje wzbudził we mnie Lotto, brzmiący jak nudniejsza i bardziej monotonna wersja Bohren & der Club of Gore.

Wrzesień jest szczególnie obfity w kwestii interesujących mnie albumów – do tej pory wyszło ich już kilkanaście, a parę czeka jeszcze na premierę. Nie wszystko okazało się tak dobre jak się spodziewałem, ale nie będę uprzedzał faktów. Postaram się opisać najciekawsze z nich w (prawdopodobnie) następnej notce.
S.

niedziela, 18 września 2016

The desert is a circle

Czysty przypadek sprawił, że tego wieczora wziąłem udział w koncercie Yawning Man. Plan był bowiem inny: od dawna byłem zdecydowany wybrać się na Obscure Sphinx, który miał się odbyć tego samego dnia w Gdyni, jednak wypadek perkusisty sprawił, że koncert został niespodziewanie odwołany. Występ Yawning Man w gdańskim B90 traktowałem jako plan zapasowy, bo chociaż znam tę grupę od dawna, to nigdy specjalnie nie zachwycałem się ich studyjnymi dokonaniami. Nie odpuszczało mnie jednak dziwne wrażenie, że będę srogo żałował, jeśli nie obejrzę ich na żywo. No więc poszedłem. I była to znakomita decyzja.

Rzecz miała miejsce na mniejszej scenie B90, co było ze strony organizatorów dobrym ruchem, bo przy kilkudziesięciu osobach główna sala ziałaby pustkami. A nawet i mniejsza nie została teraz wypełniona po brzegi. Trywialnie mówiąc, tłumy się nie zwaliły, co jednak nie przeszkodziło gwieździe wieczoru zagrać wyśmienity koncert.

Zanim to jednak nastąpiło, w roli supportu zaprezentował się Lady Electric z Gdyni. Skład do tej pory praktycznie mi nieznany (nie licząc jednego kawałka na jutubie), okazał się wyjątkowo dobrym wstępem do głównego dania. Ich instrumentalne granie opierało się na porządnej dawce tłustych, stonerowych riffów, w których miejscami pobrzmiewały echa bluesa i psychodelii. Brzmiało to elegancko zarówno w chwytliwych, jak i bardziej transowych numerach, a do tego na tyle oryginalnie jak na standardy gatunku, że pobudziło mój apetyt na jakiś studyjny materiał od tej ekipy. Na żywo w każdym razie świetnie sprawdzili się w roli klimatycznego otwieracza i sypnęli nieco piachem na scenę, gdzie miał niebawem wkroczyć Ziewający Człowiek.

Yawning Man pojawił się bardziej niż punktualnie, występując w składzie: Gary Arce i Justine Ruiz na gitarach, Mario Lalli na basie i Bill Stinson na perkusji. Zagrali dwugodzinny set, który sprawił, że dosłownie zbierałem szczękę z podłogi, i to bynajmniej nie z powodu ziewania.

Już od pierwszych dźwięków grupa wprowadziła na salę tak sugestywny klimat, że momentalnie dotarło do mnie, co oznacza autentycznie pustynne granie. Zrozumiałem na czym polega ich fenomen i status kalifornijskiej legendy, jakiego dorobili się, tworząc własny gatunek muzyki i młócąc go przez trzydzieści lat. Żeby to pojąć, trzeba po prostu posłuchać ich na żywo, bo tej specyficznej atmosfery zwyczajnie nie da się przekazać na studyjnych nagraniach. To, co nudzi na płytach, w wydaniu koncertowym staje się niespodziewanie wciągające. Dla mnie dodatkowo ich utwory nabrały nagle onirycznego klimatu, sprawiając, że momentami czułem się, jakbym uczestniczył w koncercie na jakimś kalifornijskim pustkowiu w środku nocy. To muzyka, która tworzy naprawdę żywe obrazy, bez żadnych środków wspomagających.

Set był całkiem urozmaicony, i chociaż dominowały w nim psychodeliczne odjazdy, to nie zabrakło też porcji smakowitych riffów lub momentów totalnego odpływu, wplecionych zgrabnie w kompozycje. Z co bardziej charakterystycznych utworów przewinęły się Rock Formations z mocną linią basu, lżejszy Stoney Lonesome, energetyczny Sand Whip czy Far-Off Adventure – jeden z mocniej pobudzających wyobraźnię numerów. Nowy album, Historical Graffiti, reprezentowały z kolei The Secret Language of Elephants i The Wind Cries Edalyn, w którym rolę skrzypiec przejęła gitara. Ponadto pojawiły się dwa kawałki okraszone wokalem Mario Lalli: świetny Devil's Ladder i coś, na co czekałem od samego początku – Catamaran, znany szerzej z wersji nagranej przez Kyuss. Ten drugi zakończył zresztą oficjalną część koncertu, wzbudzając wśród widowni spory entuzjazm. Panowie z Yawning Man byli na tyle mili, że po zejściu ze sceny pojawili się jeszcze raz, żeby wykonać na bis luźny, jammowy numer. Dwie godziny zleciały w mgnieniu oka.

Z mojej strony prawdziwy zachwyt. Kompozycje, które nie ruszały mnie na płytach, zabrzmiały tu na tyle wyśmienicie, że jeśli Yawning Man kiedykolwiek zawita jeszcze w te strony, to z chęcią wybiorę się ponownie. Na marginesie dodam tylko, że te pozytywne wrażenia to niewątpliwie po części zasługa perfekcyjnego brzmienia, które chwaliłem już pewnie przy każdej okazji, gdy opisywałem koncerty w B90. Standardowo świetna robota realizatorów.

A co do kolejnych notek – szykuje się już drugi pokaźny zestaw nowości z tego roku, a po nim najpewniej minirecenzje wrześniowych albumów. Stay tuned.
S.


piątek, 9 września 2016

Fresh tendrils – 2016 (1)

Milion lat przerwy między notkami to u mnie już norma. Żeby to zrekompensować tym dwóm czytelnikom na krzyż, wymęczyłem tym razem sporo tekstu. W dzisiejszym odcinku prezentuję dziewięć albumów z tego roku w kolejności alfabetycznej (przypadkowo wyszły z tego całkiem urozmaicone klimaty). Plan jest taki, żeby opisać jeszcze przynajmniej drugie tyle, zanim nastąpi jesienny zalew świeżej muzyki, o którym parę słów na końcu. Zobaczymy co z tego wyjdzie, a tymczasem jedziemy z tematem:


Bellhound Choir – Imagine the Crackle

[blues/folk, DK]

Rok temu swoją krótką działalność zakończył niesztampowo stonerowy Pet the Preacher. Jego wokalista, Christian Hede Madsen, pozostał jednak muzycznie aktywny, poświęcając się swojemu solowemu projektowi. I odwalił przy tym naprawdę niezłą robotę.
Bellhound Choir jest bezpośrednią kontynuacją projektu Hound, pod szyldem którego Madsen wydał parę lat temu dwie epki. O ile jednak Hound opierał się na surowym, blues-rockowym brzmieniu, miejscami wplatając nawet nieco przebojowości, to BC uderza już w bardziej melancholijne tony. „Ballada” ciężko przechodzi mi przez klawiaturę, bo przywodzi na myśl pretensjonalne i kiczowate gówno, ale to jednocześnie najtrafniejsze słowo na określenie smutnawych piosenek wypełniających Imagine the Crackle. Gdybym miał je do czegoś porównać, to zeszłoroczny debiut Dorthii Cottrell byłby najbliższy klimatem. Panuje tu podobnie posępna atmosfera, choć całość podana jest w bardziej szorstkiej, bluesowej formie. Dominuje melancholijnie pełzająca gitara, która okazjonalnie uderza mocniejszymi tonami, a miejscami uzupełniają ją skrzypce, nadające muzyce folkowego sznytu. Wokal Madsena świetnie sprawdza się również w takich brzmieniach, przy czym towarzyszy mu w niektórych kawałkach niejaka Camilla Munch. Z ładniejszych kompozycji godne wzmianki są Bad Dreams, No Roads Left to Follow i Distant Horizons.
Generalnie bardzo udany album, w pewnym stopniu rekompensujący rozpad Pet the Preacher. Poza tym doskonale wpasowuje się w klimaty, których ostatnimi czasy słucha mi się najlepiej.



Black Shape of Nexus – Carrier

[doom/sludge, DE]

W styczniowej notce rozpływałem się nad bizonami, niecierpliwie oczekując od nich nowego materiału. No i się doczekałem. Rzecz w tym, że spodziewałem się kolosa na miarę Negative Black czy splitu z Lazarus Blackstar, a dostałem coś zupełnie innego, co nawet ciężko jest ocenić w kategoriach doom metalu.
Zacznę może od tego, że trochę rozczarowało mnie brzmienie nowej płyty. Kategoria wagowa spadła z gargantuicznej o kilka poziomów i choć nadal jest ciężko, to o rozbijaniu dźwiękiem na atomy można zapomnieć. Muzyczne zmiany poszły jednak znacznie dalej – sążniste riffy zeszły na drugi plan, a ich miejsce zajęły eksperymenty z gatunkami i poczucie humoru. Rzecz nietypowa, ale żarciki są całkiem sympatyczne, począwszy od okładki, po różne dziwne wstawki, jak jazzowo-lounge'owy przerywnik w I Can't Play. Z ciekawszych fragmentów warto wymienić Lift Yourself, oparty na kontraście ambientu z hardcorem, i Facepunch Transport Layer, będący przełożeniem krautrockowych repetycji na doomowy grunt. Z kolei jednym z bardziej „klasycznych” i zarazem wpadających w ucho kawałków jest Sand Mountain, chyba najdobitniej nawiązujący do starych nagrań BSON. Całość jednak mocno odbiega od doomowych standardów i ma w sobie dosyć psychodeliczny klimat.
Carrier pozostanie dla mnie raczej ciekawostką, bo przy tych wszystkich eksperymentach nie jest to najprzyjemniejszy do słuchania album. Podobno zresztą powstawał w wielkich męczarniach (coś jak mój blogas), a na domiar złego kolejnych nie będzie, bo parę miesięcy po jego wydaniu zespół zakończył działalność. Smuteczek, ale skoro formuła się wyczerpała, to pewnie była to najlepsza decyzja.



Blues Pills – Lady in Gold

[retro/psychedelic rock, SE]

Z Blues Pills jest jeden problem: są im wiecznie przypinane jakieś łatki. Po pierwszych epkach stali się z miejsca „retro-obawieniem”, a ich gitarzysta był określany jako „francuski Hendrix”, co tylko nakręcało oczekiwania słuchaczy. Z kolei po podpisaniu kontraktu z Nuclear Blast i wydaniu debiutu dostali miano „komerchy” i w przypadku nowej płyty ta łatka trzyma się nawet mocniej niż dotychczas. Może zatem nie jestem na tyle hipsterski jak mi się wydawało, bo ten album naprawdę mi się podoba.
Jest co prawda sporo różnic między debiutem a obecnym graniem, a najbardziej rzucająca się w uszy jest zmiana dekady. To już nie czysto psychodeliczne klimaty lat 60, ale dyskotekowe lata 70, z całym ich kiczowatym anturażem. Są więc proste, popowe piosenki z mocno podkreślonymi klawiszami, a w tle przewijają się gospelowe chórki. Skojarzenia z ABBĄ są nieprzypadkowe. Praktycznie wszystko jest tu w większym czy mniejszym stopniu chwytliwe (może nie licząc męczącej buły balladki I Felt a Change), ale do najprzyjemniejszych kawałków w klimatach disco zaliczyłbym tytułowy Lady in Gold, Bad Talkers i Rejection. Znajdą się też jednak nieliczne nawiązania do starego stylu, jak np. Burned Out. Wady? Na pewno można się poprzyczepiać paru rzeczy, chociażby tego, że produkcji brakuje kopa, tu i ówdzie wieje banałem, a od tekstów bolą zęby, ale to nie zmienia faktu, że płytka jest wybitnie lekkostrawna i przyjemna. A do tego okładka znów jest śliczna.
Na pewno jest to warta sprawdzenia rzecz, bo stylistycznie wyróżnia się ze standardowego retro-chłamu. Nawet jeśli nie jest przez to dostatecznie „tru”.



Causa Sui – Return to Sky

[stoner/psychedelic rock, DK]

Causa Sui wraca na wysoki poziom, zgodnie z nazwą nowego albumu. Bez żadnych wątpliwości mogę stwierdzić, że Return to Sky jest ich najlepszym dziełem od czasów Summer Sessions (2008-2009), co niebywale mnie cieszy, bo trochę już w nich zwątpiłem po zamulastym Pewt'r Sessions 3. Niesłusznie.
Przez parę ostatnich płyt grupa skupiała się głównie na jammowo-jazzujących aspektach swojej twórczości, rockowe korzenie pozostawiając gdzieś w tle. Pod tym względem Return to Sky jest miłą odmianą, bo chociaż cieplutka, plażowa atmosfera w stylu Euporie Tide nadal się tutaj utrzymuje, to teraz dołączyły do niej powiewy prawdziwie pustynnego skwaru. Można powiedzieć, że w ich muzyce został przywrócony idealny balans pomiędzy psychodelią a narowistymi riffami. Te ostatnie przewijają się zwłaszcza w pierwszej części płyty, rozkręcając do pary z żywą perkusją Dust Meridian, napędzając mocno stonerowy The Source i przecinając luźne plumkanie w Mondo Buzzo. Z kolei Dawn Passage i Return to Sky w większej mierze akcentują kwasowe odloty, ale i one nie są pozbawione cięższych fragmentów. Obowiązkowo wszystkie riffy przeplatane są luźniejszymi, niemal ambientowymi frazami, które podkreślają tylko swobodną formę tej muzyki – wszystko elegancko tu przepływa, jednocześnie łącząc utwory w spójną całość. Kompozycyjnie cudo. Budowa, brzmienie i klimat zdają się być żywcem wyciągnięte z pierwszej części Summer Sessions (które na marginesie doczekały się w tym roku reedycji na winylach), co uznaję jak najbardziej za zaletę. Dodam jeszcze tylko, że strasznie podoba mi się oprawa graficzna płyt El Paraiso i ta nie jest wyjątkiem.
Podsumuję krótko: lepszej płyty od CS nie mogłem sobie wymarzyć. Bardzo przestrzenna, a zarazem energetyczna i rozgrzewająca muzyka. 10/10.



Church of Misery – And Then There Were None...

[stoner/doom, JP/USA]

Dwa lata temu Church of Misery otarł się o rozpad – w krótkim czasie skład opuściło trzech członków, pozostawiając na placu boju tylko basistę, Tatsu Mikami. Ten jednak nie odpuścił, znalazł sobie nowych kolegów i razem nagrali świeżutki album. Tyle że niespecjalnie podołali zadaniu.
Piąte dzieło pod szyldem CoM siłą rzeczy różni się od poprzednich. Grupa utraciła swój specyficznie japoński charakter, który przejawiał się w uber-ekspresji i lekko kwasowym zabarwieniu, a najbardziej odczuwalnym tego efektem jest brak psychodelicznych odjazdów w stylu Houses of the Unholy. Zamiast tego mamy mocno stonowany doom z riffami napisanymi od linijki – niby ładnie, ale zbyt grzecznie. Do tego podwyższyło się znacznie stężenie bluesa (Murderfreak Blues) i nawiązań do sabbathowego grania (Make Them Die Slowly). W przeszłości zespół nigdy nie krył się ze swoimi inspiracjami, jednak tutaj odniesienia do klasyki są nieco bardziej oczywiste, może nawet za bardzo. Najsłabszym elementem nowego CoM jest jednak wokal. Scott Carlson sprawia wrażenie silącego się na przechlany styl poprzedniego wokalisty, a wychodzi mu to dosyć miernie, przez co psuje mi odbiór płytki. Żeby nie było zbyt surowo – kawałki same w sobie nie są złe, choć na pewno nie ma w nich nic odkrywczego. Prócz tych wcześniej wymienionych, do ciekawszych numerów dodałbym Doctor Death. Tekstowo natomiast obyło się bez zmian, na tapecie nadal są seryjni mordercy (chociaż coraz mniej znani), a na okładce rozmarzonym spojrzeniem raczy nas John Haigh, zabójca o aparycji Walta Disneya.
W sumie ten sympatyczny uśmieszek na zdjęciu dobrze odzwierciedla muzykę – to taki lekki doom, bez pazura i brudu, typowego dla starszych płyt. Raczej słaba pozycja jak na ten zespół.



Death Grips – Bottomless Pit

[experimental rap, USA]

Ostatnim razem panowie z Death Grips postanowili pohałasować sobie punkiem i agresywną elektroniką, sugerując, że ich kolejne nagrania będą miały podobny wydźwięk. I faktycznie, Bottomless Pit nawiązuje w pewnym stopniu do stylu wypracowanego na Jenny Death, ale jednocześnie słychać tu echa The Money Store, uznawanego za ich najlepsze dzieło. Druzgocące połączenie? Jak się okazuje, niekoniecznie.
Nowy album jest nieco mniej spójny niż poprzedni, bo grupa nie szafuje tu już riffami na lewo i prawo. Przewijający się na Jenny Death hardcore uderza tutaj praktycznie tylko na początku i na końcu, mocno odcinając się od reszty, przy czym kawałki oparte na tych brzmieniach prezentują się najsłabiej z całego zestawu (może poza tytułowym Bottomless Pit, który jest całkiem uroczy). Gitara rozbija się jeszcze w paru numerach, jednak pełni w nich raczej rolę ozdobnika niż motoru napędowego. Cała reszta to bowiem rzeczy mniej lub bardziej utrzymane w stylistyce The Money Store, odpowiednio przefiltrowanej przez ciężki klimat ostatniej płyty. Teoretycznie to brzmi jak niezła mieszanka, ale może zabrakło w tym wszystkim trochę świeżości czy pomysłów, bo płytka nie wzbudza we mnie specjalnych zachwytów. Pojawiają się tu co prawda interesujące kawałki, a całość słuchana jednym ciągiem jest przyjemna (o ile można w ogóle użyć tego określenia w stosunku do DG), ale nic ponadto. Wybijają się tu na pewno: Spikes, Warping, Bubbles Buried in This Jungle i Houdini – wszystko to bardzo wyraziste numery, a uwagę przykuwa zwłaszcza ten pierwszy, jako najbardziej chwytliwy i słuchalny szlagier od czasów I've Seen Footage.
Bottomless Pit nie jest raczej zapadającym w pamięć dziełem, jednak nakręca ciekawość co do dalszych kierunków rozwoju grupy. Wypuszczony jakiś czas temu nowy numer sugeruje powrót do Government Plates, ale na razie powstrzymam się z wyrokowaniem. Z tymi psycholami niczego nie można być pewnym.



Entropia – Ufonaut

[black metal, PL]

Przyznam od razu, że z reguły nie przepadam za czarnym metalem. Wyjątkiem są nieliczne zespoły, które podchodzą do tematu w nieszablonowy sposób i wykorzystują ten gatunek jako bazę do zbudowania czegoś ciekawszego niż zbiór nużących blastów, nie popadając jednocześnie w totalne hipsterstwo. Dokładnie takim zespołem jest Entropia, która mocno sponiewierała mnie swoim drugim albumem.
Po utrzymanym w post-blackowych tonach debiucie przyszła pora na coś zupełnie innego. Grupa usunęła ze swojego grania wszelkie ślady liryzmu, przestawiając się na ostrą psychodelię. Rzecz o tyle ciekawa, że nowe brzmienie stanowi tylko część szerszej koncepcji, na którą składa się też warstwa graficzna, teksty na obwolucie czy zmiana pseudonimów na U L T R A (nawiązanie do sentencji „nec plus ultra”). Czuć, że Ufonaut jest spójnym, przemyślanym albumem, zwłaszcza w sensie muzycznym. Całość napędza tu wspomniana psychodelia: kwaśne zagrywki i syntezatorowe tła przenikają wszystkie kawałki, nadając im specyficznej atmosfery bad tripu. W idealny sposób uzupełniają totalnie bezkompromisowe i pewne siebie granie: rozpędzony kosmiczny walec nie zatrzymuje się tu ani na chwilę, uderzając ciągle kolejnymi falami jadowitych riffów i łomoczących garów. Innymi słowy – międzygalaktyczna rzeźnia. Płyta najlepiej sprawdza się słuchana od początku do końca, ale najbardziej przekonująco wypadają tu jak dla mnie Samsara, Apogeum i Mandala.
Trzeba przyznać, że przez parę lat istnienia Entropia poczyniła olbrzymi progres, nie tylko kompozycyjnie, ale także scenicznie. Wskoczyli już na poziom świadomego siebie zespołu i pod każdym względem prezentują się coraz lepiej, więc mogę tylko mieć nadzieję, że utrzymają poziom. Tak ciekawego czarnometalowego łojenia dawno nie było.



Farflung – 5

[psychedelic/space rock, USA]

Osiem lat trzeba było czekać na nowy, pełnowartościowy album Farflung. Od czasów A Wound in Eternity wydali tylko parę splitów, ale nie śledziłem nawet specjalnie tych wydawnictw, bo mój apetyt na kosmiczne granie został w międzyczasie zaspokojony przez Ampacity. Teraz jednak z ciekawością odpaliłem ich nowe dzieło i muszę przyznać, że jestem mile zaskoczony.
Nie oczekiwałem uniesień, zwłaszcza że Farflung zawsze cechował się mocno hawkwindowym stylem, który już nieco mi się przejadł. W tym temacie faktycznie nie ma rewolucji, ale pojawiło się parę ciekawych elementów, dzięki którym ich nowa odsłona jest naprawdę warta uwagi. Przede wszystkim godna pochwały jest masywna produkcja, którą nie pogardziłby niejeden stoner/doomowy skład. Brzmienie gitar robi wrażenie już na starcie. Tym większe, że otwierający album Hive jest zbudowany na bazie jednego, potężnego riffu, a takie hipnotyczne granie jest przeze mnie zawsze mile widziane. Z cięższych kawałków można wymienić też 044MPZ i Lupine, ale to w gruncie rzeczy tyle. Dominują za to kosmiczno-psychodeliczne klimaty, bardzo zgrabnie uzupełniane przez syntezatory, efekty i sample. Wyróżnia się z tego zestawu Being Boiled, cover The Human League. W oryginale syntetyczna papka, tu natomiast chwytliwy numer, zbudowany na tłusto brzmiącym basie. Najsłabiej wypada Dismal Jimmy, ale równoważy go zamykający całość The Retreat – transowy kawałek, który sprawia wrażenie, jakby był wycięty z jakiejś dłuższej krautrockowej sesji.
Miło jest usłyszeć starą grupę w całkiem świeżej odsłonie. Nie jest to może rewolucyjne granie, ale na plus idzie na pewno brzmienie, garść srogich riffów i parę ciekawych kompozycji. No i bonusowy medal z ziemniaka dla Farflung za nazwanie numerem 5 swojego dziewiątego albumu studyjnego.



Jack Broadbent – Portrait

[blues, UK]

Jack Broadbent zaczynał jako uliczny grajek, a mimo to zdobył całkiem sporą popularność i obecnie urósł do rangi jednego z ciekawszych twórców muzyki dla smutnych ludzi. Portrait jest jego trzecim albumem i, jak sugeruje opis na Bandcampie, najbardziej osobistym („this album is me”).
Mało który współczesny bluesowy wykonawca trafia w mój gust (nie licząc punkowych i psychodelicznych mieszanek), a temu panu udała się ta sztuka. Nie tylko przez jego wyśmienity slide, ale też dzięki temu, że zdołał w swoich piosenkach zawrzeć autentyzm, co w tym gatunku zdaje się być bardziej istotne niż w jakimkolwiek innym. W tym kontekście cieszy mnie fakt, że Broadbent odszedł już zupełnie od popowego blues rocka na rzecz surowego grania, które przekonująco oddaje treść jego kompozycji. Kawałki są utrzymane w bardzo minimalistycznej formie – działa tu wyłącznie gitara i wokal, do których jedynie w She Said dołącza linia basu. Przeważa wolne tempo, które ukazuje esencję bluesa zwłaszcza w takich numerach jak Gone, Gone, Gone i Along the Trail of Tears (Still Cryin'). Przewija się też parę akustycznych, bardziej folkowych utworów, spośród których wyróżnia się Underneath the Rain. Cięższe akcenty zostały natomiast położone w You Don't Let Me Love You i Is There a God?, z czego wrażenie robi szczególnie ten drugi, zamykający album rozpaczliwym rykiem.
Wedle wszelkich muzycznych prawideł trzeba być zmurszałym, czarnoskórym dziadem, żeby przekonująco grać bluesa, ale Broadbent zdaje się być wyjątkiem od tej reguły. Pomijając już fakt, że samym swoim wyglądem podważa mój heteroseksualizm, to muszę przyznać, że jego muzyka zdecydowanie do mnie przemawia. To prawdziwie męskie granie.



Jest jeszcze paru wykonawców z początku alfabetu, o których raczej nie napiszę na blogasku nic dłuższego, a zasługują na krótką wzmiankę. Teraz więc dla odmiany w losowej kolejności:
Całkiem sporo czasu spędziłem przy stonerowym debiucie Filthy Lucre, co jest o tyle ciekawe, że już mało która nowa grupa z tych klimatów wpada mi w ucho (swoją drogą doceniam ich żarcik z coverem Sail Awolnation); z debiutów ładnie prezentuje się też doomowy Holy Grove, utrzymany w dość klasycznym klimacie; z pewnością wrócę jeszcze do Black Lung i Elephant Tree, bo oba zrobiły na mnie raczej pozytywne wrażenie po jednym przesłuchaniu; spodobał mi się też Black Mountain, celujący tym razem w retro-pinkfloydowe brzmienia; z bardzo dobrym albumem wyskoczył wreszcie Dälek, którego rapsy są jak dla mnie wybitnie przekonujące; nie porwały mnie za to jak na razie nowe Greenleaf i Black Tusk, choć pewnie dam im jeszcze szansę. Z rzeczy mniej pasujących do tematyki bloga: nie wstydzę się tym razem przyznać, że zajrzałem do polskiego mainstreamu, bo zarówno nowa Brodka jak i Hey mają ciekawe momenty; nie do końca spełnili moje oczekiwania Charles Bradley i Elysian Fields, natomiast świetnie słucha mi się smutnych piosenek Emily Jane White; równie gładko wchodzi mi nowy album Fire!, mimo że free-jazz to nie moja bajka. No i jest jeszcze Death in Rome – zbiór popowych coverów w neofolkowej aranżacji. Tego nie skomentuję.

W tym roku pojawi się jeszcze sporo dobroci. Do końca września nowymi albumami uraczy nas Obscure Sphinx, Baby Woodrose, Brant Bjork, Emma Ruth Rundle i Alcest, a w kolejnych miesiącach wyjdzie m.in. Suma, Red Fang, 1000mods, Crowbar, Truckfighters, Crippled Black Phoenix, Asteroid i Electric Wizard. Z pewnością nie wszystko uda mi się tu opisać, ale myślę, że parę rzeczy doczeka się moich bieda-recenzji. O ile tylko dokończę ogarnianie zaległości z ostatnich ośmiu miesięcy.
S.