środa, 13 stycznia 2016

Shadow of the colossus

Nowy blogowy rok warto zacząć z przytupem, więc tym razem sięgnąłem po naprawdę mocny materiał. Ekstremalnie ciężka muzyka nie jest może czymś, czego słucham na co dzień, ale nawet w tej kategorii jest parę zespołów, do których zdarza mi się wracać. W poniższej notce przedstawię pokrótce trzy spośród nich. Są one o tyle ciekawe, że nie da się ich jednoznacznie sklasyfikować, bo do każdego pasuje przynajmniej kilka etykietek z zestawu stoner / doom / sludge / drone / noise, a nawet wszystkie po trochu. Nazwy gatunków nie oddają jednak w pełni kolosalnego brzmienia, jakie powstaje w ich połączeniu – o tym trzeba przekonać się na własne uszy, zatem zapraszam do położenia głowy pod gąsienice stutonowego czołgu. Miłej zabawy.


SUMA

Na rozgrzewkę idzie naprawdę zabawny zespół. Nie znam wielu przypadków, w których ewolucję stylu można prześledzić równie wyraźnie co u Sumy, i to wyłącznie na przykładzie trzech albumów, z których składa się ich dyskografia. Warto przy tym dodać, że grupa została założona w 2001 roku i pozostaje aktywna, więc jej tempo wydawnicze jest, oględnie mówiąc, niespieszne. W skład wchodzi czterech panów pochodzących z Malmö, co może wyjaśniać ich antyreligijne zapędy. Początek ich działalności przypada na okres, kiedy w Szwecji powoli zadomawiały się pustynne klimaty, więc podobnie jak ich koledzy z Dozer, członkowie Sumy zaczęli od łojenia stonera. Ale już wtedy robili to w swoim stylu.
Wydany w 2003 roku S/T jest stosunkowo lekkostrawny, przynajmniej w porównaniu do kolejnych dzieł Sumy. Trwająca ponad 70 minut płyta jest wypełniona srogimi riffami, uzupełnianymi przez obłędne improwizacje, co w efekcie daje naprawdę smakowity, przaśny stoner metal. Z naciskiem na metal, bo już na pierwszym albumie czuć wyraźne inklinacje do mocniejszego grania, niż się to zazwyczaj słyszy w tym gatunku. Brudne przestery i wokal z pogranicza hardcore'u nadają całości pazura, a przy tym bardzo przebojowego charakteru. Praktycznie każdy kawałek jest tu hitem, począwszy od powolnie sunącego Papertiger z harmonijkowymi wstawkami, przez punkowy It's Broken i luzacki Roaches, po miażdżące potęgą rozpędzonych riffów Dominator i Pale Rider. Nie zabrakło też odrobiny tripowania, widocznego najbardziej w Habit, który nieodparcie budzi moje skojarzenia z Sungrazerem. Utwory są długie i panowie pozwolili sobie na sporo zabaw z gitarami, a wychodziło im to nadzwyczaj dobrze. Nie ukrywam, że to właśnie do tej płyty wracam najchętniej i wolałbym usłyszeć od Sumy więcej takich radosnych numerów. Postanowili oni jednak dołożyć do sztang parę talerzy, co wcale nie wyszło im na złe.
Let The Churches Burn (2006) to już zejście o poziom niżej wgłąb katakumb Tristram. Ten piękny tytuł zasługuje na pieczęć aprobaty od Varga Vikernesa, ale wbrew pozorom nie jest to zwrot w kierunku black metalu. Muzyka nabiera tutaj posępnego, doomowego charakteru, tempo wyraźnie zwalnia, a miejscami wkradają się nawet drony. Nadal wyczuwana jest jednak odrobina przebojowości z pierwszej płyty. Riffy wydają się być zawieszone gdzieś pomiędzy stonerem a cyklopowym doomem, chwilami nabierając prędkości, jak w bezbłędnym utworze tytułowym, czy w Beef – krótkiej, jak na standardy Sumy, petardzie. Z drugiej strony pojawiają się takie monolity jak Blood Pony i No, You're The Monkey, przytłaczające ciężarem i żółwim tempem. Na koniec grupa zaserwowała jeszcze 17-minutowy ...Seems You've Developed An Acid Tongue – ciekawy eksperyment, łączący ścianę szumów z plemiennie transowymi bębnami. Ogólnie rzecz biorąc: jest ciężko, ale nadal strawnie i w miarę piosenkowo. A panowie najwyraźniej postanowili udowodnić, że potrafią grać jeszcze ciężej.
Prawdziwa zagłada następuje na Ashes (2010). To jest już mniej więcej ten poziom, przy którym wymiękam i rzadko kiedy udaje mi się przesłuchać całość od początku do końca. Płyta nie miażdży może brzmieniem, które jest tu nieco jaskiniowe, ale cmentarną atmosferą i absolutnym brakiem łatwych do przetrawienia riffów. Rozwleczone do kilkunastu minut kawałki są wypełnione doomowo-drone'ową breją, stapiającą się w jedną wielką plugawą masę. Tylko bębny są tu jako takim wyróżnikiem, ale rzadko kiedy utrzymują równe tempo i może trochę za bardzo odcinają się od tła. Z bardziej słuchalnych numerów warte wyróżnienia są tytułowy Ashes i Justice, reszta wymaga mocniejszego żołądka. Prawdopodobnie nie doceniam kunsztu zespołu i jego zdolności do kontrolowania takiego posępnego chaosu, ale gustuję w zdecydowanie milszych brzmieniach, gdzieś w granicach Let The Churches Burn.
Poza tymi trzema albumami Suma ma na koncie jeszcze garść splitów i kompilację niewydanych wcześniej utworów, a o kolejnym pełnym wydawnictwie jak na razie nie ma słychu. Idąc jednak tropem poprzednich płyt, nowe dzieło (jeśli kiedykolwiek się ukaże), powinno być jeszcze straszliwszym doomowym monstrum. I zapewne będzie, bo zawsze da się ciężej.





BLACK SHAPE OF NEXUS

Czas na prawdziwą miazgę. Przed państwem zespół, który przedefiniował moje poczucie ciężaru w muzyce i sprawił, że naprawdę polubiłem drone. Założony w niemieckim Mannheim w 2005 roku, do tej pory wydał trzy longpleje, parę splitów, album live i składankę z kawałkami opublikowanymi wcześniej na splitach. Nie jest tego dużo, ale biorąc pod uwagę, że ich utwory rzadko kiedy schodzą poniżej dziesięciu minut, to wychodzi z tego całkiem słuszna dawka hałasu. Muzykę tworzy wesołe grono, bo aż sześciu typa, w tym dwie gitary i klawisze, a do pełni szczęścia brakuje chyba tylko drugiej perkusji. Warto zaznaczyć, że panowie mają nieco dystansu do swojej twórczości, na co wskazuje jeden mały szczegół: akronim od Black Shape Of Nexus budzi skojarzenie z pewnym parzystokopytnym kuzynem żubra, a co widnieje na okładce dema i pierwszej płyty? No właśnie. Jak to mówią, dobry żart tynfa wart, hoho.
Pierwszy album (jak to często bywa, self-titled) BSON wypuścił w 2007 roku, a mieszczą się na nim tylko trzy kawałki, o numerach III, VI i V. Podobnie jak w przypadku Karma To Burn, panom poskąpiło nieco wyobraźni na tytuły, ale na szczęście nie na same kompozycje. Zaczyna się od mocnego kopa: dwa pierwsze utwory to doomowo-sludge'owe kolosy, nastawione na powolne przykręcanie śruby, przy czym zdecydowanie wyróżnia się tu VI. Stopniowo nabiera energii, przekształcając się w niemal stonerowy jam z post-metalowym posmakiem, jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało. I właśnie to cenię w tym zespole: umiejętność tworzenia hiciorów opartych na świetnych riffach, przy zachowaniu doomowej atmosfery. Pozostaje jeszcze V – 21-minutowy drone, nie tak zachwycający jak ich późniejsze utwory w tym stylu, ale nadal warty uwagi. Cały materiał jest bardzo przyzwoity jak na debiut, jednak najlepsze miało dopiero nadejść.
Drugi album został w pełni poświęcony transowym nojzom. I to nie byle jakim – Microbarome Meetings (2008) stanowi chyba najsmaczniejszy zbiór dronów, jaki miałem okazję słyszeć. Dodam, że nie jestem koneserem gatunku, a moja wytrzymałość kończy się na lżejszych płytach Earth, jednak sposób, w jaki BSON podchodzi do tematu, bardzo mi odpowiada. Album został podzielony na cztery, stosunkowo mocno różniące się od siebie części (A, B, C, D). Tak więc mamy ostre jak brzytwa przestery w A, hipnotyczno-ambientowy B, C, tworzący przedziwne, kosmiczne melodie z udziałem klawiszy i przefiltrowanego przez efekty wokalu, i w końcu niepokojący D, z dodatkiem spoken word w języku niemieckim. A wszystko to bez udziału perkusji. Absolutnie godna przesłuchania płyta, tym bardziej, że ciężko zrobić w tym gatunku coś kreatywnego, co nie brzmiałoby jak spowolniony dźwięk odkurzacza, a bizonowi ta sztuka się udała.
Pora na danie główne: Negative Black (2012), ostatni jak do tej pory długogrający album, jest zarazem opus magnum grupy. Porównanie do superciężkiego czołgu jest w tym wypadku w pełni uzasadnione – płytę charakteryzuje bowiem totalnie CYKLOPOWE i BLUŹNIERCZE brzmienie gitar. Zaserwowane tu sążniste riffy po prostu miażdżą wszystko na swojej drodze, a przy tym są podane w na tyle przystępny sposób, że słucha się ich z prawdziwie perwersyjną przyjemnością. Chwytliwych numerów tu nie brakuje. Takie kawałki jak 400H, 60 WV i 14d są zaskakująco taneczne mimo swojej ekstremalnej formy, a każdy z nich odznacza się wyjątkowo stonerową melodyką i smakowitymi riffami. Dla pełnej jasności trzeba dodać, że hałasu też jest tu co niemiara, a przodują w nim pełen noise'owego jazgotu Illinois i 10000 µF, który z bębniącego doomu przechodzi do ryjącego czerep drone'u. Znalazło się i miejsce na ambientowy przerywnik w postaci RMS, a całość zamyka w dużej mierze drone'owy Neg. Black, który w końcówce rozpędza się jak tabun bizonów. Dopełnieniem tych ładnych piosenek jest piekielny ryk, wydobywający się z gardzieli wokalisty – doprawdy godny pochwały. Niewiele jest płyt w moim prywatnym rankingu, które w kategorii ciężkiej dorównywałyby Negative Black. Jednym słowem: mistrzostwo.
Świetne rzeczy zostały też powciskane na splity i grzechem byłoby o nich nie wspomnieć. Mamy zatem doomowo-drone'owe II i IV w stylu wczesnych kawałków z debiutu, wyśmienity VIIIe oparty na stonerowych riffach, czy wreszcie posiadające tytuły z prawdziwego zdarzenia Honour Found In Delay i Always And Only, które zachwycają cudnym sludge'owym łomotem. Mimo wszystko najbardziej chciałbym usłyszeć kolejny pełnoprawny album BSON. I być może wkrótce usłyszę, bo w zeszłym roku panowie wypuścili dwa single, co dobrze rokuje na przyszłość. Czekam z niecierpliwością.





UFOMAMMUT

Na koniec nieco bardziej „mainstreamowa” grupa, a przynajmniej najpopularniejsza z tego zestawu. Ufomammut powstał w 1999 roku we włoskiej Tortonie z inicjatywy trzech panów, podpisujących się jako Urlo, Poia i Vita. Już sama nazwa zespołu wskazuje na jakąś gargantuiczną hybrydę space rocka i doomu, i tak też jest w rzeczywistości, choć w ich twórczości można się doszukać także wpływu paru innych gatunków, ze stonerem na czele. Na ich nielichą dyskografię składa się osiem albumów studyjnych (dziewięć, jeśli liczyć płytę nagraną wspólnie z Lento) i jeden live. Jak widać panowie nie bawią się w półśrodki i wydają od razu pełne materiały. Mimo że włoska reprezentacja w kategorii ciężkiej jest niewielka, to zarazem wyjątkowo mocna – Ufomammut wypracował przez lata własny, charakterystyczny styl i brzmienie, które nie bez powodu zdobyło im rzesze fanów.
Miażdżący, choć nieco surowy, jest już debiutancki Godlike Snake (2000). Już na tej płycie pojawia się pełen zestaw atrybutów, z których grupa zrobiła swój znak rozpoznawczy: posępne riffy, potężne i jednocześnie przestrzenne brzmienie, masa efektów, sampli i kosmoszmerów, wokal stapiający się z tłem, zrównany do roli instrumentu. Wszystko to tworzy wybitnie tripową mieszankę, która była udoskonalana na kolejnych wydawnictwach. Godlike Snake wyróżnia się natomiast wysokim stężeniem kwasu – space rockowa psychodelia idzie tu w parze z doomem i co ciekawe, pasuje do niego idealnie. Z bardziej wpadających w ucho kawałków można wymienić Snake, Smoke i Superjunkhead, choć oczywiście całość jest warta obsłuchania, bo jak na Ufomammut to dość lekkostrawny materiał.
Snailking (2004) to zdecydowanie cięższa płyta, co zwiastuje już rozkręcający się powoli Blotch. Riffy uderzają tu z siłą zdolną niszczyć planety, jednak nie brakuje też kosmicznego pierwiastka, podkreślanego przez wszędobylskie efekty. W tej doomowej zagładzie znalazło się i miejsce na parę wyłamujących się fragmentów, jak balladowa Lacrimosa czy odrobina stonerowej przebojowości w Odio. Na uwagę zasługuje też zamykający album Demontain, niemal 30-minutowy doomowy trip, przeplatany ambientowymi wstawkami. Ogółem wyjątkowo dobra płyta, jedna z moich ulubionych w ich dyskografii.
Lucifer Songs (2005) jest z kolei zwrotem w kierunku lżejszych form. Obok debiutu to najłatwiejsza do przetrawienia płyta, zawierająca garstkę krótkich, stonerowych kawałków, z których warte wspomnienia są jedynie Hellcore i Mars. Album zasługuje właściwie na miano epki, bo trwa zaledwie 25 minut (nie licząc Lucifer Song na stronie B, który w 3/4 składa się z ciszy) – Ufomammut ma w dorobku pojedyncze utwory dłuższe niż cała ta płyta. Zostawia spory niedosyt.
Po krótkim epizodzie z piosenkami zespół ponownie uderzył z pełną parą na Idolum (2008), wypuszczając jeden ze swoich najcięższych i najbardziej ponurych materiałów. Brzmienie zostało podkręcone do kolosalnych wręcz rozmiarów, a całą przestrzeń wypełniają przytłaczające riffy. Spośród doomowych struktur wyróżniają się transowa Stigma, zabijający rytmem Stardog i energetyczny Destroyer. Standardowo pojawiają się wyjątki od reguły: Ammonia, łącząca kosmiczne dryfowanie z operowym wokalem i Void, który z sążnistego utworu dość niespodziewanie przechodzi w ambient. To solidny album, chociaż w mojej opinii dopiero na kolejnym wydawnictwie Ufomammut pokazał prawdziwą klasę.
Eve (2010) można określić jednym słowem: arcydzieło. To album koncepcyjny (jak można się domyślić, oparty na postaci biblijnej Ewy), a co za tym idzie, cechuje się spójnością i niebywale przemyślaną kompozycją. Podzielony na pięć części, w gruncie rzeczy jest jednym, potężnym utworem. Jego akcja rozwija się następująco: powolnie budowane napięcie w I, pełen upiornej atmosfery II, eksplozja kosmicznego doomu w III, zwolnienie tempa i psychodeliczne improwizacje w IV, i wreszcie monolityczny finał zwieńczony chaosem – V. Warte odnotowania, że pojawia się tu niespotykana dotąd u Ufomammuta melodyjność, dzięki czemu płyta jest stosunkowo łatwa do przyswojenia. Krótko mówiąc, cudowny album, do którego zawsze wracam z wielką przyjemnością.
Dwie kolejne płyty zostały wypuszczone w 2012 i teoretycznie stanowią jedną całość, choć nieco się od siebie różnią. Oro: Opus Primum jest po brzegi wypełniony powolnym, gęstym doomem i poprzetykany ambientowym plumkaniem, które otwiera zarówno Empireum jak i Magickon. To dość ciężkostrawna płyta, wymagająca sporo uwagi, i jakoś nigdy nie zdołałem się do niej przekonać. Nieco inaczej sprawa wygląda z Oro: Opus Alter. Panowie położyli tu większy nacisk na stonerowe riffy (w których przoduje wybitnie chwytliwy Deityrant), a jednocześnie muzyka jest znacznie bardziej repetytywna. Pod tym względem najciekawszym numerem jest Sulphurdew, bazujący na transowej motoryce, a to jest cecha, która zawsze robi na mnie pozytywne wrażenie. Pomijając, że już samo brzmienie obu tych albumów wbija w glebę, to jednak pod względem treści nie są one tak fascynujące jak starsze dzieła.
Dyskografię wieńczy wydany rok temu Ecate, który nie zachwycił mnie przy pierwszym podejściu, jednak stopniowo podoba mi się coraz bardziej. Płyta nie należy do łatwych w odbiorze, bo jest utrzymana w szalenie mrocznym i agresywnym klimacie, ale można się na niej doszukać paru hiciorów, jak Plouton czy Temple. Z pewnością jest dowodem na to, że zespół trzyma poziom i po wielu latach ciągle potrafi wycisnąć ze swojego kwaśnego doomu coś kreatywnego.
Niewiele można dodać do powyższego eseju poza banalnym stwierdzeniem faktu, że Ufomammut to wyjątkowa grupa, której styl jest nie do podrobienia. Chociaż eksploracja kosmosu w ich posępnym statku nie zawsze jest przyjemna, to na taką podroż zawsze chętnie reflektuję.