poniedziałek, 23 listopada 2015

Black forest skyline

Rozmyślając o tegorocznej koncertowej biedzie w Trójmieście (przynajmniej w kontekście interesującej mnie muzyki), przypomniałem sobie o bardzo ciekawym wydarzeniu, w którym brałem udział jakieś trzy miesiące temu. Tak, mam wyjątkowo szybki zapłon, ale uznałem, że warto cofnąć się w czasie i napisać o nim parę słów, bo da mi to asumpt do wspomnienia o wybitnym zespole, który zauroczył mnie podczas tamtego koncertu. Już pomijając, że samo wydarzenie było dosyć nietypowe.

To była dwudniowa impreza pod nazwą Little Festival, rzekomo nastawiona na muzykę „kreatywną” (?). Pierwszy dzień kompletnie mnie nie interesował, za to drugi zapowiadał się srogo: jako support włoski Zu, a danie główne niemiecki Bohren & Der Club Of Gore. Pierwszego z nich próbowałem już słuchać parę lat temu, ale szybko wymiękłem, rozgnieciony ich awangardowo-sludge'owym jazzem. Od tamtej pory zwiększyła się jednak moja tolerancja na taką potępieńczą muzykę, więc liczyłem, że tym razem będę się świetnie bawił. Zwłaszcza że na żywo wszystko brzmi lepiej. Co do Bohrenów, to zdążyłem się już z nimi zapoznać i polubić, ale nie byłem nimi specjalnie podniecony. Chciałem ich zobaczyć głównie przez ciekawość. Zespół złożony z podstarzałych hardcore'owców, którzy już dawno temu odłożyli gitary i teraz grają coś z pogranicza jazzu i dark ambientu – to brzmi zachęcająco. Tym bardziej, że panowie są naprawdę mocni w swojej kategorii i dosyć dziwne, że wystąpili za grosze w jakiejś porośniętej mchem dziurze. Dosłownie, bo koncert odbył się w gdańskim Teatrze Leśnym, czyli jak sama nazwa wskazuje, na scenie znajdującej się pośrodku lasu. Nietypowa lokacja, zwłaszcza do takiego rodzaju muzyki, okazała się jednak strzałem w dziesiątkę. I przy okazji umożliwiła mi uczestnictwo na krzywy ryj, z czego nie jestem wybitnie dumny, ale miało to pewne zalety.

Razem z grupką mniej lub bardziej znajomych zajęliśmy strategiczne pozycje na wzniesieniu, u podnóża którego znajdowała się scena. Moje początkowe obawy o jakość dźwięku okazały się nietrafione – brzmienie było krystalicznie czyste i równie głośne co na dole. Jedynym problemem był brak wizji, bo wszystko zasłaniały drzewa i krzaczory, a cały obraz ograniczał się do migających światełek. Zazwyczaj lubię sobie popatrzeć na grających ludzi i tym razem nie miałem takiej możliwości, ale nie przeszkadzało mi to specjalnie, bo większość koncertu Bohrenów przesiedziałem z zamkniętymi oczami. Zanim to jednak nastąpiło, wydarzyło się coś dziwnego.

Jedynym zapowiedzianym supportem był Zu, więc liczyłem, że lada chwila zostanę zmasakrowany gitarowo-perkusyjnym łomotem i jazgoczącym saksofonem, a tymczasem ze sceny popłynęły zupełnie inne dźwięki. Nie potrafię nawet określić co to było, bo brzmiało bardziej jak jakiś abstrakcyjny performance niż koncert – losowe dźwięki wydobywające się z miliona instrumentów, w które wplatał się głos tybetańskiego mnicha wystękującego mantrę. Normalnie uznałbym to za próbę, ale trwało podejrzanie długo i zdawało się mieć głębszy sens. W każdym razie nie był to raczej zespół, którego się spodziewałem. Dopiero po jakimś czasie na scenie pojawił się bardzo spięty pan, który wyjaśnił, że jako pierwszy zagra norweski Origami Arktika, a po nim dopiero dwie kolejne grupy. Mój entuzjazm trochę przygasł. To przydługie intro, które faktycznie okazało się być próbą, było kontynuowane jeszcze przez jakąś godzinę. Mimo że w trakcie występu zespół trochę się rozkręcił i prócz eksperymentalnego ambientu grał coś, co można by podciągnąć pod krautrocka, to w gruncie rzeczy mocno się wynudziłem. Dlatego też kiedy wreszcie rozpoczęła się przerwa (i poleciał soundtrack z Interstellar, który jak refren rozbrzmiewał między występami) postanowiliśmy dla wytchnienia udać się na spacer do sklepu.

Powrót był ciekawy, bo w trakcie kiedy przemierzaliśmy pogrążony w ciemnościach las, już z oddali słychać było piekielny jazgot, narastający z każdą chwilą. Zu. Bardziej wrażliwe osoby miały wątpliwości czy powinniśmy iść w stronę sceny, ale mnie ten hałas niezmiernie ucieszył. Tak jak się spodziewałem – zabawa była przednia, chociaż przez przechadzkę ominęła nas spora część koncertu. Takiej dawki nojzu nie miałem jeszcze okazji doświadczyć na żywo i tylko odrobinę żałowałem, że impreza nie ma miejsca w jakimś klubie, gdzie można by radośnie pobaunsować przy scenie. Muzykę graną przez Zu można opisać w jeden sposób: (w ramach wyjątku pozwolę sobie na wulgaryzm) jest zwyczajnie popierdolona, nawet dla mnie. Awangardowy jazz ma to do siebie, że ryje banię wyjątkowo skutecznie. Kiedy jednak później odpalałem w domku ich ostatni album nie czułem już takich emocji – to muzyka, która najlepiej sprawdza się na żywo.

Trochę inaczej jest w przypadku Bohren & Der Club Of Gore, bo do reprezentowanego przez nich stylu jazzu wskazana jest kameralna atmosfera. Ale trzeba przyznać, że udało im się ją wytworzyć nawet w takich niespecjalnie kameralnych warunkach. Niedługo po tym jak ucichły dźwięki z piekła (i po kolejnej wstawce z Interstellar) na scenie pojawiła się grupa łysych panów (przynajmniej tak to widziałem oczami wyobraźni), pogasły wszystkie światła, nastała cisza i rozpoczął się najważniejszy tego wieczoru spektakl. Było to coś pięknego. Muzyka Bohrenów jest niezwykle melancholijna, zbudowana na bazie ambientowych pejzaży, na tle których leniwie snuje się saksofon w towarzystwie subtelnie plumkających klawiszy. Ciężko to opisać, łatwiej wyobrazić sobie puste, zamglone ulice w środku nocy albo zadymione amerykańskie kluby z lat 40, gdzie panowie w idealnie skrojonych garniturach i z fedorami zasuniętymi głęboko na oczy sączą przy barze szkocką z lodem – innymi słowy, obrazy w stylu filmów noir. Takie otoczenie byłoby zresztą idealnym tłem dla Bohrenów, jednak spowite w mroku leśne ostępy okazały się być równie dobrą scenerią. Byłoby jeszcze lepiej, gdyby ludzie potrafili zamknąć japy i w milczeniu rozkoszować się koncertem, ale prawdopodobnie moja miejscówka i tak była najlepsza pod względem kameralności. Bez tłumów dookoła mogłem w spokoju pogrążyć się w dźwiękach i przywoływanych przez nie wspomnieniach. Nie skłamię jeśli napiszę, że dla mnie ten koncert był prawdziwym przeżyciem.

Na tyle na ile mogłem to stwierdzić, panowie zagrali głównie utwory z ostatniego albumu, Piano Nights. Na sam koniec pojawiła się jednak bardzo miła niespodzianka, która wzbudziła entuzjazm publiczności: Prowler z ich najbardziej znanej (i prawdopodobnie najlepszej) płyty Sunset Mission. Lepszego zakończenia nie można sobie było wymarzyć, chociaż najchętniej usłyszałbym jeszcze parę innych kompozycji z tego albumu.

Jak każdy świetny koncert, ten także był za krótki. Zupełnie inny od tych, na które zazwyczaj uczęszczam, ale zdecydowanie satysfakcjonujący. Dla takiej muzyki warto było zostać doszczętnie podziubanym przez komary.

wtorek, 17 listopada 2015

Fresh tendrils – 2015 (2)

Pora na drugą porcję mniej lub bardziej ciekawych nowości. Tak jak zapowiedziałem jakiś czas temu: każda płyta z innej bajki, chociaż ciągle z naciskiem na ciężkie brzmienia. Jest tego trochę, więc bez zbędnego przedłużania zapraszam do lektury.


Clutch – Psychic Warfare


Powiem krótko: jestem totalnie zachwycony. Clutch to stonerowy klasyk, który działa już od 25 lat i, co ciekawe, ciągle zaskakuje czymś świeżym. Przez parę ostatnich lat panowie eksplorowali tradycyjnego blues rocka i wrócili do mocniejszego grania dopiero w 2013, przy okazji wydania Earth Rocker. Strasznie podobała mi się ta płyta, bo był to powrót do Clutcha, którego lubię najbardziej, dlatego cieszy mnie tym bardziej, że Psychic Warfare jest jej bezpośrednią kontynuacją. Tylko znacznie lepszą.
Jest tu wszystko, czego brakowało na poprzednim albumie: większy groove, bardziej chwytliwe piosenki i mniej dosłownie potraktowany bluesowy feeling. Widać, że zespół wyciągnął wnioski z paru ostatnich płyt i tym razem zaserwował idealny balans między ciężkim łojeniem i bujaniem w bluesowym stylu. Jest zdecydowanie do czego potupać nóżką: do przebojowego X-Ray Visions (który przy okazji zawiera niezłą zabawę koncertową konwencją, kiedy Neil Fallon przedstawia cały skład za pomocą ich znaków zodiaku), nie mniej tanecznego Firebirds czy totalnie rozhuśtanego A Quick Death In Texas. A to dopiero trzy pierwsze kawałki, nie licząc intra. Podobnie jak na Earth Rocker, w środku uplasowała się też bardzo nastrojowa ballada w westernowym klimacie – Our Lady Of Electric Light. Dzikiego zachodu jest tu zresztą więcej, a przebija się najbardziej w Son of Virginia, który zamyka płytę w naprawdę mocarnym stylu.
To prawdopodobnie najlepszy album Clutch od czasów Blast Tyrant i już teraz czuję, że zapamiętam go na długo. Jest strzałem w ryj dla każdego, kto uważa stoner za czerstwy gatunek, w którym nie ma już nic nowego do powiedzenia, ale w przypadku Clutch to akurat standard – na tę markę można zawsze liczyć.



Kylesa – Exhausting Fire


To z kolei ciężka sprawa. Kylesa zmienia styl praktycznie z każdym kolejnym albumem i nie mogę się oprzeć wrażeniu, że jest to równia pochyła, której kąt mocno się zaostrzył w przypadku ostatniego dzieła. O ile poprzedni album, eksperymentalny Ultraviolet, był dla mnie początkowo ciężkostrawny, to jednak pozostawał na swój sposób intrygujący. Na Exhausting Fire nie intryguje mnie za to kompletnie nic i piszę to z tym cięższym sercem, że ta płyta była jednym z moich pewniaków.
Żeby zbytnio nie dramatyzować zacznę od pozytywnych stron. Jest tu parę dobrych momentów i zalicza się do nich otwierający Crusher, przecinany ładnymi czilautowymi wstawkami, a także wyjątkowo radiowy Out Of My Mind. Mocne, chociaż nie do końca przekonujące są też Lost And Confused i Shaping The Southern Sky, w którym pojawia się próba tripowania w pinkflojdowym stylu, ale dosyć miałko rozegrana. Prócz tego da się stąd wygrzebać jakieś pojedyncze, ciekawe riffy, jednak jako całość płyta wypada raczej słabo. Kawałkom stanowczo brakuje większego kopa, przez co wszystko wydaje się być strasznie rozmyte, a dobrze obrazuje to wepchnięty na sam koniec cover Paranoid Black Sabbath. Covery Kylesy zawsze mi się podobały, ale ten nie wyszedł im najlepiej, bo został zupełnie pozbawiony swojej motoryki, która była jego największą zaletą.
Ciężko mi nawet określić jaki gatunek muzyki jest dominujący na tym albumie. To z pewnością nie jest już crust ani nawet sludge rodem z genialnego Static Tensions, bardziej jakiś psychedelic pop-sludge. Zwyczajnie za mało Kylesy w Kylesie. Nie wiem jakie są przyczyny takiego stanu rzeczy, ale spore znaczenie ma na pewno fakt, że od ostatniej płyty ich skład zmniejszył się o basistę i jednego bębniarza, a wiadomo, że co dwie perkusje to nie jedna.
Exhausting Fire miał być powrotem do prostych riffów i piosenek w stylu Spiral Shadow, jednak drugi raz taka sztuka się nie udała. Może coś mi się jeszcze odmieni, ale jak na razie płytka nie spełnia moich oczekiwań. Wielka szkoda.



Death Grips – The Powers That B, Disc 2: Jenny Death


Teraz coś na przetyranie zwojów mózgowych. Dla niewtajemniczonych: to muzyka zbyt hipsterska nawet dla hipsterów, na którą składa się obłąkańczy rap, agresywna perkusja i surrealistyczne sample. Nie jest łatwo się przekonać do Death Grips, ale zdecydowanie warto, bo za fasadą ich ciężkostrawnej formy kryje się naprawdę mocna treść. Grupa znana jest z nieprzewidywalnych akcji, takich jak ogłoszenie rozpadu w zeszłym roku (co okazało się nieśmiesznym trollingiem), niedługo po wydaniu pierwszej części z planowanego dwupłytowego albumu The Powers That B. Można było mieć wątpliwości czy druga część – Jenny Death – w ogóle się jeszcze pokaże. Wyszła w końcu po paru miesiącach opóźnienia, ale warto było na nią czekać.
Najpierw jednak parę słów o poprzednim materiale. Wydany prawie rok wcześniej Niggas On The Moon jest najbardziej abstrakcyjnym albumem Death Grips, opartym wyłącznie na zapętlonych samplach z Björk. Poziom awangardowości jest tu na tyle wysoki, że dla mnie płyta jest praktycznie niesłuchalna – po jednym razie mam dosyć i nie czuję specjalnej potrzeby wracania do tych kawałków. Miałem w związku z tym pewne obawy co do kształtu drugiej części The Powers That B, ale okazało się, że Jenny Death to jej zupełne przeciwieństwo. To bardzo przystępna płyta jak na standardy tego zespołu.
Na Jenny Death jest głośniej i agresywniej niż zwykle, ale też dużo bardziej piosenkowo. Słychać to już w otwierającym I Break Mirrors With My Face In The United States, który daje dobry obraz tego, co dzieje się na całej płycie: masa hałaśliwej elektroniki, bezkompromisowej energii i wrzeszczącego MC Ride'a. Poza tym to pierwszy album Death Grips, na którym pojawiają się ciężkie gitarowe riffy, nadające niektórym kawałkom (Beyond Alive, Centuries Of Damn) mocno rockowe brzmienie. Jest też sporo mieszania gitar z brutalną elektroniką, przykładowo w postaci Why A Bitch Gotta Lie, przez co pojawiały się już opinie, że panowie za bardzo zasłuchali się w zespołach typu Atari Teenage Riot. Nie da się ukryć, że Death Grips nabiera tutaj cech hc/punk rocka, ale zaskakująco dobrze się to sprawdza w połączeniu z ich dotychczasowym stylem. W tekstach jest równie panczurowo – dominuje nihilizm, śmierć, narkotyki i pogarda dla społeczeństwa, a dodatkowo przez cały album przewija się też temat depresji, który osiąga punkt kulminacyjny w mistrzowskim On GP. Ten utwór jest wyjątkowy chociażby ze względu na niespotykaną dotąd piosenkowość, bo działają tu niemal wyłącznie żywe instrumenty: gitary, klawisze i do tego szalejący na garach Zach Hill. Kawałek jest mocno inspirowany garażową psychodelią z lat 60, co w połączeniu z rapsami daje piorunujący efekt. Równie srogi jest tekst – osobisty wywód Ride'a o zmęczeniu życiem i myślach samobójczych, który zdaje się być wykrzyczany całkowicie na poważnie i bez żadnej ironii. Wzbudza ciary. Na zakończenie mamy jeszcze instrumentalny Death Grips 2.0, którego tytuł zdaje się sugerować, że nadchodzi nowa, „post-rozpadowa” faza zespołu. Jeśli to nowe oblicze miałoby brzmieć tak jak Jenny Death, to jestem bardzo za, ale w ich wypadku niczego się nie można być pewnym.
Ciężko mi traktować The Powers That B jako jedną całość, zwłaszcza że nie wiem na czym ma polegać ta idea dwupłytowości. Sama w sobie Jenny Death jest jednak świetnym albumem i jedyne czego bym sobie życzył ze strony Death Grips to więcej takich miłych zaskoczeń, zamiast zjadania własnego ogona w stylu Niggas On The Moon.



Dorthia Cottrell – Dorthia Cottrell


Dorthia Cottrell, znana do tej pory jako wokalistka doomowego Windhand, wypuściła w tym roku swój debiutancki solowy album. Dla odmiany nie ma tu ani odrobiny metalu, jest za to sporo folku, country i bluesa – niby nic specjalnego, ale to bardzo przyjemnie brzmiąca płyta, pod wieloma względami dużo ciekawsza od tegorocznego Windhand.
S/T jest zbiorem akustycznych ballad, mocno osadzonych w klimatach amerykańskiego Południa, a tym co je wyróżnia od bardziej tradycyjnego country jest ponura, a nawet cmentarna atmosfera. Są to piosenki, które nagromadziły się w szufladzie pani Cottrell przez całe lata (najstarszą, Gold, napisała jako nastolatka), co nie umniejsza ich jakości – to zwyczajnie ładne kompozycje. Gatunkowo dosyć urozmaicone, od utworów brzmiących niemal jak akustyczny doom (Cemetery Song, Oak Grove), przez folk (Moth), popowe ballady (Maybe It's True) aż po bardziej standardowe country (Perennial). Prócz utworów własnego autorstwa na płycie znalazły się też dwa covery, w tym zwłaszcza jeden wskazuje na główne źródło inspiracji Cottrell. Mowa o Rake, którego autorem jest Townes Van Zandt, amerykański pieśniarz i straszny smutas. Całkiem popularny w kręgach muzyków z ciężkich brzmień, bo za jego kompozycje brali się już m.in. Mike Scheidt (YOB), Nate Hall (USX) i John Baizley (Baroness). Rake to dosyć oczywisty wybór, bo to jeden z najbardziej znanych utworów Townesa, coverowany już miliony razy, co nie zmienia faktu, że jest naprawdę świetnym kawałkiem (także w wykonaniu Cottrell) i zarazem jednym z mocniejszych punktów tej płyty.
To solidny debiut, choć żeby w pełni go docenić trzeba wczuć się w klimat nocy spędzanej przy ognisku na zapomnianym przez Boga amerykańskim pustkowiu, w otoczeniu kojotów i czaszek bizonów. Bez wątpienia czuć w tej muzyce doomową atmosferę i jest ona nawet bardziej namacalna tutaj niż na płycie opisanej poniżej.



Windhand – Grief's Infernal Flower


Trochę jestem zawiedziony, bo Windhand to obecnie jeden z najciekawszych zespołów grających doom metal, z trzema albumami na koncie. Zarówno debiut, jak i następna w kolejności Soma są doskonałymi przykładami umiarkowanie posępnej muzyki, charakteryzującej się z jednej strony ładnymi melodyjkami, a z drugiej łamiącym kości ciężarem. Nie wiem czy po tych dwóch wybornych płytach wyczerpała się formuła, zabrakło zielska, czy to tylko moje chwilowe zniechęcenie doomem, ale Grief's Infernal Flower mnie nie zachwyca.
Początek jest dobry: Two Urns mógłby z powodzeniem znaleźć się wśród kawałków z pierwszej płyty, bo zawiera odpowiednią dawkę windhandowej piosenkowości, przy zachowaniu potężnego brzmienia. Podobnie sprawa ma się z Forest Clouds, który jednak znałem i przemieliłem milion razy już wcześniej, bo pojawił się rok temu na splicie z Salem's Pot. Co prawda splitowa wersja podoba mi się dużo bardziej, ale w tej postaci utwór też się broni i pozostaje moim niekwestionowanym faworytem. Dalej jest jednak gorzej. Brakuje ładnych melodyjek, riffy nie przykuwają uwagi (zwłaszcza w rozwlekłym Kingfisher pod koniec) i wszystko jest zagrane jakby bez polotu. Całości nie ratują nawet dwie akustyczne balladki przemycone tu przez panią Cottrell, bo są wyraźnie słabsze od materiału z jej solowej płyty. Nawet okładka tej płyty jest nędzna. To typowa, stara szkoła doomowych okładek, która może się podobać miłośnikom kiczu, no ale, na Boga, trochę wstyd czymś takim okraszać muzykę w 2015 roku, zwłaszcza jeśli porówna się ten obrazek do okładki Somy.
Pewnie dam jeszcze tej płycie szansę, ale nie spodziewam się, żeby moja opinia na jej temat się znacząco zmieniła. To stanowczo nie ten poziom okultystycznych doznań co poprzednie albumy. Siadaj, Windhandzie. Trója.



The Soft Moon – Deeper


Chłód, ciemność, osamotnienie i atmosfera jak z koszmarnej, futurystycznej antyutopii. To takie pierwsze skojarzenia, które nasuwają mi się w związku z muzyką Luisa Vasqueza, stojącego za projektem The Soft Moon. Nieczęsto sięgam po jego płyty, bo wymagają jednak odpowiedniego nastroju, ale kiedy już nachodzi mnie ochota, to zagłębiam się w nie z prawdziwą przyjemnością. Trzecie wydawnictwo jest o tyle mocniejsze od pozostałych, że The Soft Moon schodzi tutaj w mrok jeszcze bardziej niż dotychczas, nie tracąc przy tym swojego wiksiarskiego pierwiastka.
Podnieciłem się słysząc już pierwszy zapowiadający album singiel, którym był Black – kawałek zbudowany na monotonnym, wyrazistym rytmie i miażdżąco ciężkim klimacie. Oczekiwałem równie mocnej całości i nie zawiodłem się. Deeper to bardzo dobra płyta, która wśród gęstej, pesymistycznej atmosfery przemyca całkiem sporą ilość tłustych bitów. Do takich bardziej tanecznych numerów można zaliczyć rozpędzony Far, stawiający na elektronikę Wrong czy Desertion, który w warstwie rytmicznej przywodzi na myśl typowo klubową muzykę. Z drugiej strony pojawiają się utwory akcentujące silniej sam klimat, a wśród nich wybijają się Wasting i Without. Świetnym zwieńczeniem albumu jest Being, ładnie budujący napięcie. Niemałą rolę odgrywa w tym głos Vasqueza, który przechodzi od szeptu do wrzasku, tonącym na koniec w ścianie hałasu, przy czym ostatnie trzy minuty to już tylko jednostajny szum. Widać tu pewne ciągoty do noise'u i nie miałbym nic przeciwko, gdyby na kolejnych nagraniach znalazło się go więcej, bo dobrze uzupełnia te zimnofalowe ramy.
Do niedawna sądziłem, że post-punk i darkwave to kompletnie nie moja bajka, ale od każdej reguły znajdzie się wyjątek, a dla mnie czymś takim jest właśnie The Soft Moon. Krótko mówiąc: świetna płyta, chcę więcej.



Powyższy zestaw to oczywiście niewielka część z nowości, o których chciałbym napisać, ale wątpię czy uda mi się wykrzesać jeszcze jakieś szersze „recenzje”. W każdym razie nie jest to ostatni wpis w tym roku, bo szykuje się wreszcie ciekawe wydarzenie, z którego postaram się spisać wrażenia. Najwyższy czas, bo jestem mocno wyposzczony pod względem koncertów.

niedziela, 1 listopada 2015

Set the controls for the heart of the Sun

Odkurzam bloga przy okazji smutnej wieści, która obiegła niedawno stonerową część internetów: Rutger Smeets, gitarzysta i wokalista holenderskiego Sungrazera popełnił samobójstwo. Rzadko kiedy porusza mnie śmierć nieznanych mi osobiście osób, ale w tym wypadku naprawdę posmutniałem. Sungrazer był jednym z zespołów, poprzez które wkręciłem się w cięższą odmianę psychodelii i przez długi czas pozostawał moją najulubieńszą kapelą. Do tego stopnia, że z ich nazwy zapożyczyłem sobie nick, którego używam teraz w większości miejsc w internetach. Już dawno powinienem był poświęcić im parę słów, więc teraz postaram się to nadrobić. Szkoda tylko, że przy takiej okazji.

Sungrazer



Można powiedzieć, że jarałem się nimi od samego początku, bo o ich istnieniu dowiedziałem się zaraz po tym, jak wypuścili debiutancką epkę. Wygrzebałem ją na blogu Stonerobixxx (który swego czasu robił naprawdę dobrą robotę w promowaniu nowych zespołów) i od razu przypadła mi do gustu. To było pięć lat temu, kiedy moje zainteresowanie stonerem, psychodelią i różnymi pochodnymi gatunkami wkraczało w fazę poważniejszego rozwoju, a odkrycie takiej petardy tylko umocniło mnie w tej fascynacji. To było coś świeżego – potężne i smakowite riffy przy jednocześnie dużej dawce psychodelicznych odlotów, a wszystko to okraszone nutą krautrocka. Stonerowy piach był tutaj raczej inspiracją niż wyznacznikiem stylu. Nieprzypadkowo sungrazerowe płyty ukazały się nakładem wytwórni Elektrohasch, bo celuje ona właśnie w takich brzmieniach. Można tylko żałować, że pozostawili po sobie tak mało albumów – zaledwie dwa i pół. Sungrazer zakończył działalność po czterech latach istnienia, a mimo to zdołał się wybić ponad przeciętność, wykreować swój własny styl i zdobyć całkiem sporą popularność na europejskiej scenie. A motorem napędowym tego wszystkiego był właśnie Rutger.



Sungrazer (2010)

Mocny kop na rozpęd to jest to, co lubię w debiutach. Na ten album składa się pięć kawałów (sześć w bardziej oficjalnej wersji), z czego każdy jest hiciorem na wagę złota i ciężko mi nawet wyróżnić któryś z nich – wszystkie darzę bezgraniczną miłością. Mamy więc Zero Zero, balansujący między rozleniwionym basem a cięższymi wstawkami; żywiołowy stoner w postaci Common Believer; If, zapuszczający się na kosmiczne wertepy; wyciszony Somo, który pod koniec atakuje znienacka miażdżącym riffem; a na dokładkę rozbujany Mountain Dusk, oparty na wpadającej w ucho melodii (wiele bym oddał, żeby usłyszeć na żywo wersję z saksofonem). W oficjalnym wydaniu pozmieniano trochę kolejność i dodano jeszcze instrumentalny Intermezzo, który przełamał nadmiar riffów ambientowym jazzikiem. Już na tej płytce wyklarował się styl Sungrazera, przeplatający psychodeliczny czilaut ze stonerem, chociaż jak na moje ucho to właśnie riffy stanowią tutaj główną atrakcję. Czuć, że S/T, jak przystało na porządny debiut, jest spontanicznym zbiorem ładnych piosenek napisanych z pasji, a nie wielogodzinnych rozkmin, i to jest też jego siłą.
Niewiele więcej mogę powiedzieć o tym albumie niż tylko tyle, że jestem w nim zakochany, bo idealnie wpasowuje się w mój gust. Spośród garstki nagrań Sungrazera to właśnie te pierwsze pozostają moimi ulubionymi.



Mirador (2011)

Drugi album wyszedł już rok o debiucie, co świadczy tylko o tym, że grupa ciągle miała sporo świeżych pomysłów. Teoretycznie powinienem być zachwycony, bo był to okres mojej największej podjary Sungrazerem, ale jednak nie łyknąłem tej płytki od razu. Musiałem przekonywać się do niej trochę dłużej głównie z tego względu, że panowie położyli tutaj większy nacisk na tripowanie, a łatwo przyswajalne riffy zeszły na drugi plan. Do totalnie krautowego odcięcia od rzeczywistości jeszcze sporo brakuje, niemniej jednak Mirador nie jest już taki przystępny jak pierwsza płyta.
Dobrze obrazuje to otwierający Wild Goose, w którym niby przewija się cięższy refren, ale mam wrażenie, że jest on raczej dodatkiem do luźnego tripu. Jedynym czysto stonerowym hiciorem jest Octo, od początku do końca napieprzający dziarsko gitarami. Inna sprawa, że to zarazem najkrótszy kawałek w tym zestawie. W podobnym stopniu riffowy, tyle że z przewagą basu, jest też Goldstrike, wypełniony raczej ponurym grunge'em, z dodatkiem przebojowych momentów. Ominąłem Sea, stosunkowo ciężki numer z ostrymi fragmentami przecinającymi pływanie, z falującym basem jako punktem wspólnym. Abstrahując od tekstu, tytuł idealnie pasuje do treści. Najdłuższy i jednocześnie najbardziej tripowy jest Behind, niezwykle czilautowy utwór, który ożywia się dopiero pod koniec, przy czym atakuje wtedy już naprawdę żywiołowo i z psychodelicznym zacięciem. Dochodzimy do sedna – tytułowy Mirador jest moim zdecydowanym faworytem, bo zawiera w sobie wszystko co najlepsze, w zrównoważonych proporcjach: snujący się bas, szaloną psychodelię, przesmakowite riffy i domieszkę kosmoszmerów. Cudo. W perfekcyjny sposób zamykałby całość, gdyby nie jeszcze jeden piosenkowy jam w postaci 34 & More..., który co prawda bardzo lubię, ale wydaje się być wciśnięty trochę na siłę. Poza tym warto dodać, że prócz wyraźnego spadku tempa, płytka charakteryzuje się bardziej wyciszonym i stonowanym wokalem. Dzięki temu całkiem dobrze wplata się on w muzykę jako jeden z instrumentów, tym bardziej że taka właśnie z reguły jest rola wokalu w stonerze.
Teraz, kiedy przesłuchuję sobie ten album po pewnym czasie, widzę wyraźnie, że jest dojrzalszym i nieco bardziej przemyślanym dziełem od debiutu. Ma o wiele bardziej otwartą strukturę i „płynną” zawartość, w efekcie czego jest oczywiście mniej hiciorowy, ale nadrabia to innymi zaletami. Gorzej, że jest też ostatnim pełnoprawnym wydawnictwem Sungrazera.



W ich dyskografii kryje się jeszcze jedna półpłyta, ale zanim do niej przejdę, pozwolę sobie wtrącić parę osobistych wspomnień.
W październiku 2012 roku wydarzyło się coś niebywałego – Sungrazer zawitał do Polski na dwa koncerty, we Wrocławiu i Warszawie, a ja postanowiłem wybrać się na ten drugi. I była to jedna z moich lepszych życiowych decyzji, bo więcej okazji, żeby ich zobaczyć w naszym kraju już nie było.
Rzecz działa się w nieistniejącym już Fonobarze, który był ulokowany w bodajże najbardziej zadupiastej części centrum Warszawy. Klub nieco spelunowaty, ale do takich mało obleganych imprez (wpadło może ze 30-40 osób) nadawał się w sam raz. Przed główną gwiazdą wieczoru zagrał Palm Desert, typowy stoner, rżnący od Kyussa aż miło, co nie zmienia faktu, że słuchało się ich bardzo przyjemnie. Polubiłem ich właśnie dzięki temu koncertowi, co można uznać za dodatkową zaletę mojego wypadu.
W końcu pojawił się wyczekiwany przez lud Sungrazer. Niewiele już pamiętam z setlisty, ale wiem jedno: bawiłem się wyśmienicie. Przewijały się głównie kawałki z Mirador (Wild Goose, Behind), ale pojawił się też Common Believer, przedpremierowo Dopo i nieopublikowany nigdzie jam, brzmiący jak wesoła improwizacja. Ogółem całkiem zbalansowany set, który pozwalał zarazem wytrzepać trochę łupieżu i pobujać się przy luźniejszych fragmentach. Ważniejszy był jednak dla mnie sam fakt zobaczenia na żywo ulubionego zespołu, co jest doświadczeniem nie do przecenienia, co potwierdzi każdy, kto posiada swojego muzycznego faworyta. Tym bardziej, że panowie dali z siebie wszystko, nie zważając na frekwencję. Świetny koncert i pozostaje mi tylko żałować, że to była jednorazowa przyjemność.


The Machine & Sungrazer (2013)

Ich ostatnim wspólnym dziełem jest split z The Machine (nie tych od Florence), wypuszczony w 2013 roku. Obie grupy łączy nie tylko kraj pochodzenia i wytwórnia, ale też podobny styl grania, z dużą zawartością jammowych tripów. Ciężko mi sobie wyobrazić lepsze połączenie. Ogólnie nie przepadam za splitami, bo rzadko kiedy trzymają równy poziom i któryś z zespołów jest bardziej dominujący, ale w tym wypadku wszyscy panowie spisali się na medal.
Płytkę rozpoczyna The Machine, oddając w Awe salwę potężnych riffów, którą rozcina szalona improwizacja. Dalej jest jeszcze bardziej dynamicznie, bo Not Only zahacza nawet o panczurowe klimaty, a tempo zwalnia dopiero w Slipface, który co prawda rozpoczyna się ciężką frazą, ale zaraz potem przechodzi do psychodelicznego pływania. Sungrazer nie pozostaje im dłużny i rusza wolnym krokiem w Dopo, depcząc wszystko na swojej drodze jednym riffem, z dodatkiem soczyście kwaśnych wstawek. Znacznie więcej przestrzeni i psychodelii jest w Yo La Tengo, w dużej mierze improwizowanym, z kolei na zakończenie mamy tytuł, który mówi sam za siebie – Flow Through A Good Story. Piaszczysty rock w duchu wczesnego QOTSA zamyka historię Sungrazera, w ładnym stylu powracając do źródła ich muzycznych inspiracji – pustyni.



Niedługo po wypuszczeniu splitu Rutger zamieścił na fejsie przykrą dla fanów wiadomość. Nie widział już dalszej przyszłości dla grupy i postanowił ją opuścić, co zarazem oznaczało zakończenie jej działalności. Prawdopodobnie już wtedy zmagał się z depresją, która ostatecznie go pokonała. O ile do niedawna można było sobie jeszcze robić nadzieje na jakiś reunion, to teraz już wiadomo, że nie ma na to szans.
Na tym mógłby się zakończyć opis ich działalności, gdyby nie jeszcze jedna płyta, wydana w kwietniu tego roku. Pobocznych projektów, w których odnaleźli się członkowie grupy jest co prawda więcej, ale w mojej opinii tylko ten jeden zasługuje na uwagę, tym bardziej, że to właśnie w nim uczestniczył Rutger.


Cigale – Cigale (2015)

Uwielbiam sytuacje, kiedy znikąd pojawia się świetny zespół i zachwyca już pierwszym materiałem. Ale z takim gitarzystą nie mogło się nie udać. Cigale to znacznie lżejsza muzyka, plasująca się gdzieś na pograniczu psychodelii, dream popu i alternatywy, ale ma też charakterystyczny sungrazerowy posmak, w stylu tripowych fragmentów z Mirador. Rutger zajął się tutaj wyłącznie gitarą, zostawiając wokal koleżance, i wyszło to korzystnie, bo jej głos świetnie dopełnia oniryczne dźwięki.
Płyta ma raczej melancholijną atmosferę, przebijającą się zwłaszcza w Grey Owl i Random Day. Momentami gitara atakuje ostrzej, jak np. w końcówce Steeplechase czy bardzo pustynnym Feel The Heat, i w tych właśnie kawałkach najmocniej czuć brzmienie Sungrazera. Cięższe fragmenty nie burzą jednak spójnego, nieco sennego klimatu, bo wszystko zdaje się tu swobodnie płynąć, dając w sumie bardzo ładny obraz łagodnego oblicza psychodelii.
To niezwykle solidny i zarazem smutnawy album. Nie tylko w kontekście samej muzyki, ale także dlatego, że jest zapisem ostatnich gitarowych tripów Rutgera. Dalsze losy Cigale stoją na razie pod znakiem zapytania, jednak mi do szczęścia wystarczy ta jedna płyta i chyba nawet wolałbym ją widzieć jako jednorazowy projekt.



Na zakończenie muszę wrócić jeszcze do postaci, której poświęcona jest ta notka. Dziwna sprawa, bo odczułem jego stratę, mimo że nie znałem go osobiście i mogę go oceniać jedynie przez pryzmat muzyki, którą tworzył razem z kolegami z zespołu. Ta muzyka była jednak dla mnie czymś wyjątkowym i dostarczała mi wielu pozytywnych wrażeń, trafiając w mój gust jak mało która. Fakt faktem, niezwykle klimatyczna psychodelia w jego wykonaniu to było coś naprawdę pięknego i pocieszające jest, że raz zapisana twórczość żyje wiecznie.
Wypada mi więc powiedzieć tylko jedno: dzięki za wszystko, Rutger. Mam nadzieję, że po drugiej stronie jest ci lepiej.

 Rutger Smeets (1977-2015)