sobota, 31 grudnia 2016

20:16

Zleciał trzeci rok mojej blogowej egzystencji. W ostatnich tygodniach zabrakło mi co prawda trochę weny na opisanie wszystkiego, co planowałem, ale standardowego podsumowania postanowiłem sobie nie odpuszczać.
Pewnie wypadałoby zacząć ten wpis od tragicznego spustoszenia, jakie 2016 rok poczynił wśród bardziej lub mniej mainstreamowych muzyków (przez co zresztą stał się już memem), ale daruję sobie szczegóły z racji hipsterskiego charakteru tego bloga. Zamiast tego będzie o pozytywnych aspektach mijającego roku, czyli o najciekawszych albumach i zabójczych koncertach. Na początek więc tradycyjnie idzie lista moich 20 faworytów – jak zwykle wybór czysto subiektywny. Ranking raczej nie będzie zaskoczeniem dla kogoś, kto śledził starsze notki, chociaż pojawia się na niej też parę rzeczy, o których do tej pory nie było mowy. Ale od razu uprzedzam, że ostatniego Bowiego ani Cohena tu nie znajdziecie (mimo że to dobre płyty). Jedziemy zatem od końca:


20. Dead Horse One – Season of Mist
[shoegaze/psychedelic rock, FR]
Jedno z moich ostatnich odkryć, jednak zdecydowanie warte wzmianki, choćby symbolicznie na 20 miejscu. Świetne połączenie marzycielskiego shoegaze'u z psychodelicznymi odpływami, lub w skrócie: My Bloody Valentine na kwasie.
Ulubione: Season of Mist, Mesmerize Me, Sons of God






19. Quilt – Plaza
[retro/indie/psychedelic rock, USA]
Najsmaczniejsza rzecz z szeroko pojętego retro grania, do jakiej się ostatnio dokopałem. Niebywale lekkie, cieplutkie i sympatyczne piosenki w subtelnie psychodelicznej, popowo-rockowo-folkowej stylistyce. I ta okładka!
Ulubione: Roller, Eliot St., Own Ways






18. Yawning Man – Historical Graffiti
[desert rock, USA]
Argentyńskie tango na kalifornijskiej pustyni. Twórcy stonera udowodnili, że w dalszym ciągu potrafią tworzyć śliczne kompozycje, na dodatek z nietypowym instrumentarium. Najciekawsza studyjna odsłona Yawning Man.
Ulubione: The Wind Cries Edalyn, Historical Graffiti






17. The KVB – Of Desire
[psychedelic/post-punk, UK]
Powrót brytyjskiego duetu do wpadających w ucho piosenek jest stanowczo warty odnotowania. Pyszna mieszanka shoegaze'owych gitar, pulsujących bitów i lekkiego kwasu, a to wszystko w post-punkowych ramach.
Ulubione: Night Games, Silent Wave, Never Enough






16. Josefin Öhrn + The Liberation – Mirage
[psychedelic rock/krautrock, SE]
Szwecja twardo stoi psychodelią, a ze wszystkich tego typu rzeczy, które się tam ukazały tego roku, Josefin Öhrn urzekła mnie najbardziej. Mniej tu krautów niż na debiucie, ale i tak jest wybitnie transowo, a przy tym chwytliwie.
Ulubione: Sister Green Eyes, Rainbow Lollipop, Imagine You





15. Vysoké Čelo – Liście na Księżycu
[psychedelic folk/ambient, PL]
Wyśmienity debiut polskiego duetu, mocno inspirowany dokonaniami Stevena R. Smitha. W skrócie, to relaksująca muzyka, przywołująca obrazy natury na obcych planetach. Totalnie niszowa rzecz, co jednak nie umniejsza jej wartości.
Ulubione: Erdő, Zniknął Cały Las






14. Dälek – Asphalt for Eden
[experimental rap/noise, USA]
Dälek nie wypuścił jeszcze słabej płyty, a tą nową przebija inne pozycje z tegorocznych nietypowych rapsów. Jak zwykle to nawijka z przekazem na hałaśliwych tłach, ale przy tym wyjątkowo słuchalna.
Ulubione: Critical, 6dB, Control






13. Entropia – Ufonaut
[black metal, PL]
Zmiana stylistyki Entropii, z lirycznej na brutalnie kwasową, zdecydowanie wyszła im na dobre. Ten album to jeden potężny, międzygalaktyczny strzał w mordę. A przy tym bodajże jedyny w swoim rodzaju przykład kosmicznego black metalu.
Ulubione: Samsara, Apogeum, Mandala





12. La Femme – Mystère
[new wave/psychedelic/surf rock, FR]
Moja sympatia dla tej hipsterskiej ekipy musiała zaowocować umieszczeniem ich na tej ekskluzywnej liście. Gatunkowy chaos, humorystyczna ironia i świetne piosenki. Mniej przebojowe niż na debiucie, ale w dalszym ciągu znakomite.
Ulubione: Où Va le Monde, Exorciseur, Elle Ne T'Aime Pas, Always in the Sun





11. Crippled Black Phoenix – Bronze
[progressive/post-rock, UK]
Nie spodziewałem się, że nowy CBP okaże się tak dobry. Odrobinę mniej tu liryzmu niż ostatnim razem, za to spore ilości srogich riffów, garść pinkfloydowych inspiracji i parę melancholijnych arcydzieł. Z pewnością jeden z ich najlepszych albumów.
Ulubione: Champions of Disturbance, Goodbye Then, Turn to Stone





10. Bellhound Choir – Imagine the Crackle
[blues/folk, DK]
Dwa lata temu na podobnej pozycji wylądował u mnie Pet the Preacher, a teraz równie mocny okazuje się solowy projekt jego wokalisty. Zbiór smutnawych piosenek, gatunkowo gdzieś pomiędzy bluesem a folkiem, zdobył moje serce.
Ulubione: Bad Dreams, No Roads Left to Follow, Distant Horizons





9. Mythic Sunship – Ouroboros
[stoner/space/psychedelic rock, DK]
Właśnie takie płyty najbardziej do mnie trafiają: ciężka, bezkompromisowa psychodelia w jammowym stylu i klimacie kosmicznych tripów. Rzecz na miarę Earthless, zasługująca na znacznie większą uwagę.






8. Navajo Witch – Ghost Sickness
[doom/sludge, USA]
Moja lista nie byłaby kompletna bez porcji monstrualnie ciężkiego grania. Debiut Navajo Witch wpadł mi w ucho jak mało co w tym roku, za sprawą miażdżących, a przy tym niezwykle bujających riffów. Bardzo sympatyczny doom.
Ulubione: Black Curse, Rites of Divination, Void






7. Sunnata – Zorya
[doom metal, PL]
Kierunek w jakim rozwija się Sunnata napawa optymizmem. Nowym albumem ostro dołożyli do pieca – te posępne kompozycje o gargantuicznych riffach i kwasowo-grunge'owym posmaku to naprawdę świetna sprawa.
Ulubione: Long Gone, New Horizon






6. Jack Broadbent – Portrait
[blues, UK]
Ciężko znaleźć równie autentycznego i osobistego bluesa. Broadbent zachwyca zarówno pod względem technicznym, jak i emocjonalnym. Ta płyta często towarzyszyła mi w tym roku i pewnie nie raz jeszcze do niej wrócę.
Ulubione: Gone, Gone, Gone, Underneath the Rain, Along the Trail of Tears (Still Cryin')





5. ZUN – Burial Sunrise
[psychedelic/desert rock, USA]
Nikt nie przekaże za pomocą dźwięków klimatu kalifornijskich pustkowi tak jak członkowie tamtejszej sceny. Ekipie Yawning Man, do pary z Garcią i Timms, udało się stworzyć ślicznie obrazową muzykę, w mocno tripowej, hipnotycznej formie. Rarytas.
Ulubione: Nothing Farther, All for Nothing, All that You Say I Am




4. Alcest – Kodama
[post-black metal/shoegaze, FR]
Neige powrócił z krainy delikatnego shoegaze'u do cięższych klimatów w stylu Écailles de Lune, czym idealnie trafił w mój gust. Rozmarzone tła ścierają się tu z dynamicznym graniem i dzikością blastów. Tak podany liryzm do mnie przemawia.
Ulubione: Kodama, Oiseaux de Proie, Onyx






3. 1000mods – Repeated Exposure to...
[stoner rock, GR]
Złotego muscle cara za najstonerowszy album zdobywa w tym roku 1000mods. Grecy wykrzesali z siebie porcję energetycznych i zabójczo chwytliwych riffów, wybijających się ponad generycznego stonera. Obowiązkowy soundtrack na lato.
Ulubione: Above 179, The Son, A.W.





2. Emma Ruth Rundle – Marked for Death
[post-rock/folk, USA]
Emma Ruth Rundle w czołówce to już u mnie standard. Jej głęboko emocjonalne, smutne piosenki nieustannie fascynują, także w tegorocznej, surowszej i cięższej odsłonie. Przede wszystkim to jednak śliczne melodie i melancholia w najlepszej postaci.
Ulubione: Protection, Medusa, Furious Angel





1. Causa Sui – Return to Sky
[stoner/psychedelic rock, DK]
Przyznaję, płytę roku miałem wybraną już w marcu. Nowa Causa Sui wzbudziła we mnie prawdziwy zachwyt, za sprawą powrotu do stylu znanego z Summer Sessions. Udało im się stworzyć idealnie zbalansowane kompozycje, łączące stonerowe riffy z cieplutkim, psychodelicznym pływaniem. Dzieło sztuki pustynnego grania.
Ulubione: Dust Meridian, The Source, Dawn Passage



Tak prezentuje się moja najulubieńsza dwudziestka, ale oczywiście albumów w moim guście przewinęło się w tym roku znacznie więcej. O większości takich płyt była już na blogu mowa, więc teraz wspomnę tylko o kilku wartych odnotowania pozycjach, które do tej pory nie były tu wymieniane.
Warte uwagi są przede wszystkim dwie znakomite epki, które nie znalazły się w rankingu tylko dlatego, że nie są pełnowymiarowymi wydawnictwami. Pierwszą z nich (z coverami Black Sabbath i Type o Negative) wydał doomowy Pallbearer, czym ostatecznie mnie do siebie przekonał, a drugą nasz rodzimy Ampacity, który połączył progresywne łamańce ze swoim starym, klasyczno-spacerockowym stylem. W dalszej kolejności, bardzo dobry album wypuścił tym razem King Dude, przedkładając surowe riffy nad neofolkowe brzdąkanie. Ciekawie wypadł nowy Goat, idący w stronę krautrockowych tripów, a z tego samego, szwedzkiego podwórka pozytywne wrażenie zrobiły też na mnie powracające po paru latach Asteroid (retro/stoner-psych) i Suma, pokazująca depresyjnie ciężkie, doomowo-sludge'owe oblicze, chociaż bardziej przystępne niż ostatnim razem. Z podobnych brzmień, wysoki poziom trzyma Crowbar (choć płytka podoba mi się odrobinę mniej niż poprzednia) i kojarzony z doomem, ale niemający z tym gatunkiem wiele wspólnego 40 Watt Sun. Rozważałem wrzucenie go na listę, ale przecudny pierwszy utwór to trochę za mało – cała reszta kawałków o poziom niżej.
Skoro już zacząłem smęcić: nie porwał mnie znów nowy Red Fang, ale to akurat było do przewidzenia. Czegoś znacznie ciekawszego oczekiwałem za to po Wolf People – podobnie jak na Mondo Drag, za dużo tu retro-międlenia, a za mało momentów przykuwających uwagę i zwyczajnie chwytliwych piosenek. Niespecjalnie przypadł mi do gustu Blindead, choć to akurat ze względu na nowego wokalistę, bo muzycznie jest całkiem nieźle. Słabo (mimo paru dobrych kawałków) prezentuje się wreszcie Seasick Steve, któremu zabrakło chyba pomysłów na tak obszerny album i zaczął powtarzać swoje stare riffy. Największym rozczarowaniem jest jednak Electric Wizard, który zapowiedział nowy album na Halloween, po czym go nie wypuścił. Tak po prostu.

Odnośnie samej muzyki to już wszystko, ale w postanowiłem wrzucić jeszcze bonus: mini plebiscyt na okładkę roku. Kilka albumów wyjątkowo spodobało mi się od strony graficznej (a całkowitym przypadkiem w większości to też rzeczy wyśmienite muzycznie) i grzechem byłoby nie pokazać tych prac w większej rozdzielczości. A zatem:


5. Pallbearer – Fear & Fury

 
4. Causa Sui – Return to Sky


3. Wolf People – Ruins


2. Quilt – Plaza


1. La Femme – Mystère


Przy okazji podsumowania muszę też wspomnieć o koncertach. Najciekawsze występy, w których miałem okazję uczestniczyć, doczekały się moich relacji, a dla przypomnienia, był to autentycznie pustynny Yawning Man i coś z przeciwnego bieguna, czyli bijący chłodem Alcest. Z wydarzeń, o których nie wspomniałem na łamach bloga, wypada teraz wymienić genialny, kosmicznie transowy Föllakzoid do pary z Lonker See, prymitywnie doomowy Conan i polskie kwasowe combo, czyli Ampacity, Merkabah i Entropię na jednym koncercie. Poza tym sporo ciekawych rzeczy odbywało się w Gdyni, a to za sprawą świetnej roboty wykonanej przez ekipę Electric Herring. Ściągnęli tu m.in. The Flying Eyes, Asteroid i Fatso Jetson, i trochę żałuję, że nie wybrałem się na żaden z nich. Najważniejsze jednak, że nie ominął mnie Yawning Man, bo to było coś, co zapamiętuje się naprawdę na długo.

Wolę nie wspominać o oczekiwaniach na przyszły rok, bo za każdym razem rozczarowuję się rzeczami, które tu wymieniam. Zaryzykuję tylko jedno stwierdzenie: liczę na świetny album od Crystal Fairy. To świeżutki projekt, za którym stoją Buzz i Dale z Melvins, Omar Rodriguez-López (The Mars Volta, At the Drive-In) i wokalistka Le Butcherettes. Wypuszczone do tej pory kawałki bardzo dobrze rokują na przyszłość, więc co do tego wydawnictwa akurat nie mam obaw. Prócz tego paru innych wykonawców zapowiedziało już nowe płyty, ale nic o nich nie napiszę aż do premiery. Zapeszanie wychodzi mi zbyt dobrze.

Na koniec, podziękowania dla osób, które czytają moje wypociny i zaglądają tu nawet bez okazji. Blog pozostaje żywy, chociaż pewnie ze standardowymi, długimi przerwami.
Sobie i wszystkim odwiedzającym życzę samej dobrej muzyki w nowym roku.
S.


wtorek, 29 listopada 2016

Clair de lune

Spełniło się w końcu jedno z moich koncertowych marzeń – na gdańskie podwórko (standardowo już stoczniowy B90) zawitał Alcest, francuski projekt z pogranicza post-blacku i shoegaze'u, o którym wspomniałem w poprzednim wpisie. Towarzyszyły mu dwie instrumentalne grupy z rejonów bardziej typowego post-rocka: japoński MONO jako równorzędna gwiazda wieczoru i szwedzki pg.lost w roli supportu. Nie ukrywam jednak, że na koncert wybrałem się wyłącznie ze względu na Alcest. Zupełnie nie porwały mnie studyjne dokonania pozostałych zespołów, a ich odsłona na żywo wiele w tej materii nie zmieniła, ale grupa Neige'a całkowicie zrekompensowała mi niedobór wrażeń tego wieczora.

Na temat supportu wiele nie mogę powiedzieć (poza tym, że był rozczarowująco krótki), bo zjawiłem się na miejscu zbyt punktualnie i w rezultacie większość występu pg.lost przesłuchałem na zewnątrz, w kolejce do klubu. Na tyle, na ile mogłem stwierdzić z finałowego kawałka, na który udało mi się w pełni załapać, był to całkiem miły, choć jednocześnie mocno generyczny post-rock, z wpadającymi w ucho dynamicznymi fragmentami. Szkoda tylko, że zwinęli się ze sceny po jakichś 20 minutach i jedynie lekko zaostrzyli mój apetyt na tego typu granie.

Swoją drogą sądziłem, że będę miał okazję poszydzić, że na koncerty wbija masa ludzi tylko wtedy, kiedy są darmowe (vide Conan, na którym pojawiło się milion nowych fanów doom metalu), ale o dziwo frekwencja okazała się przyzwoita. Chociaż po części to wrażenie było pewnie zasługą zamknięcia jednej strony sali, dzięki czemu ludzie byli bardziej skumulowani pod sceną. W każdym razie był to ruch na plus.

Kolejność headlinerów dobierano najpewniej losowo, ale na szczęście jako pierwszy zaprezentował się MONO (na szczęście, bo najsmakowitsza dla mnie grupa została na koniec). Sama forma występu Japończyków była ciekawa, bo oto panowie gitarzyści zasiedli na taborecikach po obu stronach sceny, pozostawiając stojącą jedynie basistkę, dość niekulturalnie z europejskiego punktu widzenia. Zdaje się, że to pierwszy raz, kiedy miałem okazję zaobserwować na koncercie rockowych gitarzystów na siedząco, chociaż w kontekście ich grania taka statyczna forma jest całkiem zrozumiała.

Styl MONO można łatwo nakreślić na podstawie dowolnego kawałka: spokojny, często wręcz ckliwy wstęp (czasem dla odmiany klawiszowy lub cymbałkowy), po którym następuje lekkie narastanie napięcia, aż do finalnego crescendo, gdzie gwałtowna perkusja miesza się z gitarowym jazgotem, a wszystko kończy się ścianą noise'owych sprzęgów. Na tej zasadzie był zbudowany dosłownie każdy z zagranych utworów, przez co gdzieś od połowy zaczęło wiać monotonią. Prócz tego większa część ich muzyki była dla mnie przesadnie liryczna i tylko końcówki przyciągały uwagę, bo trzeba przyznać, że robienie hałasu wychodziło im akurat zgrabnie (tak na marginesie, to chyba jakieś japońskie spaczenie – muszą wcisnąć noise nawet do kołysanek). Kulminacyjny moment ich występu nastąpił w chwili, kiedy pod koniec jednego z utworów gitarzysta po prawej zerwał się z zydelka, postawił swój instrument na sztorc, gryfem w dół, i zanurzył się w rozwlekłych sprzęgach. Po cichu liczyłem na furiackie rozbijanie gitar, ale szaleństwo muzyków nie osiągnęło niestety takiego poziomu, a jego najbardziej ekspresyjnym wyrazem było miotanie się na taborecikach.

Spędziłem godzinę z okładem bez większych zachwytów, na co zresztą byłem przygotowany, chociaż akurat znajomym koncert MONO bardzo się spodobał. Na plus na pewno można jeszcze zaliczyć grę światłem, zwłaszcza okazjonalne stroboskopowe pulsowania, dobrze podkreślające gwałtowne finały.

Zachwyt, i to niemały, wzbudził za to Alcest. Po krótkiej przerwie rozbrzmiały dźwięki Onyx, pełniącego rolę intra, a na scenie pojawił się sympatycznie uśmiechnięty Neige ze swoim koncertowym składem. Zatopieni w chłodnym, niebieskim świetle, dali jeden z najbardziej klimatycznych, a zarazem najmocniejszych występów, jakie miałem okazję podziwiać.

Set rozpoczęły kawałki z ostatniego albumu, zagranego tu praktycznie w całości: na pierwszy ogień tytułowy Kodama, a zaraz po nim Je Suis d'Ailleurs. Mimo szczodrej reprezentacji nowy materiał nie zdominował jednak koncertu, bo pomiędzy kodamowe utwory wpleciono zgrabnie parę starszych, przy czym ich dobór był naprawdę świetny – warto wspomnieć zwłaszcza o pierwszej części Écailles de Lune czy Autre Temps. Setlista nie była dla mnie zresztą zaskoczeniem, zdążyłem zapoznać się z nią wcześniej, ale samo wykonanie niektórych numerów już tak. Muszę przyznać, że największe wrażenie zrobił na mnie L'Éveil des Muses. Taki niuans jak marszowy rytm perkusji, który w wersji studyjnej przewijał się gdzieś w tle, przykryty shoegaze'owymi gitarami, urósł na żywo do roli potężnego pulsu, nadającego kształt całości. Do tej pory trochę nie doceniałem Shelter, ale zaczynam się do niego przekonywać, tym bardziej, że z tego albumu pochodził też zamykający set Délivrance, w równie znakomitym wykonaniu. Z innych pozytywnych wrażeń, zacnie wypadły energetyczne blackmetalowe momenty, przewijające się zwłaszcza w utworach z Kodamy. Widać było, że spora część publiki przyszła głównie po to, żeby usłyszeć krzyczącego Neige'a, ale i pod względem instrumentalnym było to ciekawe doświadczenie – alcestowy shoegaze, dający na żywo efekt ściany dźwięku, brzmiał wyjątkowo efektownie w połączeniu z szalonymi blastami. Wypełnione nimi Oiseaux de Proie czy Eclosion wzbudziły zasłużony entuzjazm, ale prawdziwym koncertowym bangerem okazał się Percées de Lumière. Zagrany w wybitnie żywiołowy sposób, ten numer spotkał się z najbardziej pozytywnym przyjęciem.

Spodziewałem się ze strony Alcest dobrego koncertu i nie zawiodłem się. Wszystkie mocne cechy ich stylu – zmiany dynamiki, energia i hałas wymieszane z melancholijnymi fragmentami i nienachalny liryzm – w wersji na żywo zyskały jeszcze na sile. Na marginesie warto dodać, że sam Neige robił wyjątkowo miłe wrażenie. Lustrujący z uśmiechem publiczność i grzecznie dziękujący za każdy aplauz, zszedł ze sceny jako ostatni, ale niestety już na nią nie wrócił. Brak bisów to w sumie jedyny zarzut jaki mogę mieć do tego występu, bo pozostawił mimo wszystko lekki niedosyt (chociaż rozumiem, że wynikło to z obranej formy dwóch headlinerów). Jedynym rozwiązaniem pozostaje teleportacja do Wrocławia, gdzie właśnie teraz odbywa się ich drugi w Polsce koncert na europejskiej trasie.



To prawdopodobnie ostatni duży koncert, na którym byłem w tym roku, więc kolejnych relacji chwilowo nie będzie, ale postaram się zabrać za opisanie jeszcze paru płyt. Dobrego muzycznego materiału jest w tym roku naprawdę sporo.
S.

niedziela, 20 listopada 2016

Fresh tendrils – 2016 (3)

Z lekkim opóźnieniem (Cywilizacjo VI, czemu mi to robisz?) i pewnym trudem, ale udało mi się w końcu dopiąć zestaw najciekawszych dla mnie wrześniowych płyt. Sześć pozycji, które bardziej przykuły moją uwagę, jest opisanych szerzej (przy czym ostatnia nietypowa jak na standardy tego bloga), a cała reszta w wersji skróconej. Chociaż i tak nieco bardziej rozwiniętej niż to miało miejsce w poprzednich częściach. Standardowo już kolejność alfabetyczna:


1000mods – Repeated Exposure to...

[stoner rock, GR]

1000mods już od debiutu dał się poznać jako zespół, który potrafi wycisnąć ze stonera porywające i nieprzyzwoicie chwytliwe riffy. Jak się okazuje, wszystkie ich dotychczasowe nagrania to była tylko rozgrzewka. Swoim trzecim albumem dosłownie zamietli pobratymców z Planet of Zeus pod dywan, i nie tylko ich. Bez dwóch zdań, to najlepszy stricte stonerowy album tego roku.
Nie będę udawał, że chodzi tu o wyrafinowane kompozycje czy chwytającą za serce atmosferę (patrz: kolejna recenzja) – takich rzeczy jak 1000mods słucha się wyłącznie po to, żeby doświadczyć energetycznego kopa lub, jak kto woli, tzw. wpierdolu. I w tym kontekście ich nowy album sprawdza się znakomicie. Wszystko jest tu na swoim miejscu: solidne brzmienie, umiejętnie rozłożony ciężar, zmiany tempa wymykające się piosenkowym schematom i oczywiście wpadające w ucho riffy. Przekonał mnie już wypuszczony przedpremierowo The Son – kawałek ze sporą ilością przestrzeni, narastającym napięciem, a przy tym jako jedyny nastawiony w dużej mierze na klimat. To jeden z mocniejszych punktów płytki, ale reszta utworów nie pozostaje daleko w tyle. Wrażenie robi już otwierający album Above 179, skłaniający do bujania swoim chwytliwym refrenem i doomowymi spowolnieniami. Dla kontrastu pojawiają się dwie rozpędzone petardy: Electric Carve, pełen punkowej energii, objawiającej się zwłaszcza w agresywnym wokalu, i niemal równie intensywny, skoczny A.W. Warty uwagi jest też Groundhog Day, przechodzący od lekkiego, nakręcanego basem grania do przebijającego się na pierwszy plan masywnego riffu. Na zakończenie panowie zaserwowali z kolei standardowy, nieco bardziej jammowy akcent, wchodzący tu od połowy Into the Spell. Do takich odjazdów jak w Super Van Vacation z debiutu sporo mu jednak brakuje. Psychodeliczne wstawki to właściwie jedyna rzecz, za którą tęsknię w 1000mods, ale wszystkie obecne cechy ich stylu całkowicie mi to rekompensują.
Nie napiszę nic więcej, tylko odpalam wyimaginowanego muscle cara i ruszam w pustynię. To idealny soundtrack na takie przygody.



Alcest – Kodama

[post-black metal/shoegaze, FR]

Epatująca liryzmem post-muzyka to jedna z rzeczy, które leżą poza obszarem moich zainteresowań, ale i od tej reguły znalazł się wyjątek. Z pewnych względów lubię czasem wracać do Alcest, a nowy album był na to dodatkową okazją. Przyznam, że początkowo miałem co do niego wątpliwości, bo ostatnie shoegaze'owe odpływy na Shelter niespecjalnie mnie porwały, jednak już po pierwszym singlu zobaczyłem, że nie ma się czego obawiać – Kodama jest powrotem do dźwięków, które w tym projekcie sprawdzały się najlepiej.
Ciężko nie odnieść się w tym momencie do Écailles de Lune. Styl i estetyka, które z tamtej płyty uczyniły wyjątkowo śliczne dzieło, zostały tu odtworzone w pełnej krasie. Jest więc dynamicznie, ciężko i ultramelodyjnie, a na domiar dobrego Neige znowu zaczął krzyczeć. Niezbyt często co prawda, bo skupia się głównie na śpiewaniu, ale w paru momentach jego wokal wspina się na ostrzejsze rejony, tym samym pozostając jednym z niewielu blackmetalowych odprysków, które pojawiają się jeszcze w muzyce Alcest. Do takich elementów można zaliczyć też nieliczne blasty, uderzające dziko zwłaszcza w Eclosion. Riffy natomiast mają w sobie zdecydowanie więcej z shoegaze'u, tworząc do pary z syntezatorowymi tłami marzycielsko-melancholijną atmosferę. Atmosfera to zresztą kluczowe słowo w przypadku Alcest. Cały urok tkwi w odmalowanych tu pejzażach, od których bije zarówno liryzm, nostalgia, jak i nordycki chłód, a dochodzi do tego jeszcze żywiołowość, budząca skojarzenia z pierwotnymi siłami natury. Jest sugestywnie, onirycznie, a przede wszystkim spójnie – kawałki zachowują balans między nastrojowym a porywistym graniem. W mój gust najbardziej trafiają tu utwór tytułowy, Oiseaux de Proie i zaserwowany na koniec instrumental Onyx, chociaż najlepiej i tak słucha się całości od początku do końca. Jedyne czego można by się przyczepić to fakt, że stojące za tym albumem japońskie inspiracje nie odzwierciedlają się praktycznie w muzyce. Ale może to i lepiej.
Zaryzykuję stwierdzenie, że Kodama to jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy album, jaki Neige nagrał do tej pory. Śliczna, a zarazem nie popadająca w pretensjonalizm muzyka – kupuję Alcest w tej postaci.



Baby Woodrose – Freedom

[psychedelic rock, DK]

Ciężka sprawa z tym nowym Baby Woodrose. Swoimi starszymi płytkami przyzwyczaili mnie do lekkiej, niefrasobliwej psychodelii, i tego też oczekiwałem po Freedom, mimo że na wydanym cztery lata temu Third Eye Surgery zaczęli już nieco odchodzić od tego stylu. Wygląda jednak na to, że odeszli od niego definitywnie.
Co się zatem zmieniło? Głównie to, że przyjazne radiu piosenki zostały zastąpione przez psychodelię w bardziej tradycyjnym tego słowa znaczeniu: hałaśliwie garażową, wypełnioną ostrymi improwizacjami i zapychającą każdą wolną przestrzeń spacerockowymi efektami (zwłaszcza wokal jest nimi przeładowany). Teoretycznie brzmi to nieźle i pewnie byłbym bardziej pozytywnie nastawiony, gdyby ta płyta nie została wydana pod szyldem Baby Woodrose, bo w kontekście ich dyskografii ten nowy kierunek średnio mnie przekonuje. Po drugie, Freedom można postrzegać jako album koncepcyjny, podporządkowany tematyce kontestacji w stylu lat 60, przełożonej na współczesny język. Retro pełną gębą, ale i w tym sensie nowy album odstaje od lekkich, miłosno-narkotykowych tematów, które przewijały się wcześniej. Same kawałki nie są już tak łatwo wpadające w ucho i zaczęły do mnie trafiać dopiero po paru przesłuchaniach. Do najprzyjemniejszych zaliczają się 21st Century Slave i Open Doors, oba wydane zresztą jako przedpremierowe single, a prócz nich nieźle prezentuje się też transowy Termination. Poza tym jednak ciężko wyłuskać tu chwytliwe riffy. Z ostro kwasowej jazdy, dającej chwilę na oddech tylko w akustycznym Peace, wyróżniają się jeszcze Mind Control Machine i Mantra. Nie uświadczy się tu jednak wartych zapamiętania hitów – przebojowość zeszła wyraźnie na drugi plan.
Wypada zaznaczyć, że nie jest to zła płyta, ale nie ukrywam, że o wiele bardziej wolałem Baby Woodrose w ich starszej, popowej odsłonie. Chętniej sięgnę po raz milionowy po S/T czy Love Comes Down, natomiast do nowej płyty nie przewiduję częstych powrotów.



Brant Bjork – Tao of the Devil

[stoner rock, USA]

Nie będzie raczej błędem stwierdzenie, że Brant Bjork to najbardziej sympatyczny i wyczilowany ze wszystkich byłych członków Kyuss. Dokładnie taki sam wydźwięk ma też grana przez niego muzyka, a najlepszym tego przykładem pozostaje Jalamanta, jego solowy debiut. Chociaż już od kilkunastu lat Bjork nie nagrał niczego, co dorównywałoby tej płycie, to w dalszym ciągu pisze przyjemne, wyluzowane piosenki, i w tym stylu utrzymany jest też nowy album sygnowany jego nazwiskiem.
Tao of the Devil jest dowodem na to, że w czilautowym klimacie BB czuje się najlepiej. Pojawiają się tu co prawda jakieś resztki srogich riffów, które dominowały na wydanym dwa lata temu Black Flower Power (na marginesie: nagranym z ekipą Low Desert Punk Band, którą od obecnego składu różni tylko perkusista), ale są one przytłumione przez charakterystyczny dla starszych płyt Bjorka luz, co działa zdecydowanie na korzyść muzyki. Przykładami takich bujających numerów są zwłaszcza Luvin' i Biker No. 2 – w nich najmocniej czuć to bjorkowe, lekko funkowe podejście do stonera, tworzące relaksujący klimat letniego popołudnia. Pierwsza część płyty to zresztą same przyjemne, chociaż nie wyróżniające się niczym szczególnym kawałki. Sprawę ratuje za to część druga, rozpoczynająca się w trakcie Dave's War. Po trzech minutach mocno stonerowego wstępu następuje nagła zmiana klimatu, a numer przekształca się w sielankowy jam z wyraźnie zaakcentowanym basem. To wreszcie prawdziwie rozluźniona atmosfera rodem z Jalamanty, która utrzymuje się już do końca albumu (czyli zaledwie przez dwa kolejne kawałki). Wyśmienicie chodzi zarówno utwór tytułowy, zbudowany na powolnym rytmie i pełzającej w tle gitarze, jak i bonusowy Evening Jam, 14-minutowa improwizacja, którą otwierają funkowe pląsy. Końcówka zdecydowanie podnosi ocenę całości.
Nie jest to może wybitne dzieło – za dużo tu niepotrzebnego wysilania strun głosowych i za mało zapadających w pamięć rzeczy – ale nawet przeciętny album Bjorka jest w dalszym ciągu lepszy od całej masy generycznego stonera.



Emma Ruth Rundle – Marked for Death

[post-rock/folk, USA]

Podkreślałem to już na blogu i pewnie będę podkreślał za każdym razem: w moim prywatnym rankingu piosenkarek od smutnych klimatów Emma Ruth Rundle nie ma sobie równych. Czego się nie dotknie, zamienia w złoto. Tak było z ubiegłorocznym pełnometrażowym Marriages i tak jest też w przypadku Marked for Death, przecudnej kontynuacji debiutu sprzed dwóch lat.
Myliłby się jednak ten, kto oczekiwałby po tej płycie równie zwiewnej i onirycznej muzyki co na Some Heavy Ocean. Mówiąc obrazowo, Marked for Death jest jej brudniejszą i bardziej ponurą siostrą. Spora część kompozycji jest utrzymana w cięższej niż poprzednio, post-rockowej formie, momentami przypominającej styl Marriages, głównie za sprawą pożyczonego z tamtego składu perkusisty. Jego dudniące agresywnie gary wybijają się często na pierwszy plan, a miejscami podkreśla je ostro shoegaze'ująca gitara Rundle. Słychać to zwłaszcza w Protection, ale także utworze tytułowym czy So, Come – w każdym z nich ścierają się skrajne emocje. Najmocniejszą cechą nowego albumu jest właśnie to umiejętne skonfrontowanie surowego grania ze ślicznymi, delikatnymi melodiami, co w połączeniu z wokalem Rundle, niosącym ze sobą potężny ładunek emocjonalny, skutkuje intensywnymi doznaniami. Mimo zmian w stylistyce muzyka nie straciła nic ze swojego sensytywnego charakteru – w dalszym ciągu główną rolę odgrywa melancholijny klimat i pełen wachlarz depresyjnych uczuć, co podkreślają pełne bólu teksty. A wszystko to zostało ujęte w znakomitych kompozycjach. Bez cienia przesady, pojawiają się tu jedne z najlepszych utworów, jakie do tej pory napisała Rundle. Najmilsza memu sercu jest Medusa, ale niewiele dalej plasuje się wymieniony wcześniej Protection, Furious Angel ze smyczkowymi wstawkami czy surowy, zamykający album Real Big Sky. Rozwodzenie się nad poszczególnymi kawałkami nie ma jednak większego sensu, Marked for Death to wybitnie spójna całość.
Podsumuję krótko: to prawdziwa perełka w temacie smutnej muzyki, zasługująca na znacznie większy rozgłos i uznanie. Czuję, że długo się od niej nie oderwę.



La Femme – Mystère

[new wave/psychedelic/surf rock, FR]

Nie rozumiem tej muzyki, ale o niej napiszę. A przynajmniej spróbuję. La Femme to trudne do zdefiniowania kuriozum, zawieszone gdzieś pomiędzy artystyczną bohemą, kampową autoironią i zwyczajnie chwytliwymi piosenkami (to mogło powstać tylko we Francji). Swoim debiutem wynieśli ten hipsterski styl na wyżyny, dlatego moje oczekiwania co do Mystère były duże. I nie zawiodłem się.
Pierwsze co rzuca się w oczy, to sążnistość nowego materiału. Grupa w ponad 70 minutach zawarła 17 kawałków, co jednocześnie pociągnęło za sobą spory gatunkowy rozstrzał. Widać to już na starcie: album rozpoczynają kolejno raczący kwasową elektroniką Sphynx, akustyczna balladka Le Vide Est Ton Nouveau Prénom i Où Va le Monde, surf-rockowa piosenka o (pseudo) filozoficznym zacięciu. Z pozoru wydaje się to średnio spójne, ale wszystko jest utrzymane w ramach tej samej estetyki i nie robi wrażenia chaosu, nawet kiedy nastrój następujących po sobie utworów zmienia się o 180 stopni. Nie kojarzę drugiego zespołu, który równie zgrabnie przeskakiwałby między klimatami w obrębie jednej płyty, a takich przeskoków trochę się tu pojawia. Znajdzie się coś i do tańca i do zadumy (a także do tanecznej zadumy): imprezowy charakter mają zwłaszcza Tatiana i tryskający kiczem S.S.D, natomiast w kontraście do niego stoi dream-popowy zestaw z końcowej części płyty, rozpoczynający się od Tueur de Fleurs. Kontynuują go inspirowane bliskowschodnimi brzmieniami Al Warda i Psyzook, a wieńczy 13-minutowy, oniryczny Vagues, w dużej mierze ambientowy. Reszta to miłe, rytmiczne kawałki, z których wyróżniają się nawiązujący nieco do Hypsoline Exorciseur, podbity 8-bitowym chuptune'em Elle Ne T'Aime Pas i wciśnięty jako bonus Always in the Sun. Chociaż całość jest bardzo przyjemna, to zabrakło mi tutaj wyrazistych hitów w stylu tych, od których kipiał Psycho Tropical Berlin. Słychać za to więcej eksperymentów i prób poruszania ambitniejszych tematów (i muzycznie, i tekstowo), co w przypadku La Femme jest akurat ciężkie do zinterpretowania – vide początkowa scena z teledysku do Où Va le Monde, w której Marlon Magnée podczas posiedzenia na klopie zadaje sobie pytanie dokąd zmierza ten świat. To mówi chyba wszystko. Dodam tylko, że okładka tego albumu jest naprawdę znakomita.
Czytanie o twórczości La Femme wiele nie daje, więc po prostu polecam przekonać się o zaletach Mystère na własne uszy. Jeśli światu brakowało do tej pory jakiejś muzyki, to właśnie takiej pop-awangardy.



Interesujących mnie płyt pojawiło się we wrześniu więcej, ale nie każdy okazał się warty dłuższego rozpisywania (lub po prostu jednozdaniowy opis wyczerpuje temat), więc w ramach bonusu wrzucam poniżej cały ten zestaw w telegraficznym skrócie:

Allah-Las – Calico Review
[garage/psychedelic rock, USA]
Czas pożegnać się ze złudzeniami, że Allah-Las nagra jeszcze coś na poziomie swojego debiutu. Może nie łapię konwencji, ale dla mnie piosenkopisarstwo na Calico Review to jakieś nieporozumienie. Żenująco słaba płyta.
Najlepsze: nic? Od biedy Strange Heat

Black Bombaim & Peter Brötzmann – Black Bombaim & Peter Brötzmann
[psychedelic rock/free jazz, PT]
Mocna rzecz. Black Bombaim nie wpadł może jako pierwszy na pomysł łączenia ciężkiej psychodelii z obłąkanym jazzem, ale w ich wykonaniu brzmi to wyjątkowo furiacko i potępieńczo. Mnie takie mieszanki zawsze robią dobrze.
Najlepsze: Part II, Part IV

Father Sky Mother Earth – Father Sky Mother Earth
[drone/psychedelic, DE]
Bardzo obiecujący projekt. Cała płyta to trzy hipnotyczne utwory zahaczające o psychodelię, mocno w stylu Bong. Jeśli dla kogoś słuchanie przez godzinę przesterowanej syreny przeciwmgielnej brzmi jak świetna zabawa, to będzie ukontentowany.
Najlepsze: Father Sky

July Talk – Touch
[alternative rock, CA]
Najlepsza pozycja z pogranicza mainstreamu, która ostatnio wpadła mi w ucho. Jest co prawda odrobinę za dużo romansowania z popem, a do tego same kawałki są dość miałkie, ale mocno kontrastujące damsko-męskie wokale to mistrzostwo świata.
Najlepsze: Picturing Love, Push + Pull, Touch

Mississippi Bones – 2600 AD: and Other Astonishing Tales
[hard/stoner rock, USA]
Mam wrażenie, że po ostatniej sympatycznej płycie Mississippi Bones wyraźnie obniżyli loty. Nowy materiał jest bardzo przeciętny, jak na nich nawet słaby, z niewieloma momentami przykuwającymi uwagę. Ale może po prostu mam przesyt nerdowego rocka.
Najlepsze: Butcher of the 9 Lunar Mansions, Robot Kaiju Hullabaloo

Obscure Sphinx – Epitaphs
[post-metal, PL]
Sfinksowi miał się trafić zaszczyt dłuższej recenzji, ale album nie przykuł mojej uwagi na tyle, na ile się spodziewałem. Pierwszy kawałek wyśmienity, reszta o poziom niżej, nie wybijająca się zbytnio ponad standardowy post-metal. Ich debiut pozostaje niedościgniony.
Najlepsze: Nothing Left

Skye & Ross – Skye & Ross
[trip-hop, USA]
2/3 Morcheeby brzmi jak... 2/3 Morcheeby. Tylko i aż. Brakuje tu jednak drugiego Godfreya, który odpowiadał za większość kompozycji na starych płytach, niemniej jednak to nadal kawał przyjemnej, popowo-triphopowej muzyki. Lepsze niż ostatnia solowa Skye.
Najlepsze: All My Days, How to Fly

The Sword – Low Country
[stoner/retro rock/acoustic, USA]
Zeszłoroczny The Sword w akustycznej wersji okazuje się niemal równie smakowity co oryginał. Dobry jest zwłaszcza początek, późniejsze kawałki trochę wymęczone, całość jednak nadal budzi sympatię swoją cieplutką, wczasową atmosferą.
Najlepsze: Empty Temples, High Country

The Warlocks – Songs from the Pale Eclipse
[psychedelic rock, USA]
Miła, klasyczna psychodelia, chociaż nie wybijająca się ponad przeciętność. I podobnie jak wyżej, do połowy słucha się tego przyjemnie, ale pod koniec coraz bardziej przynudza. Za dużo narkotyków.
Najlepsze: Only You, Lonesome Bulldog

Woven Hand – Star Treatment
[alt-country, USA]
Edwards najwyraźniej przechodzi kryzys wieku średniego, bo coraz mocniej idzie w rockowe brzmienia, ale raczej nie wychodzi mu to na dobre. Na poprzednim albumie było to bardziej wyważone i świeże, teraz jest już przytłaczające. Męczący album.
Najlepsze: Come Brave, All Your Waves


Co do planów na kolejne teksty: możliwe, że zabiorę się jeszcze za opisanie paru albumów z października i listopada, żeby zebrać jak najwięcej materiału przed podsumowaniem na koniec roku. A w międzyczasie (i to całkiem niedługo) pojawi się najpewniej koncertowa notka.
S.

piątek, 7 października 2016

Ghosts along the Mississippi

Korzystając z weny i w międzyczasie wgryzając się ciągle we wrześniowe płytki, postanowiłem zabrać się za temat, który już od dawna chodził mi po głowie. Postaram się tu przedstawić sylwetki dwóch sympatycznych postaci, które określiłbym jako ostatnich wielkich złodupców bluesa. R.L. Burnside i Junior Kimbrough, bo o nich mowa, to moi absolutni faworyci w tym gatunku. Obaj współtworzyli styl znany jako hill country blues, który charakteryzują transowy klimat, prostota, nastawienie na riffy i repetycje, czyli wszystko, co bardzo cenię sobie w muzyce. Z racji, że ich życiorysy zawierają parę ciekawych wydarzeń, postanowiłem dla odmiany podejść do rzeczy od strony biograficznej, łącząc to z moim standardowym opisywaniem płyt. Lojalnie ostrzegam, że tekstu będzie sporo, ale warto zapoznać się z tematem, żeby przekonać się, czym jest prawdziwie bluesowy strzał w mordę, całkowicie różny od tego, co pod tym gatunkiem lansuje mainstream. A zatem w drogę.


R.L. Burnside


Burnside urodził się w 1926 r. w bliżej nieokreślonej zapadłej dziurze w północnej części Mississippi i pod bliżej nieokreślonymi imionami (najczęściej podawanymi są Robert Lee albo Rule, a na nagrobku widnieje Rural). Muzykowanie zaczął w wieku 16 lat od harmonijki, ale dość szybko przerzucił się na gitarę. Miał to szczęście, że w jego pobliżu mieszkał Mississippi Fred McDowell – wybitny bluesowy muzyk – i to głównie od niego R.L. nauczył się grać. McDowell jest zresztą uznawany za pioniera hill country bluesa, a jego styl mocno odcisnął się na twórczości obu bohaterów dzisiejszego odcinka. Prócz niego inspiracjami dla Burnside'a byli John Lee Hooker, Lightnin' Hopkins i Muddy Waters (który, nawiasem mówiąc, ożenił się później z kuzynką R.L.).

W latach 40 Burnside przeniósł się z rodziną do Chicago, a z tym pobytem wiążą się dramatyczne wydarzenia: w przeciągu jednego roku został tam zamordowany jego ojciec, dwóch braci i dwóch wujów (o tej tragedii wspomina w swoim coverze utworu Skip Jamesa – Hard Time Killing Floor). Przez następnych parę lat R.L. przeprowadzał się milion razy, żeby osiąść w końcu w swoich rodzinnych stronach. W międzyczasie, w wieku 23 lat, ożenił się po raz drugi i pozostał ze swoją wybranką, Alice Mae Taylor, już do śmierci.

Lata 50 to przede wszystkim jedno ważne wydarzenie w życiu Burnside'a, które najdobitniej kwalifikuje go do miana złodupca: zabił człowieka, a sam wyszedł z tej historii praktycznie bez szwanku. Poszło o pieniądze podczas gry w kości. Pewien dżentelmen próbował wyrolować Burnside'a na 400 dolarów, więc ten postanowił rozwiązać problem za pomocą pistoletu i posłał mu ostrzegawczy strzał w tył głowy. Wspominając tę sytuację R.L. zwykł mawiać: „I didn't mean to kill nobody. I just meant to shoot the sonofabitch in the head and two times in the chest. Him dyin' was between him and the Lord”. Gangsta rapsy przy tym wymiękają. Burnside został skazany na pięć lat pobytu w słynnym łagrze Parchman Farm (który wcześniej zaliczył też Bukka White), jednak wyszedł po sześciu miesiącach za wstawiennictwem swojego szefa, bogatego i najwyraźniej mocno wpływowego plantatora, który potrzebował go do pracy na traktorze.

Przez długi czas R.L. chwytał się różnych zawodów, muzykę traktując jako dodatkowe zajęcie. Zaczęło się to zmieniać w 1967 r., kiedy to do jego domu zawitał badacz folkloru George Mitchell w celu przeprowadzenia nagrań. Część utworów z tej sesji wypuszczono dwa lata później, jednak całość została wydana w pełnej krasie dopiero w 2003 r. jako First Recordings.
Ten pełny zbiór kilkunastu akustycznych kawałków to jeden z najsmaczniejszych bluesowych materiałów, jaki słyszałem. Bijąca od niego surowość i autentyzm, chociaż wygładzone nieco przez współczesną produkcję, robią naprawdę mocne wrażenie – czuć wyraźnie, że te dźwięki są esencją środowiska i atmosfery, w jakiej żył R.L. Poza tym to właśnie w tych utworach najbardziej przebija transowość, typowa dla muzyki tego regionu, mająca swoje korzenie w plemiennych, afrykańskich rytmach. Co prawda wczesny repertuar Burnside'a to w dużej mierze jego interpretacje utworów innych bluesmanów (takich jak Muddy Waters, Howlin' Wolf czy Lonesome Sundown), ale ich kawałki zostały tu odpowiednio uproszczone i zamknięte w pętlach z paru dźwięków. Wypada przy tym dodać, że wiele rzeczy jego autorstwa brzmi bardzo podobnie, a momentami niemal identycznie, ale taki jest już urok bluesowej konwencji. Do moich ulubionych numerów z First Recordings należą Goin' Down South, Come on in, Skinny Woman i Sat Down on My Bed and Cried, przy czym wszystkie były później jeszcze wielokrotnie nagrywane, czasem pod innymi tytułami.
Poza aspektem muzycznym warto też wziąć pod uwagę, że materiał został zagrany na pożyczonej od Mitchella gitarze, w żałośnie ubogim domu Burnside'a, gdzie za całe umeblowanie służyły dwa łóżka, sofa z wystającymi sprężynami i drewniane pudło, a na brudnej podłodze siedziała dziesiątka jego dzieci (ostatecznie dorobił się trzynastu). Prawdziwie bluesowe, ciężkie życie.


Od tamtej pory Burnside zaczął nieco koncertować, gównie solo, także poza granicami USA, w Kanadzie i Europie. Na przełomie lat 70 i 80 zaczął występować z grupą The Sound Machine, w skład której wchodzili jego synowie. Początkowo grali bluesowe covery, które znalazły się później na kompilacji Raw Electric (2001), jednak dość szybko zmienili tematykę i w 1980 r. wydali razem album Sound Machine Groove. Rzecz mało interesująca, bo oparta w większości na brzmieniach funk i R&B, a przy tym nie akcentująca już tak bardzo country bluesowego klimatu.

Burnside nie porzucił na szczęście akustyka i w latach 80 brał udział jeszcze w wielu solowych sesjach (lub z gościnnym udziałem harmonijki), czego efektem są płyty (uwaga, monotematyczne nazwy) Plays and Sings the Mississippi Delta Blues (1981), Mississippi Blues (1984, live), Goin' Down South (1998, kompilacja nagrań z 1980-86) czy mój ulubiony zbiór – Mississippi Hill Country Blues (pierwsze wydanie w 1984). Ten ostatni zestaw odpalam najczęściej, bo to olbrzymia dawka (w pełnej wersji 19 kawałków) bluesowego brzdąkania, prócz burnside'owej klasyki zawierający parę rzadziej spotykanych hitów, jak mój faworyt: Gone so Long. Do nagrań w tym stylu zaliczają się też Acoustic Stories (1997, zapis sesji z 1988) i wyjątkowo ciekawy, bo pochodzący z wczesnego okresu My Black Name A-Ringin' (1999, nagrany w 1969).
Krótko mówiąc, akustyczny (i solowo-elektryczny) Burnside przemawia do mnie najbardziej, bo w tym wydaniu jest najprawdziwszy. Jego kolejne dzieła będą już nieco bardziej mainstreamowe i taneczne, chociaż w dużej mierze nadal warte uwagi.

W 1991 r. R.L. podpisał kontrakt z wytwórnią Fat Possum Records, która skupiała się na nagrywaniu twórców z północnej części Mississippi. Jej nakładem ukazały się wszystkie następne albumy Burnside'a, począwszy od Bad Luck City (1992), niezbyt ciekawej płyty nagranej z The Sound Machine, utrzymanej w lekkim blues-rockowym tonie, i Too Bad Jim (1994), który jest już zdecydowanie lepszym materiałem, w duchu hill country bluesa.

Ciekawsze rzeczy zaczęły się dziać w 1995 r., kiedy to Burnside nawiązał współpracę z Jonem Spencerem, liderem Jon Spencer Blues Explosion – grupy podchodzącej do tematyki bluesa od strony punkowo-garażowej. W efekcie powstały dwa mocne albumy: A Ass Pocket of Whiskey (1996) i Mr. Wizard (1997).
Szeroki rozgłos zdobył zwłaszcza ten pierwszy, przyczyniając się do znacznego rozwoju kariery Burnside'a, choć jednocześnie spotkał się ze skrajnymi opiniami. Nic dziwnego, bo to absolutnie szalona płyta, całkowicie odmienna od dotychczasowego stylu R.L. Została nagrana w cztery (!) godziny, w czasie sesji zakrapianej olbrzymią ilością whiskey, co tłumaczy chyba wszystko. Ma to doskonałe odzwierciedlenie w muzyce – zagranej na totalnym spontanie, wręcz na wyjebce, jednak na tyle kontrolowanej, by dźwięki nie wybijały się z transowych ryzów. W tle przewijają się losowe okrzyki, zwłaszcza ze strony Spencera, a Burnside opowiada głupoty, klnie jak szewc i zgrywa się, mówiąc falsetem. Obok paru starych numerów, jak standardowy Goin' Down South czy Poor Boy, pojawiają się rzeczy bardziej w stylu spoken word, w tym „toast” Tojo Told Hitler (coś w rodzaju poematu lub historyjki deklamowanej w barach, Burnside często opowiadał je na koncertach). Wykonywany na żywo materiał z A Ass Pocket of Whiskey wzbudzał swego czasu prawdziwy entuzjazm – widownia dosłownie skakała po scenie.
Mr. Wizard jest w porównaniu do niego znacznie bardziej stonowanym albumem. On również został nagrany z udziałem Spencera, ale tym razem obyło się bez szaleństw i wrzasków. Od innych elektrycznych dzieł Burnside'a różni się wyraźnie ostrą, garażową formą, i chociaż nie jest już tak zapadający w pamięć, to i tak zawiera całkiem chwytliwe numery. Warty uwagi jest tu głównie otwierający całość Over the Hill i rozszerzona wersja Snake Drive.


W 1998 r. wydawnictwo Fat Possum postanowiło wyjść z całkowicie nowym pomysłem, korzystając z okazji, że za sprawą Spencera Burnside'em zainteresowało się młode pokolenie. W tym roku wypuszczony został Come on in, wyróżniający się tym, że większość kawałków została tu poddana remiksowi i wzbogacona o tłuste, hip-hopowe bity (wszystko za zgodą R.L., choć ten nie miał pojęcia jak będzie wyglądał efekt końcowy). Zdaniem jednych gwałt, a zdaniem innych świeże podejście do bluesa. Sam Burnside, zapytany o to czy podobają mu się nowe numery, odpowiedział: „At first I didn't like them too much. Then I saw how much money they were making and I got to liking them pretty well”. Mnie ten styl specjalnie nie rusza, choć przyznam, że przeróbka Let My Baby Ride jest całkiem zacna.

Rok później stan zdrowia Burnside'a zaczął się gwałtowanie pogarszać. Po operacji serca ograniczył koncertowanie i nie brał nawet udziału w nagrywaniu gitar do swojego kolejnego albumu, Wish I Was in Heaven Sitting Down (2000). Jego wkładem jest tu jedynie wokal. Płyta, podobnie jak i pozostałe zremiksowane, nie należy zresztą do najciekawszych, a wybijają się z niej jedynie utwór tytułowy i wspomniany wcześniej Hard Time Killing Floor.

Można by uznać, że na tym kończy się jego kariera, ale Burnside tak szybko nie zszedł ze sceny. W dalszym ciągu występował na żywo, czego dowodem jest zapis jednego z koncertów: Burnside on Burnside (2001). To żywiołowy, elektryczny set, zagrany z udziałem jego wnuka Cedrika i „adoptowanego syna” Kenny'ego Browna, z którymi koncertował już od wielu lat. Absolutnie nie słychać tu schorowanego dziada – R.L. w dalszym ciągu zachwyca swoim mocnym głosem i mimo 74 lat na karku radzi sobie doskonale w dynamicznych kawałkach. W zestawie znalazły się same największe hity Burnside'a i jeden „toast” – ogółem świetne zwieńczenie jego twórczości. Dosłowne, bo po ataku serca, którego doznał w tym samym roku, wycofał się z muzyki. Co ciekawe, głównym powodem dla takiej decyzji była konieczność odstawienia alkoholu, bez którego Burnside całkowicie stracił chęć do grania.

W jego dyskografii pojawiła się jeszcze jedna pozycja, A Bothered Mind (2004), ale był to już typowy skok na kasę wytwórni. Zremiksowano stare fragmenty nagrań, tym razem już bez żadnego udziału Burnside'a i zaproszono do współpracy Kid Rocka i Lyrics Born. Jak łatwo się domyślić, efektem tego jest mainstreamowa papka, jedynie lekko zabarwiona bluesem, choć oczywiście płyta odniosła komercyjny sukces.

Burnside zmarł w 2005 r. Sądząc po jego wesołym trybie życia, milionie rozbitych samochodów i niezliczonej ilości wypitych drinków „Bloody Motherfucker” można uznać, że i tak dożył całkiem sędziwego wieku. Chociaż zdobył szerszy rozgłos dopiero w latach 90 (podobnie jak i reszta ekipy z Mississippi) i nie można raczej określić go jako wybitnie wpływowego twórcę, to na pewno pozostaje jednym z najciekawszych i najpopularniejszych muzyków w swojej niszy. W temacie transowego bluesa przebił go tylko jeden dziadyga – Junior Kimbrough.



Junior Kimbrough


Parę lat młodszy od Burnside'a, David „Junior” Kimbrough urodził się w 1930 r. w Hudsonville, Mississippi. Pierwsze próby brzdąkania zaliczył jako dziecko, podkradając gitarę ojcu, podczas gdy ten wychodził do pracy w pole. Podobnie zaczęła się jego przygoda z alkoholem – już w wieku sześciu lat upił się do nieprzytomności, oczywiście pod nieobecność ojca. Wieść niesie, że Kimbrough również był w młodości szkolony przez McDowella, ale wspomina się też o miejscowym „szamanie voodoo”, Eli Greenie, który miał uczyć go gry. To by w ciekawy sposób wyjaśniało jego zamiłowanie do transowych klimatów.

Kimbrough od zawsze był zdecydowany podążać muzyczną ścieżką. Z początku grał jedynie po knajpach bluesowe standardy i covery współczesnych mu twórców, ale dość szybko przestało to być dla niego satysfakcjonujące. Skupił się na komponowaniu własnych utworów, jednocześnie pracując nad stylem, który zaczął nabierać kształtów pod koniec lat 50.

Po krótkiej wizycie w Chicago, w 1966 r. Kimbrough wybrał się do Memphis by spróbować sił w studyjnym nagraniu. Trafił jednak na złego producenta. Quinton Claunch, specjalizujący się w gatunkach R&B i gospel, odmówił wypuszczenia zarejestrowanej płyty, twierdząc, że za bardzo wieje od niej klimatami country. Ciekawa opinia. Na szczęście taśmy z tej pierwszej sesji przetrwały, zostały odkupione od Clauncha ponad 40 lat później i wydane pod postacią epki – niespodziewany tytuł – First Recordings (2009).
Składa się ona z paru krótkich kawałków, w których zarysowuje się styl Kimbrough, w tym wydaniu z mocno podkreślonym rytmem i w tanecznej formie. Wśród obecnych tu numerów znalazły się takie, które zostały włączone do jego standardowego repertuaru, po czym były rozwijane w późniejszych latach. Mowa przede wszystkim o Done Got Old i Meet Me in the City, zaliczanego do najbardziej znanych hitów Juniora.
Ta płyta mogła być dla niego dobrym startem, ale skończyło się na niczym. W rezultacie aż do początku lat 90 zostało wydanych jedynie parę jego singli, które przeszły bez większego echa.

Teoretycznie pobyt w Memphis nie był dla Kimbrough całkiem zmarnowany, bo tam też w 1967 r. nakładem innej wytwórni wydano jego debiutancką siedmiocalówkę, na którą składały się Tramp (cover Lowella Fulsona, w oryginale kawałek wyszedł w tym samym roku) i You Can't Leave Me. Nie obyło się jednak bez problemów. Producentem musiał być półgłuchy analfabeta, bo utwór ze strony A zapisano jako Tram? (tak, ze znakiem zapytania), a nazwisko wykonawcy jako Kimbell. Po takich przygodach można się naprawdę zniechęcić do wielkomiejskich wydawnictw i nic dziwnego, że po powrocie do rodzinnych stron Kimbrough praktycznie już do końca życia się stamtąd nie ruszył.

A mówiąc poważnie, preferowany przez niego styl życia i charakter granej muzyki idealnie wpasowywał się w lokalny koloryt północnego Mississippi. Muzycy z tego regionu cechowali się amatorskim i całkowicie niekomercyjnym podejściem do bluesa, dzięki czemu zdołali zresztą zachować w swojej twórczości wyjątkowy autentyzm. Z Kimbrough, nastawionym na granie w lokalnych barach, sprawa wyglądała podobnie. Przez długi czas pracował jako farmer lub mechanik, muzykę traktując głównie jako swoją pasję, a efekt tego jest taki, że z następnych 20 lat jego życia znane są jedynie strzępki informacji.
Do ciekawostek można zaliczyć fakt, że na przełomie lat 70 i 80 zakumplował się z Burnside'em. Wielokrotnie grali razem w sobotnie noce, urządzając coś na kształt jammowych sesji. W kolejnych latach R.L. odwiedzał Juniora w jego domowej imprezowni, do której w niedziele zjeżdżały się tłumy ludzi, by pobawić się w trakcie prób jego zespołu, Soul Blues Boys. Tradycja organizowania domowych spotkań była zresztą silna w Mississippi, a Kimbrough wyróżniał się tu tylko większą popularnością. Imprezy cieszyły się takim zainteresowaniem, że po pewnym czasie zaczął nawet zarabiać na gościach, sprzedając im piwo i własnej produkcji whiskey. Innymi słowy, zamienił swój dom w bar.


W 1988 r. Kimbrough miał szansę odbyć pierwszą poważną sesję nagraniową, choć ponownie bez rezultatu komercyjnego. Materiał został bowiem nagrany dla University of Memphis w ramach etnomuzykologicznego programu Regional Studies i najpewniej nie był nawet przeznaczony do wydania. Światło dzienne ujrzał dopiero w 1997 r., kiedy Kimbrough zdobył szerszy rozgłos.
Na album zatytułowany Do the Rump! składa się 13 numerów, z czego dwa pierwsze pochodzą z singla wydanego w 1982 r., w tym wyśmienity Keep Your Hands off Her. Tutaj już w pełnej krasie objawia się styl Juniora – kawałki płyną sobie nieśpiesznie w równym, hipnotycznym rytmie, a przy tym bije od nich niewyobrażalny wręcz luz. Dużą rolę pełni w tym, bas, na tle którego przewijają się repetytywne melodie. Kimbrough zdołał zbudować w ten sposób klimat, który bardziej niż u jakiegokolwiek innego bluesowego muzyka przywodzi na myśl afrykańskie korzenie. Nie odcina się jednak zupełnie od klasyki, bo parę kawałków zalatuje jeszcze standardami (Come on and Go with Me, I Want to Know What's Wrong with You), ale zdecydowanie więcej rzeczy utrzymanych jest w jego charakterystycznym stylu. Do ciekawszych utworów zaliczyłbym Nobody But You Baby, You Better Run (który, swoją drogą, dotyczy próby gwałtu) i Walk with Me.

O Kimbrough zaczęło się robić głośno w 1991 r., kiedy to otworzył własną knajpę (juke joint) w Chulahoma. Miejscówka o tyle ciekawa, że wcześniej służyła jako kościół. Oficjalnie nie miała żadnej nazwy, ale wśród autochtonów była znana jako Junior's Place. Odbywające się tam imprezy nie różniły się specjalnie od dotychczasowych domówek – grano w niedziele przez całe noce, przy czym występował tu nie tylko Junior z towarzyszącym mu składem Soul Blues Boys, ale też wielu innych, mniej znanych lokalnych muzyków. Fama o tym przybytku rozeszła się w błyskawicznym tempie i w przeciągu paru lat zaczęły się tam zjeżdżać znane osobistości, w tym Iggy Pop, członkowie Rolling Stones, U2 czy Sonic Youth. W połowie lat 90 Kimbrough stał się wręcz żywą legendą.

Jego rosnąca popularność zaowocowała wreszcie pierwszym wydanym albumem – All Night Long (1993). Rzecz została nagrana w jego knajpie i słychać to w każdym dźwięku. Materiał jest wybitnie surowy, zwłaszcza jeśli porównać go do nagranego wcześniej, studyjnego Do the Rump!, ale jednocześnie ma w sobie silniejszą country bluesową atmosferę. W zestawie znalazły się praktycznie same kawałki z wcześniejszych sesji, wśród których interesujące są głównie rozszerzone wersje You Better Run i Meet Me in the City. Całość nie należy jednak do moich ulubionych albumów; to raczej coś dla koneserów ascetycznego brzmienia. Warto jeszcze tylko dodać, że pod szyldem Soul Blues Boys zagrał tu na perkusji syn Juniora Kenny Malone, a na basie zaprezentował się Garry Burnside, syn R.L., co tylko podkreśla kumpelskie relacje obu rodzin.

O ile All Night Long pozostawiał jeszcze trochę do życzenia, to dwie kolejne płyty mogę z czystym sumieniem określić jako juniorowy crème de la crème; dzieła absolutnie warte przesłuchania.
Pierwszą z nich, Sad Days, Lonely Nights (1994), również nagrano w Junior's Place, ale została znacznie lepiej wyprodukowana. Co więcej, właśnie na niej transowy styl Kimbrough został doprowadzony do perfekcji, a kompozycje są tu naprawdę mistrzowskie. Warte wspomnienia są zwłaszcza melancholijny Lonesome in My Home, taneczny Old Black Mattie i Lord, Have Mercy on Me, najdłuższy utwór Juniora, zbudowany na przepysznym riffie. Poza tym ciekawostką jest fakt, że album został zamknięty w klamrze z dwóch wersji tego samego utworu, tytułowego Sad Days, Lonely Nights, przy czym każda ma nieco inny wydźwięk. Pierwsza jest nakręcana szybkim rytmem perkusji, a druga, zagrana solo, robi znacznie bardziej posępne wrażenie.


Dziełem równie smakowitym, choć nieco mniej spójnym, jest Most Things Haven't Worked Out (1997), ostatni album wydany za jego życia. Składa się z dwóch różnych sesji, z czego jedna, o wyraźnie surowszym brzmieniu, odbyła się oczywiście w knajpie Juniora. Z niej też pochodzą dwa solowe kawałki, kolejno otwierające i zamykające płytę Lonesome Road i I'm Leaving You Baby. Bardziej warte uwagi są jednak utwory wykonane z całym składem, w których można poczuć, jak świetnie bas i perkusja chodzą razem z melodyjną gitarą Juniora. W tym zestawie znalazły się moje najulubieńsze hity: wybitnie chwytliwy szlagier I Love Ya Baby i utwór tytułowy, Most Things Haven't Worked Out (nowa wersja Leaving in the Morning z poprzedniej płyty), wiejący bluesową deprechą, a przy tym nie tracący bujającego charakteru. Świetne są również I'm in Love i Burn in Hell – rytmiczne numery, przy której nóżka sama podryguje. Kimbrough był mistrzem w takich hipnotyczno-przebojowych mieszankach, których cała magia tkwiła w prostocie. Jak sam kiedyś stwierdził: „My songs, they have just the one chord, there’s none of that fancy stuff you hear now, with lots of chords in one song. If I find another chord I leave it for another song”.

Zmarł w 1998 r., ale pod jego nazwiskiem pojawiło się jeszcze parę albumów składających się różnych nagrań z lat 90. Były to kolejno: God Knows I Tried (1998), w którym najciekawsze są Keep on Braggin' i wyborna wersja Tramp; Meet Me in the City (1999), zawierający m.in. parę domowych nagrań w ultrasurowej jakości, ale za to wybitnie klimatycznych; i You Better Run (2002), kompilacja najbardziej reprezentatywnych, zdaniem Fat Possum, hitów.

Po śmierci Kimbrough Junior's Place był zarządzany przez jego synów i w dalszym ciągu prowadzone tam jammowe imprezy przyciągały tłumy ludzi (choć on sam w ostatnich latach pojawiał się tam już sporadycznie). Nie trwało to jednak długo – w kwietniu 2000 r. knajpa spłonęła. Nie znaleziono przyczyny, ale całkiem prawdopodobne, że stało się to za sprawą wielkiego bębna, który służył gościom jako piecyk, sypiąc iskrami pod sam sufit. Biorąc pod uwagę, że lokal był drewniany, to i tak sporo wytrzymał.

O życiu Kimbrough niech najlepiej zaświadczy fakt, że doczekał się on 36 (słownie: trzydziestu sześciu) dzieci. Chociaż w kwestiach komercyjnych nigdy nie odniósł podobnego sukcesu (nawet o to zresztą nie zabiegał), to jego muzyka spotkała się po latach z szerokim odzewem i zainspirowała wielu wykonawców.
Coverowali go m.in. Buddy Guy, Left Lane Cruiser i Hozier, ale bardziej istotny jest fakt, że na klimatach z północnego Mississippi został zbudowany The Black Keys (a przynajmniej ich pierwsze albumy, na których grali jeszcze bluesa, wydane nakładem Fat Possum). Od swoich wersji utworów Burnside'a (Busted, cover Skinny Woman) i Kimbrough (Do the Rump) rozpoczęli debiutancki The Big Come Up (2002), a prócz tego nagrali wyśmienitą epkę Chulahoma (2006), złożoną z coverów Juniora. To naprawdę zacny hołd dla jego twórczości, dzięki odrobinie przesterów podkreślający geniusz oryginalnych riffów.

Kimbrough, jako twórca unikalnego stylu w obrębie bluesa, całkowicie zasłużenie uzyskał status legendy. W tym kontekście najładniejsze epitafium wystawił mu jego przyjaciel, Charlie Feathers, określając go jako „the beginning and end of all music”. Coś w tym jest. Myślę jednak, że cały temat najlepiej podsumuje cytat z Iggy'ego Popa: „When the spaceship finally comes down and Will Smith isn't there to protect you and the aliens start picking through our records to see which one to keep, guess what, motherfucker? It's gonna be Junior Kimbrough, not Beyoncé.



Wśród bluesowych muzyków z Mississippi nietrudno wygrzebać jeszcze parę ciekawych postaci, takich jak schorowany Cedell Davis, który przez powykręcane od polio palce wyrobił sobie technikę grania za pomocą noża do masła, czy T-Model Ford, podobnie jak Burnside mający na koncie morderstwo. Całkiem więc możliwe, że tematyka bluesa na blogasie powróci, bo bagna delty skrywają jeszcze sporo brudnych, surowych dźwięków. Czyli tego, co w tym gatunku jest najsmaczniejsze.
S.