środa, 15 kwietnia 2015

Fresh tendrils – 2015 (1)

Jak zwykle wracam do pisania po dłuższej przerwie i jest już na to najwyższy czas, bo nowego materiału, o którym mógłbym naskrobać coś pozytywnego, nazbierało się całkiem sporo. Pod względem muzycznym ten rok zaczął się tak dobrze, że trochę się boję co będzie dalej. Dzisiejszy odcinek sponsorują literki L, S i D, czyli zestaw nastawiony głównie na psychodelię, ale następnym razem będzie dużo bardziej urozmaicony. Dla odmiany tym razem też trochę ubolewania nad płytami, które nie spełniły moich oczekiwań. Standardowo jednak na początek parę rarytasów:


Mondo Drag – Mondo Drag


Pięć lat po wydaniu debiutanckiego albumu Mondo Drag wrócił niespodziewanie z nowym materiałem. Przyznam się szczerze, że zdążyłem już trochę o nich zapomnieć i nawet nie liczyłem z ich strony na coś nowego, chociaż New Rituals słuchałem swego czasu bardzo namiętnie. S/T to dopiero druga płyta w dorobku amerykańskich kwasożerców, a powodem takiej długiej przerwy może być fakt, że basista i perkusista tej grupy przenieśli się w międzyczasie do Blues Pills, gdzie z powodzeniem grają w podobnych klimatach. Nowych członków Mondo Drag znalazł w Oakland i w tym składzie nagrał album, który w niczym nie jest gorszy od debiutu (chociaż zdecydowanie krótszy). W dalszym ciągu to bardzo przyjemna psychodelia, stylistycznie mocno nawiązująca do lat 70.
Tym, co najbardziej rzuca się w uszy przy obsłuchiwaniu tej płyty, jest cieplutkie brzmienie, które chyba w największej mierze jest zasługą organów Hammonda. Charakterystyczne plumkanie klawiszy jest standardowo okraszone sporą ilością riffów i gitarowych improwizacji, z czego te ostatnie pojawiają się głównie pod koniec albumu. S/T w zasadzie można podzielić na dwie części, gdzie pierwsza jest nastawiona na mocne łojenie, natomiast w drugiej przeważają nieco spokojniejsze kwasowe odloty w kosmos. Dobrze obrazuje to środkowy utwór, Plumajilla, jak dla mnie najmocniejszy punkt albumu. Jego pierwsza połowa jest zdominowana przez ciężkie riffy, wyciszające się nagle po trzech minutach, po których następuje spokojny, wiejący nostalgią odpływ, na sam koniec znowu nabierający mocy. Na podobnej zasadzie skonstruowana jest całość. Z pierwszych kawałków wybijają się Zephyr i The Dawn, przy czym ten drugi jest najbardziej przebojowy i czuć od niego starą, garażową psychodelią. W dalszej części płyty jest sporo eksploracji, trochę mniej przykuwającej uwagi, ale bardzo przyzwoicie zagranej. Ciekawą budowę ma jeszcze ostatni utwór, Snakeskin. Rozkręca się powoli, w nieco bluesowym klimacie, przechodząc stopniowo z kwasowego pływania do ładnych riffów i tym też akcentem spina klamrą cały album.
Mondo Drag udowodnił, że ma jeszcze sporo do powiedzenia w temacie psychodelicznego rocka i jeśli następną płytę wyda za kolejne pięć lat, to i tak będzie warto czekać.



Elder – Lore


Amerykański Elder, najcięższy w tym zestawie, praktycznie na każdej płycie gra trochę inaczej. Ich styl ciągle się rozwija i zdążył już przejść całkiem sporą przemianę: od doomowych walców, przez stonerową, ciężką psychodelię, a kończąc na rozbudowanych, kwaśnych improwizacjach, zahaczających nawet o prog. Coraz mniej w tym riffów, za które najbardziej ich ceniłem, a coraz więcej figlowania, ale nie ukrywam, że taka postać rzeczy całkiem mi odpowiada. Jakkolwiek by nie grali, są świetni w tym co robią i ich trzeci album jest tego potwierdzeniem.
Na pierwszy rzut ucha Lore to kolejna psychodeliczno-stonerowa uczta, ale tym razem z większym naciskiem na psychodelię. Otwierający album Compendium jest najbardziej zbliżony do stylu wypracowanego na Dead Roots Sirring, bo główną rolę pełni tu mocarny riff przewodni. To 10 minutowe wprowadzenie daje niezłego kopa na rozpęd, chociaż jest nie do końca reprezentatywne w stosunku do całości. Dopiero zagłębiając się w dalsze rejony płyty można w pełni docenić odmalowane przez Elder krajobrazy i poświęcić się ich eksploracji. A jest co eksplorować, bo w trakcie tej godzinnej podróży widoki zmieniają się na okrągło, za sprawą zmiennego tempa i gitar nastawionych na improwizacje. Co prawda ciężkie riffy też przewijają się tu bez przerwy, ale to jammowanie pełni dominującą rolę, co trochę przybliża Elder do zespołów typu Black Bombaim czy Earthless. To z pewnością nie jest płyta na jedno czy dwa przesłuchania, dzieje się tu na tyle dużo, że potrzeba więcej uwagi, żeby wyłapać wszystkie niuanse.
Poza otwieraczem najbardziej pozytywne wrażenie robi na mnie Legend – po raczej wolnym i melancholijnym wstępie przechodzi w drugiej połowie w tryb przebojowy i zdecydowanie bardziej dynamiczny. Tego typu kontrastów jest na płycie więcej, żeby wspomnieć tytułowy Lore z czilautowym wyciszaczem, rozdzielającym kawałek na dwie części. Świetny jest też Spirit At Aphelion, rozpoczynający się akustycznym intrem, a zakończony riffem, który zdaje się zmierzać do finalnego apogeum. Tyle tylko, że ono nie następuje, a całość zwyczajnie odpływa do krainy ciszy. Niesztampowe, jak zresztą cała ta płyta.
Warto jeszcze dodać, że we wszystkim tym czuć wyraźnie soczysty klimat fantasy, a Elder jest chyba jedynym znanym mi zespołem z rejonów stoner/psych, który gra coś takiego (ok, jest jeszcze The Sword). Uzyskanie takiego efektu bez uciekania się do kiczowatego folk metalu jest naprawdę niezłym osiągnięciem.
Mocno nakręcałem się na tę płytę i jestem wielce rad, że spełniła moje oczekiwania. Jak na razie to jeden z moich tegorocznych faworytów, nawet mimo zalewu dobrych albumów, takich jak ten opisany poniżej.



Föllakzoid – III


Chilijski krautrock. Jakkolwiek absurdalnie czy hipstersko by to nie brzmiało, to muzykę graną przez Föllakzoid najprościej można opisać właśnie w tych słowach. Nie wiem czy ci trzej goście z Andów są potomkami niemieckich emigrantów, ale czuć wyraźnie, że szwabska psychodelia z lat 70 jest im bardzo bliska. I pogłębia się to z każdą kolejną płytą.
III jest, jak sama nazwa wskazuje, trzecim z kolei wydawnictwem Chilijczyków, z najbiedniejszą jak do tej pory okładką, ale i najbardziej smakowitą treścią, chociaż dla wielu ludzi pewnie ciężkostrawną. Zacznę od tego, że Föllakzoid, chociaż nigdy nie grał typowych piosenek, z każdą płytą coraz bardziej odchodzi od standardowych form. Na poprzednich albumach pobrzmiewały space rockowe wojaże w krautowym duchu, oparte na powtarzaniu fraz i licznych improwizacjach, i chociaż same w sobie te kawałki były mocno transowe, to daleko im do poziomu zapętlenia, który słychać na III. To kolejny – i tym razem mocno radykalny – krok w stronę minimalizmu.
Główną rolę pełni tu rytm, wyrazisty i jednostajny, podkreślany za każdym razem przez pulsujący bas, a uzupełniany syntezatorowymi i gitarowymi wstawkami. Od czasu do czasu pojawia się też wokal, ale jest na tyle wkomponowany w tło, że pełni po prostu rolę kolejnego instrumentu. Mimo niewielu środków i oszczędnego korzystania z dźwięków panom udało się osiągnąć całkiem bogate brzmienie, a właśnie takie rzeczy ostatnimi czasy bardzo mi imponują, dlatego ten album urzekł mnie od pierwszego przesłuchania. Wypada jednak dodać, że ta płyta z pewnością nie należy do łatwo przyswajalnych. Może się wydawać strasznie monotonna, ale właśnie w tym hipnotycznym klimacie tkwi cały urok. Nakręcająca wszystko perkusja ma w sobie z jednej strony coś rytualno-mantrycznego, a z drugiej plemienno-szamańskiego. To bardzo pierwotna muzyka, która odwołuje się do korzeni praktycznie każdej kultury, z indiańskimi na czele. Pobudzanie wyobraźni przez wprawianie w trans jest nieodłączną częścią takiej obrzędowości, a Föllakzoid interpretuje ten temat na swój krautowy sposób.
Całość jest bardzo spójna i chociaż przedzielona ambientowymi przerywnikami na cztery części, to w rezultacie stanowi jeden długi, totalnie transowy trip. Czy to plemienny Earth czy powolny, mistyczny Piure, mają taki sam cel: sprawienie, żeby słuchacz poczuł się jak lama przemierzająca wszechświat na grzbiecie syntezatorowego kondora.
Więcej komentarzy chyba nie potrzeba. Wyborny album.



Dla przeciwwagi będzie teraz mały kącik narzekania. Z reguły nie piszę o rzeczach, które mi się nie podobają albo są nijakimi średniakami, bo szkoda mi na to czasu. Zrobię jednak wyjątek dla paru zespołów, które lubię, a których ostatnimi płytami nieco się rozczarowałem. Tyle dobrego, że jak na razie w tym roku nie ma takich rzeczy zbyt wiele.


The Prodigy – The Day Is My Enemy


Zespół-legenda, nikomu ich przedstawiać nie trzeba. Jak wiadomo The Fat Of The Land jest ich największym osiągnięciem i nikt raczej nie spodziewa się, że kiedykolwiek jeszcze zbliżą się do tego poziomu. Wiele zespołów posiada w swojej dyskografii taką jedną perełkę, ale to nie znaczy od razu, żeby na starcie przekreślać kolejne albumy. Chyba że spadają o parę stopni niżej. Po zaskakująco dobrym Invaders Must Die The Prodigy wypuścił bardzo przeciętną kontynuację tego stylu. Poprzednia płyta opierała się co prawda na prostych, chwytliwych melodyjkach, jednak czuć na niej było całkiem świeżą energię. Na The Day Is My Enemy nie ma ani jednego ani drugiego. Brakuje tutaj hiciorów, żaden kawałek specjalnie się nie wyróżnia (z ciekawszych: Wild Frontier, Get Your Fight On, Medicine), a całość sprawia raczej wrażenie wymęczonej na siłę. Niby fajnie, że panowie nadal mają chęci, żeby sklejać tłuste bity, ale wolałbym usłyszeć od nich bardziej dopracowany i pomysłowy materiał. Pewnie dam tej płycie jeszcze parę szans, chociaż nie przewiduję, żeby wkręciła mi się na dłużej. Mocny przeciętniak.



Turbowolf – Two Hands


Debiut Turbowolfa z 2011 jest dla mnie jedną z najlepszych płyt ostatnich lat. To zabójcze połączenie stonera, punku, psychodelii i elektroniki było czymś naprawdę świeżym, dlatego tym większy jest mój smuteczek, że drugi album nie powtórzył tego sukcesu (chociaż pewnie jestem jedną z nielicznych osób, które tak sądzą). Rozczarowania tą płytą obawiałem się od samego początku, kiedy pojawił się pierwszy singiel Solid Gold – przekombinowany, z masą niepotrzebnych efektów i dziwnym wokalem (początkowo myślałem nawet, że zamiast Chrisa śpiewa jakaś kobieta). Z kolejnymi przedpremierowymi kawałkami nie było lepiej i nawet po przesłuchaniu całości nie czułem, żeby coś mnie tu podniecało. Ich styl wyraźnie zmienił się na bardziej efekciarski i nie oparł się temu nawet najstarszy numer, American Mirrors. W wersji live brzmiał zarazem kwaśnie i ciężko, a na potrzeby płyty został odpowiednio „zepsuty” i dopasowany stylistycznie do całej reszty. Całość niby nadal opiera się na ładnych riffach, ale mam wrażenie, że wśród tych syntezatorów i efektów wyparowała gdzieś panczurowa energia, która była jedną z największych zalet Turbowolfa. Jeśli jednak nie zwracać uwagi na stylówę, to parę kawałków jest całkiem dobrze skomponowanych, a do moich „najmniej nielubianych” należą Good Hand, Twelve Houses i Pale Horse. Mimo wszystko jeśli tylko Turbowolf będzie grał gdzieś w okolicy, to bardzo chętnie się wybiorę, bo jestem pewien, że na żywo wszystko to brzmi znacznie lepiej.



Jak już wspomniałem, do następnego zestawu nowości postaram się wrzucić urozmaicone klimaty, w tym rapsy, folki i trochę lodowatej wiksy. Będzie ciekawie.