czwartek, 31 grudnia 2015

20:15

Kolejny rok dobiega końca i muszę przyznać, że pod względem muzycznym okazał się znacznie, znacznie lepszy od poprzedniego. Mnóstwo smakowitych albumów, wyborne debiuty, niesamowite zwroty akcji, wiele pozytywnych zaskoczeń! Mało tego, przeglądając różne tegoroczne toplisty dostrzegam jeszcze całą masę dobroci, która mnie ominęła. Oczywiście nie obyło się bez kilku(nastu) rozczarowań, ale o tym później. Teraz bez zbędnych przedłużeń crème de la crème deux mille quinze, czyli 20 płyt, które zdobyły w tym roku moje serce. Voilà:


20. The Machine – Offblast!
Zaczynamy od stonerowo-psychodelicznej maszyny, której tryby nieco przyrdzewiały od ostatniego wydawnictwa. Spodziewałem się czegoś więcej po tej płycie, chociaż nie mogę powiedzieć, że jestem rozczarowany. To raczej wrażenie, że będę musiał posiedzieć trochę więcej nad tymi riffami, żeby bardziej się w nich rozsmakować. Krótsze kawałki wypadają tu słabiej, ale za to potężne jammowe tripy w pełni rekompensują mi niedostatki.
Ulubione: Chrysalis (J.A.M.), Coda Sun, Come To Light



19. Seasick Steve – Sonic Soul Surfer
Ten dziad z gitarą to solidna marka. Jak zwykle serwuje porcję szorstkich piosenek, których nie powstydziliby się czarni pieśniarze z delty Mississippi. Niespecjalnie przekonują mnie ballady w jego wykonaniu, ale kiedy przychodzi do surowego, bagiennego bluesa czy nie
co bardziej rockowych numerów, to Steve staje na wysokości zadania. Ten album to żadna rewolucja, ale zwyczajnie kawał dobrego grania.
Ulubione: Roy's Gang, Dog Gonna Play, Barracuda '68



18. The Shrine – Rare Breed
Stonerowo-punkowa załoga nie zwalnia tempa. Rare Breed to kolejny dobry album, choć już nie tak ciekawy jak zeszłoroczny Bless Off – w porównaniu do niego jest tu trochę mniej kawałków zapadających w pamięć. Poza tym mam wrażenie, że w muzyce The Shrine jest coraz mniej szaleństwa i czerpania inspiracji z Black Flag, a coraz więcej popu. Większa przystępność mi jednak nie przeszkadza, na żywo i tak wychodzi z tego rozkurwiel.
Ulubione: Coming Down Quick, Death To Invaders, What's Left For Me


17. Dorthia Cottrell – Dorthia Cottrell
Nie samymi ciężkimi riffami żyje człowiek, co udowodniła pani Dorthia, wypuszczając zbiór ładnych folkowych piosenek w doomowym klimacie. I to bardziej windhandowych niż nowy Windhand. Szerszy opis.
Ulubione: Gold, Vessel, Moth







16. Mondo Drag – Mondo Drag
Psychodelia w bardzo klasycznym wydaniu, z brzmieniem wygrzebanym wprost z lat 70 (Hammond!). Świetny powrót po paru latach przerwy. Szerszy opis.
Ulubione: Zephyr, The Dawn, Plumajilla








15. The Soft Moon – Deeper
The Soft Moon dołożył do pieca jeszcze cięższym i mroczniejszym materiałem niż zazwyczaj. Lodowata post-punkowa atmosfera, a przy tym niepozbawiona tanecznego charakteru. Szerszy opis.
Ulubione: Black, Desertion, Being







14. Eat Static – Dead Planet / Human Upgrade
Coś z zupełnie innej beczki. Dawno już nie słuchałem elektroniki, więc z tym większym smakiem rzuciłem się na nowy Eat Static. To dwupłytowe wydawnictwo, z czego pierwsza część została poświęcona na tłusty psytrance, a druga na czilautowy psybient w stylu Shpongle. Jest tu cała masa kwaśnych i przebojowych hitów, chociaż ciężko przez nie przebrnąć za jednym zamachem – to bite trzy godziny muzyki. Dla miłośników ryjącej czerep wiksy obowiązkowa pozycja.
Ulubione: System Static, Dragon's Breath, Sea Of Dreams, Fistful Of Shekels, The Sacred Key Of Kalfu, Thoraxian


13. Mississippi Bones – Songs For The Rejects, Slackers & Rabble-Rousers / The Rejects Strike Back
Mam słabość do tej grupy. Nie dość, że muzycznie plasują się w preferowanych przez mnie rejonach rocka (hard/southern/stoner), to w tekstach poruszają nerdowskie tematy bliskie memu sercu. Ich nowy album wraz z uzupełniającą go epką to porządna dawka luzu, humoru i odniesień do fantastyki. Wystarczy wspomnieć, że na tapecie znaleźli się bohaterowie Star Treka w starciu z rzeczywistością portali społecznościowych, a to tylko jeden z wielu smaczków. Poza tym to proste granie, ale dostarcza mi zawsze dużo przyjemności.
Ulubione: Larry The Martyr, Logical Grace (An Automaton Hymn), Voyages Of The Starship Socialize, Digital Smoker


12. Magic Circle – Journey Blind
Ten zespół to dopiero niezły ewenement: hardcore'owcy, którzy grają lepszy klasyczny doom niż grupy od lat siedzące w tym temacie. Nie brzmią może wyjątkowo świeżo, ale na pewno mają talent do tworzenia świetnych szlagierów. I nie przeszkadza mi nawet odrobina heavymetalowej czerstwoty, bo i tak odruchowo podkręcam głośność, kiedy wchodzą tak ładne riffy jak w Lightning Cage. Magic Circle (Chryste, co za nazwa) w tej chwili zdecydowanie wybija się z całej masy retro-doomowego chłamu.
Ulubione: Journey Blind, A Ballad For The Vultures, Lightning Cage


11. All Them Witches – Dying Surfer Meets His Maker
Do niedawna nie miałem zbyt wielu doświadczeń z tym zespołem i dopiero teraz widzę ile mnie ominęło. Nigdy jeszcze nie słyszałem tak dobrego połączenia psychodelii z korzennym bluesem – amerykański klimat wręcz wylewa się z głośników. Srogie riffy przeplatają się tu z bluesowym pływaniem, przy czym tego drugiego zdaje się być nawet więcej, dzięki czemu album zyskuje mocno czilautowy wydźwięk. Powiew świeżości w temacie psychodelicznego rocka.
Ulubione: This Is Where It Falls Apart, Open Passageways, Blood And Sand / Milk And Endless Waters


10. Elder – Lore
Elder nie bez powodu króluje w tym roku w wielu toplistach. U mnie na miejscu 10., co nie zmienia faktu, że to naprawdę mocny album w kategorii stoner/psych. Mniej prog-rocka i byłoby idealnie. Szerszy opis.
Ulubione: Compendium, Legend







9. Kadavar – Berlin
Dzięki tej płycie ostatecznie przekonałem się do Kadavara. Panowie odpuścili sobie tym razem retro kwasy (które wychodziły im raczej średnio) i położyli nacisk na stonerowe riffy, co wyszło im zdecydowanie na dobre. Nie spodziewałem się, że są w stanie wykrzesać z siebie tak skoczne hity, a tych jest tu doprawdy zatrzęsienie. Wyszedł z tego naprawdę świetny album, dla mnie jeden z najlepszych jeśli chodzi o brzmienia inspirowane latami 60.
Ulubione: Thousand Miles Away From Home, Pale Blue Eyes, Stolen Dreams


8. Föllakzoid – III
To nie jest zwykła podróż w kosmos, to eksploracja hiperprzestrzeni przy dźwiękach analogowego trance'u. Szamańskie rytmy i krautrockowe figle – jak widać w muzyce nie ma ograniczeń. Szerszy opis.
Ulubione: Electric, Earth







7. Death Grips – Jenny Death
Najbardziej memogenna grupa świata wytoczyła ciężką artylerię w postaci mieszanki szalonych rapsów, digital hardcore'u i srogich riffów. Ostro mną sponiewierała. Szerszy opis.
Ulubione: I Break Mirrors With My Face In The United States, Beyond Alive, On GP






6. Left Lane Cruiser – Dirty Spliff Blues
Uwielbiam prostą, surową muzykę, a Left Lane Cruiser dostarcza mi tego aż w nadmiarze. Ich ósmy z kolei album to kolejna smakowita porcja riffów zatopionych w bluesowym bagnie: od totalnie brudnych i przyjaranych kawałków po piosenki pasujące w sam raz na redneckową potańcówę. Grupa jak zwykle czerpie pełnymi garściami z delta bluesa, dodając do tego tonę przesterowanego gruzu i panczurowego pazura. Sam miód. Ale kiedy ma się w arsenale diddley bow wykonany z deskorolki to nie można grać słabej muzyki.
Ulubione: Tangled Up In Bush, Heavy Honey, She Don't Care


5. Cigale – Cigale
Śliczny debiut, oparty na lekkostrawnej psychodelii i melancholijnej atmosferze. Śmierć Rutgera Smeetsa kładzie cień na ten album, ale tym bardziej warto zatopić się w tych kwaśnych tripach, bo więcej takich dźwięków już nie usłyszymy. Szerszy opis.
Ulubione: Steeplechase, Feel The Heat, Eyes Wide Shut






4. The Sword – High Country
Pomijany w tegorocznych zestawieniach, nowy Sword nie spotkał się z ciepłym przyjęciem dotychczasowych fanów. Ja jednak nie zaliczałem się nigdy do tego grona i ten album okazał się dla mnie pozytywnym zaskoczeniem. Dosyć niespodziewane przejście z klimatów stoner/doom do znacznie lżejszego retro rocka pokazało, że w tej materii zespół potrafi tworzyć wyśmienite kawałki. Na album składa się kilkanaście lekkostrawnych i przyjemnych dla ucha numerów, do tego w bardzo wakacyjnym klimacie. Rarytas dla fanów wąsatej muzyki.
Ulubione: Empty Temples, High Country, The Dreamthieves


3. Gay Paris – Ladies and Gentlemen, May We Present To You The Dark Arts
Australijczycy występujący pod tą niefortunną nazwą są jednym z moich najlepszych odkryć tego roku. Ujmujący poczuciem humoru i absolutnie luzackim podejściem do muzyki, są jedną z najbardziej pociesznych rockowych grup jakie znam. Ich granie opiera się na prostych kawałkach, oscylujących wokół hard/southern rocka z domieszką clutchowego akcentu, przy czym na nowej płycie pojawia się jeszcze motyw przewodni w postaci tytułowych The Dark Arts. Album jest po brzegi wypełniony chwytliwymi hiciorami, z których każdy jest potencjalnym niszczycielem parkietu. Niezmiernie chciałbym doświadczyć ich na żywo.
Ulubione: She Haunts Every Dance Floor, The Dirt Eaters, Ember Season


2. Marriages – Salome
Wspominałem już rok temu, że uwielbiam Emmę Ruth Rundle za jej piękne solowe piosenki. Teraz uwielbiam ją jeszcze bardziej. W ramach projektu Marriages (który szczycił się do tej pory tylko jedną epką sprzed trzech lat) wypuściła album pełen cudownie chłodnych utworów, tym razem w nieco cięższej, post-rockowej formie. Shoegaze'owe ściany bez przerwy przeplatają się z lżejszymi frazami, a wszystkiemu dodaje uroku mocny wokal pani Rundle i przestrzenna produkcja. Chłonę te dźwięki całym sobą.
Ulubione: The Liar, Skin, Contender




1. Clutch – Psychic Warfare
Nie mogło być inaczej. Każdy nowy Clutch automatycznie dostaje u mnie kredyt zaufania i tym razem czuję się w pełni usatysfakcjonowany. Psychic Warfare to powrót do solidnego rockowego łojenia, jakie panowie serwowali przed dziesięcioma laty, dorównujący takiemu kolosowi jak Blast Tyrant. Bez dwóch zdań jeden z najlepszych stonerowych albumów w ostatnim czasie. Szerszy opis.
Ulubione: X-Ray Visions, A Quick Death In Texas, Our Lady Of Electric Light, Son Of Virginia



Wiele dobrych płyt nie załapało się na moją ekskluzywną listę, więc pozwolę sobie teraz wspomnieć o kilku z nich. Na pewno warty wyróżnienia jest potężny sludge'owy strzał od High On Fire i równie ciężki album Ufomammut. Co do tego drugiego miałem początkowo wrażenie, że panowie raczej odtwórczo podeszli do sprawy, ale im dłużej słucham, tym bardziej się przekonuję do tej płyty. Spośród stonerowych albumów podobały mi się też nowe dzieła The Heavy Eyes i Ruby The Hatchet, oba na wysokim poziomie, a z bardziej psychodelicznych klimatów sporo miłych chwil spędziłem przy Rose Windows. Niezwykle ciekawie wygląda debiut With The Dead, przywracający doom metalowi blask (czy raczej: mrok) rodem z pierwszych płyt Electric Wizard. Na pewno będę wracał do tego albumu, a nie znalazł się w zestawieniu tylko dlatego, że trochę za późno się z nim zapoznałem. Podobnie sprawa wygląda z Baroness, odnośnie którego nie wyrobiłem sobie jeszcze zdania, ale z pewnością ich nowa płyta jest dużo bardziej strawna od poprzedniej i brzmieniowo bliższa pierwszym wydawnictwom, co zaliczam oczywiście na plus. Z mniej znanych rzeczy, gorąco polecam epkę Levitation Room – kawał wyśmienitej psychodelii w stylu retro. Równie dobrze wypadł debiut Void Cruiser – dawno nie słyszałem równie stonerowego stonera – czy też bardzo interesujący No Spill Blood, zgrabnie łączący noise rocka z syntezatorami. Jeśli już mowa o syntezatorach, to zastanawiałem się nad wrzuceniem do zestawienia płyty Gost (nie mylić ze słabiutkim Ghostem), która jest dowodem na to, że da się przekonująco grać metal wyłącznie przy użyciu elektroniki. No i na koniec, jedną z milszych niespodzianek okazała się dla mnie nowa Lanterna – niezwykle przyjemna dawka post-rockowego czilautu po dziewięciu latach przerwy.

Polska muzyka zasługuje na osobny akapit, ale w tym temacie jest już nieco mniej różowo. Akurat te albumy, na które nakręcałem się najbardziej, nieco rozminęły się z moimi oczekiwaniami, choć obiektywnie rzecz biorąc są to dobre, a nawet bardzo dobre materiały. Jednym z takich przypadków jest Ampacity. Ich drugi album to mocna space rockowa uczta, ale wolałem kiedy w ich graniu było więcej stonera, a mniej progresywnego figlowania. Niespecjalnie podchodzi mi też Weedpecker – zdaje się, że w trakcie nagrywania wypalono trochę za dużo zielska. Jedynka była idealnie zrównoważona pod względem ciężaru i obok psychodelicznego pływania znalazło się tam też miejsce na srogie riffy, natomiast dwójka to już niemal wyłącznie ambientowe pejzaże. Jest to co prawda ładna płyta i słuchałem jej wielokrotnie, ale ciągle mam wrażenie, że te kawałki są za bardzo rozmyte. Jak na razie średnio widzę nowy Belzebong, bo poza Diabolical Dopenosis nie ma tam już tak tłustych i wpadających w ucho doomowych hitów. Nie mam za to żadnych uwag do debiutu Snowida, bo dostałem dokładnie to, czego się spodziewałem – porcję szalonego pagan disco, okraszoną 8-bitowymi bitami i cudownie absurdalnymi tekstami.

Skoro już zacząłem narzekać, to dorzucę do zestawu jeszcze kilka zespołów, którymi się w tym roku rozczarowałem. O niektórych już wspominałem we wcześniejszych notkach, więc tylko dla przypomnienia: przekombinowany Turbowolf, miałki The Prodigy, rozjechany sludge'owy pop Kylesy i przynudzający Windhand. Poza tym zbyt popowy wydał mi się Royal Thunder, a z kolei Skye, po której właśnie oczekiwałem lekkostrawnego popu, za bardzo pojechała smutnawym ambientem. Mimo podjętych wysiłków nie porwały mnie albumy Goatsnake, Fuzz i King Dude'a, chociaż poprzednie płyty każdego z tych wykonawców bardzo mi smakowały. Żadnej rewolucji nie otrzymałem ze strony Ozric Tentacles, ale i tak jest lepiej niż na dwóch poprzednich albumach. Wybitnie słabe nagrania zaprezentował za to Boris, wydając za jednym zamachem trzy płyty. Szkoda, że ilość nie poszła w parze z jakością. Są jednak gorsze rzeczy: do przesłuchania nowego Ghost musiałem się wręcz zmusić i raczej do niego nie wrócę – w tym kiczowatym anturażu zaczęli już zjadać własny ogon. Podobnie jest z Horisont – na nich postawiłem już kreskę, bo najwyraźniej przestali ogarniać, w którą stronę ruszyć ze swoim retro graniem. Wyjątkowo biednie wypadł też powrót Faith No More. Niektóre projekty powinno się zostawić w spokoju, bo kaszaniaste reaktywacje tylko psują odbiór starych, dobrych płyt.

Wypada wspomnieć, że świat muzyki stracił w tym roku parę ważnych osób. O tej najważniejszej dla mnie pisałem już na blogu, natomiast pozostałe to nieco zapomniany B.B. King i pewien wąsaty pan z Hawkwind, który pewnie jeszcze długo będzie mnie prześladował na fejsie. Dokonania obydwu znam raczej wybiórczo, co nie zmienia faktu, że mieli spory wpływ na rozwój muzyki i choćby tylko za to należy się chapeau bas.

Na temat tegorocznych koncertów niewiele mam do dodania poza tym, co już opisałem na blogu, bo spośród większych imprez nie zamieściłem relacji tylko ze świetnego występu Crowbar w lutym. Pod tym względem to był dla mnie niezwykle ubogi rok, ale mogę mieć pretensje tylko do siebie, bo przynajmniej ze dwa dobre koncerty ominąłem z lenistwa. Nie zajrzałem też zupełnie na Soundrive, ale to akurat ze względu na nie wpasowujący się w mój gust repertuar. Nadal będę się łudził, że w następnej edycji pojawi się mniej hipsterska muzyka.

Boję się cokolwiek pisać na temat oczekiwań, bo większość rzeczy, na które liczyłem rok temu, nie wyszła po mojej myśli (a to ci niespodzianka...). Wystarczy wspomnieć, że reaktywacja Sixty Watt Shaman skończyła się szybciej niż się zaczęła i na nowy materiał od tej grupy nie ma już co liczyć. Inna sprawa z wiecznie żywym Church Of Misery. Szykuje się już nowy album, choć na ten moment to wielka niewiadoma po ostatnich przetasowaniach w składzie; liczę jednak, że będzie trzymał poziom ostatnich wydawnictw. Poza tym czekam głównie na parę rzeczy z naszego podwórka: nowe płyty Obscure Sphinx i Blindead, a także debiut The Heavy Clouds – mam szczerą nadzieję, że będę mógł umieścić je w kolejnej topliście.

Na zakończenie powiem tylko tyle, że chociaż nie nablogowałem się specjalnie w tym roku, to postaram się, żeby to ożywienie z ostatnich dwóch miesięcy pociągnąć dalej. Mam już pewne pomysły na kolejne notki, a czego jak czego, ale muzycznych tematów z pewnością mi nie zabraknie. Jeszcze podziękowania i wirtualne buziaki dla wszystkich, którzy regularnie tu zaglądają :* Wszystkiego smakowitego i samych pozytywnych zmian w nowym roku.

poniedziałek, 21 grudnia 2015

One ring to rule them all

Sprawa wygląda następująco: Noise Magazine ma, a raczej miał do niedawna stałą rubrykę o nazwie Winylmania, w której różni artyści prezentowali kompilacje swoich ulubionych kawałków na wyimaginowanej płycie. Zasady były proste: całość miała się zmieścić w 46 minutach, jak przystało na 12 calowego longpleja. Od ostatniego numeru Noise'a pozbyto się jednak ograniczeń czasowych, bo najwyraźniej ludzie byli za bardzo niezdyscyplinowani, więc teraz mogą wybierać i opisywać dowolną ilość utworów, co brzmi dużo mniej ciekawie. Ja postanowiłem się w to pobawić według starych zasad i skleić swojego Ostatecznego Winyla Zagłady. I od razu pożałowałem tego pomysłu. Ciężko to zrobić w satysfakcjonujący sposób kiedy ma się z kilkadziesiąt ulubionych zespołów i przynajmniej raz na tydzień odkrywa nową muzykę, nie wspominając już o tym, że 46 minut to koszmarnie mało. Przy tworzeniu składanki skupiłem się więc na rzeczach, które znam już od jakiegoś czasu i które miały niebagatelny wpływ na poszerzanie moich horyzontów. Stronę A przeznaczyłem na różne gatunki (chociaż i tak głównie oscylujące wokół rocka), a B na szeroko pojęte klimaty stoner/psych. Jakimś cudem udało mi się skleić całkiem sensowny zestaw.


Mahavishnu Orchestra – Lila's Dance


Uwaga, zaczynamy z grubej rury. Przed państwem najcudowniejszy utwór wszechświata, a każdy kto sądzi inaczej jest w błędzie. Mój zachwyt wynika pewnie stąd, że Visions Of The Emerald Beyond to płyta, którą znam od zawsze dzięki ojcu, i która miała olbrzymi wpływ na wykreowanie mojego muzycznego gustu. Nie zmienia to jednak faktu, że pochodzący z niej Lila's Dance to perfekcja w każdym calu. Świetna jest już sama liryczna klamra, z powtarzającą się smyczkową frazą, w której przewodzi Jean Luc-Ponty, ale jakby tego było mało, w połowie wchodzi John McLaughlin rozpętując huragan swoją gitarą do pary z szalejącym na bębnach Michaelem Waldenem. W ciągu pięciu minut roztacza się cała paleta barw. Dzisiaj słucham Mahavishnu już raczej sporadycznie, ale nadal biję pokłony przed nagraniami ich pierwszych dwóch (czytaj: prawilnych) składów – w temacie jazz-rocka nie ma nic lepszego.


Soundgarden – Fresh Tendrils


Soundgarden musiał się tu znaleźć. Pierwszy rockowy zespół, który zacząłem nałogowo słuchać i dzięki któremu przeszedłem później do nieco bardziej surowych brzmień. Superunknown pozostaje moim ulubionym albumem w ich dyskografii (na równi z Badmotorfinger) i mimo że jest na nim pełno mocnych hitów, to nie miałem problemu z wyborem tego jednego. Jakieś 10 lat temu wrzuciłbym tu coś bardziej przebojowego, jak Spoonman czy Let Me Drown, ale dopiero stosunkowo niedawno dotarło do mnie, że dużo ciekawszy jest Fresh Tendrils. Jeden z lepszych kawałków, w których przebija grunge'owa melancholia, nie wspominając o tym, że ten powtarzający się riff podbity klawiszami za każdym razem robi mi dobrze. Koszmarnie niedoceniany numer, po części pewnie dlatego, że miał nieszczęście znaleźć się na tej samej płycie co cukierkowy Black Hole Sun. Szkoda, że Soundgarden nie nagrywa już takich ładnych piosenek. Shame, shame.


Ozric Tentacles – Saucers


Jazz-rockowe fascynacje doprowadziły mnie prosto w kosmos. Szukałem czegoś równie szalonego, rozbudowanego i pobudzającego wyobraźnię co Mahavishnu, a odpowiedzią na to okazał się Ozric Tentacles. W ich monstrualnej dyskografii na szczególną uwagę zasługuje Strangeitude, płyta z czasów, kiedy nie nagrywali jeszcze w kółko tego samego kawałka. Z niej też pochodzi Saucers, pierwszy utwór Ozryków na jaki natrafiłem. Dobrze to pamiętam, bo rzadko kiedy zdarza mi się zakochać w „piosence” od pierwszej sekundy. To po prostu dzieło sztuki z innej galaktyki, a sposób w jaki instrumentarium i melodyka z bliższego i dalszego Wschodu jest tu przeniesiona na grunt space rocka nieustannie powoduje u mnie opad szczeny. Jakby tego było mało, to co się tam dzieje od piątej minuty niemal doprowadza mnie do orgazmu. I nie jestem w tym osamotniony. Cytując jeden z komentarzy na jutubie: „I WANT TO DIE IN SPACE LOOKING AT THE EARTH WITH THIS PART VIBRATING IN MY HEAD!”. Mogę się tylko pod tym podpisać.


Morcheeba – The Sea


Był taki okres, że słuchałem nawet więcej elektroniki niż srogich riffów, a ta faza zaczęła się od magicznej krainy zwanej downtempo. Konkretniej rzecz biorąc, od Big Calm Morcheeby. Z jakiegoś powodu ta grupa kojarzona jest z trip-hopem, chociaż już od drugiej płyty bardziej pasuje do niej określenie „trip-pop”. Nie piszę tego z przekąsem, bo jestem wielkim fanem ich popowego anturażu i bez grymaszenia łykam każdy album ich autorstwa, łącznie z tymi, na których nie śpiewa ubóstwiana przeze mnie Skye. Największy sentyment mam jednak do Big Calm, a wybór kawałka z tego albumu jest akurat bardzo oczywisty i tym razem pozbawiony hipsterskiego nonkonformizmu. The Sea to absolutnie czilautowy utwór, stworzony do tego, by słuchać go na plaży w letni wieczór. Tę atmosferę buduje przede wszystkim aksamitny wokal Skye, tutaj jeszcze z nieco zblazowaną trip-hopową manierą. Tej pani mógłbym słuchać bez końca.


Clutch – Mercury


Kolejny przełomowy dla mnie album, bo to właśnie od Blast Tyrant zaczęła się moja niekończąca się „przygoda” ze stonerem. Wcześniej oczywiście zdarzało mi się słyszeć inne zespoły z tego gatunku, ale dopiero Clutch wzbudził we mnie prawdziwy entuzjazm. Miałem to szczęście, że od razu trafiłem na jeden z ich najlepszych, o ile nie najlepszy album. Blast Tyrant zawiera wszystko co najbardziej cenię w Clutch: solidną porcję stonerowego łojenia, taneczne hity i rzewne ballady, a to wszystko okraszone domieszką bluesa. Jakikolwiek kawałek bym nie wybrał, byłoby dobrze, dlatego bez zbytniego kombinowania postawiłem na otwieracz. Mercury jest o tyle ciekawy, że w dużej mierze instrumentalny. Neil Fallon wchodzi dopiero po minucie, nadając wszystkiemu dodatkowego kopa, a z kolei końcówkę wypełniają same sprzężenia. Przy okazji widać tutaj, że chociaż cały skład odwala świetną robotę, to jednak bez wokalisty (tego konkretnego wokalisty) Clutch nie byłby już tak zachwycający.


Kyuss – Writhe


Pozwolę sobie na mały truizm: nie ma, nie było i nie będzie doskonalszego stonera niż Kyuss. Twórcy gatunku stali się niedoścignionym wzorem dla całej masy naśladowców ich stylu, bo tak piaszczystego brzmienia zwyczajnie nie da się podrobić. Nie muszę chyba dodawać, że uwielbiam wszystkie ich albumy bez wyjątku, chociaż największym uczuciem darzyłem zawsze Blues For The Red Sun. Na potrzeby tej listy wygrzebałem stamtąd Writhe, w mojej opinii jeden z najlepszych kawałków, jakie nagrali. Ciężki, a zarazem bardzo melodyjny, zbudowany w oparciu o smakowite riffy, które przetaczają się tędy jak burza piaskowa. I ponownie (vide: Soundgarden) subtelne wykorzystanie klawiszy w zwrotce czyni wszystko jeszcze lepszym. Gdybym miał wybrać jeden jedyny numer definiujący stoner rocka to byłby to właśnie ten.


Pharaoh Overlord – Skyline


Nie ma to jak narzekać na małą ilość miejsca, a potem przeznaczyć 10 minut na jeden riff. Ale za to jaki! Pharaoh Overlord to jeden z dziwniejszych i bardziej eksperymentalnych zespołów spośród moich faworytów, interpretujący ciężko-kwaśne granie w bardzo swobodny sposób. Nie wszystko co tworzą jest dla mnie strawne, ale to akurat jeden z wyjątków. Powiem więcej: kompozycję pod tytułem Skyline uważam za prawdziwe arcydzieło. Już pomijając, że ten jeden toporny riff należy do wyjątkowo udanych, to kawałek jest o tyle ciekawy, że w czasie jego trwania ledwo dostrzegalnie rośnie tempo, głośność i przestery. Niby nic, a jednak daje mi wiele radości. Dla mnie ten utwór to czysta poezja i zarazem hołd dla nudnej i repetytywnej muzyki. Czyli takiej, którą lubię najbardziej.


Broken Betty – Filter Feeder


Na koniec coś z naszego podwórka. Broken Betty to najlepszy polski zespół ever, bez dyskusji. Zasługuje na zdecydowanie więcej atencji, bo tak ładnego grunge'owego stonera nie grał tu jeszcze nikt. Mam z nimi tylko jeden problem: poznałem ich przynajmniej o rok za późno, przez co załapałem się tylko na jeden, prawdopodobnie najostatniejszy koncert jaki zagrali, zanim przekształcili się w Ampacity. Dla podkreślenia mojego smutku zamykam tę kompilację kawałkiem Filter Feeder. Cały album The Sorry Eye jest świetny, ale ten numer najbardziej podbił moje serce. Dryfuje sobie przez parę minut na bujającym riffie, żeby pod koniec uderzyć z energią, od której spadają kapcie. Niewiele jest rzeczy, które robią na mnie porównywalnie mocne wrażenie. Liczę, że panom znudzi się kiedyś prog-space rock i wrócą do prostych piosenek, bo to wychodziło im najlepiej.



Tylko tyle zmieściłoby się na mojej płycie. Pominąłem oczywiście masę innych ważnych dla mnie albumów, ale o nich innym razem, jeśli przyjdzie mi jeszcze ochota na muzyczne introspekcje. Wszystko powyższe to tylko mały procent moich fascynacji, jednak na tyle reprezentatywny, na ile to było możliwe.
Inny temat: zbliża się koniec roku, więc tak jak poprzednim razem, wrzucę tu podsumowanie, w którym znajdzie się 20 najciekawszych płyt z ostatnich miesięcy i przy okazji trochę ponarzekam na te, które nie spełniły moich oczekiwań. A tymczasem życzę wesołych świąt.

niedziela, 13 grudnia 2015

Destroyers

ROZKURWIEL!!! Tym lakonicznym hasłem mógłbym zakończyć opisywanie koncertu, który odbył się w piątkowy wieczór w gdańskim B90, ale kronikarski obowiązek wymaga, żeby nieco rozwinąć temat. Na scenie zaprezentowały się w sumie cztery zespoły, reprezentujące różne odsłony ciężko-kwaśnego rocka: Kadavar, The Shrine, Horisont i Satan's Satyrs. Z takim zestawem nie mogło się nie udać.

Pojawiłem się na miejscu bardziej niż punktualnie, więc miałem jeszcze parę minut, żeby popodziwiać stoiska z merchem. Na podziwianiu się skończyło, bo ceny trochę mnie odstraszyły, a zresztą nie miałem przy sobie tyle hajsu, żeby zaopatrzyć się nawet w nędzną koszulkę. Sprawdziła się zasada, że im bardziej znany zespół, tym bardziej się ceni, chociaż w tym wypadku burżujstwo dotknęło nawet zupełnie niszowego Satan's Satyrs. Najbardziej liczyłem na suweniry od The Shrine, ale byłoby mnie stać co najwyżej na skarpety sygnowane ich logo (sic!), gdyby tylko mieli je ze sobą. Niestety musiałem obejść się smakiem. A poważnie, brałbym te skarpety.

Przechodząc już do sedna: jako pierwszy support, bez żadnych opóźnień, zaprezentował się Satan's Satyrs. To jedyny zespół z tej czwórki, który do tej pory był mi nieznany. Co prawda podejmowałem wcześniej próby zapoznania się z ich materiałem, ale wymiękałem po paru sekundach, więc po ich występie nie oczekiwałem cudów. Tym większe było moje zaskoczenie, że na żywo okazali się być całkiem słuchalni. Muzycznie wypadli ładnie – ich granie można określić jako nieco cięższą odmianę retro rocka, ze sporą ilością porządnych riffów. Kontrowersyjnym elementem był za to wokal, brzmiący jak jęki zarzynanego kota. Nie da się ukryć, że głos wokalisty w połączeniu z jego stylówą dawał mocny efekt „retro”, ale jednocześnie budził we mnie mieszane uczucia – coś pomiędzy zainteresowaniem, irytacją a rozbawieniem. Zabawna była też wyjątkowo ekspresyjna mimika panów z Satan's Satyrs, choć nie jestem pewien czy to był z ich strony zamierzony efekt. Wziąwszy wszystko razem muszę przyznać, że zrobili na mnie pozytywne wrażenie i wypadli dobrze jako wstęp do właściwej części koncertu. Ale studyjnych nagrań nadal boję się odpalać.

Po krótkiej przerwie przyszła pora na szwedzki Horisont, specjalizujący się w jeszcze bardziej retro-wąsatej muzyce niż poprzednicy. Miałem okazję zobaczyć ich na żywo już trzy lata temu w Gdyni, kiedy mieli na koncie dopiero dwa świetne albumy, i wtedy też dali naprawdę wybitny koncert. Niestety od tamtej pory ich muzyka nabrała czerstwego charakteru, dryfując nieco w stronę heavy metalu i sprawy nie uratował nawet nowy album, flirtujący ze space rockiem. Na set Horisontu składały się głównie numery z tego ostatniego wydawnictwa, w tym rozbudowany, 10-minutowy Odyssey, Light My Way i Flying – chyba najciekawszy punkt tego albumu. Wszystko zagrane ładnie i równiutko, ale jednocześnie bez szaleństw i pazura, który zapamiętałem z poprzedniego koncertu. Możliwe jednak, że mój brak entuzjazmu wynika z faktu, że ich granie raczej już do mnie nie trafia. Pojawiło się za to jedno pozytywne zaskoczenie, a mianowicie Nightrider – kawałek z pierwszej (najlepszej) płyty. Od razu kiedy go usłyszałem zrobiło mi się cieplej na sercu. Mimo wszystko cały występ, chociaż jak najbardziej porządny, był trochę za krótki i nie wzbudził we mnie zachwytu. Ciekawiej miało się zrobić dopiero przy kolejnym zespole.

Kalifornijski The Shrine występował tutaj jako kolejny support Kadavara, ale to właśnie na koncert tej grupy nakręcałem się najbardziej. Ich też widziałem już raz na żywo (nawet w tej samej spelunie co Horisont) i wyniosłem z tamtego gigu niezapomniane wrażenia – młyn był taki, że ludzie wpadali na scenę. Grany przez The Shrine turboenergetyczny stoner-punk sprzyja właśnie takim szalonym ekscesom, więc liczyłem, że tym razem zabawa będzie równie przednia. Nie pomyliłem się. Panowie zagrali kawałki z dwóch ostatnich płyt, rozpoczynając od Tripping Corpse i kontynuując kolejnymi strzałami z Bless Off, w tym Destroyers, Nothing Forever i On The Grind. Najnowszy album reprezentował Coming Down Quick, The Vulture i Acid Drop, zagrany podobno na prośbę pań z Destructive Daisy. Impreza rozkręcała się coraz bardziej z każdym kolejnym numerem i nie obyło się bez tańców i serfujących w tłumie ludzi. Największy wpływ na szerzenie pozytywnej atmosfery miał Josh Landau, przesympatyczny wokalista The Shrine, który na potrzeby wizyty w naszym kraju nauczył się jednego słowa po polsku: ROZKURWIEL. Szafował nim na prawo i lewo w przerwach między kawałkami, a do tego rozłożył mnie kompletnie wplatając ROZKURWIEL w tekst Destroyers. I nie da się ukryć, był ROZKURWIEL, zwłaszcza pod sam koniec, kiedy Josh wskoczył w tłum i zaczął serfować nad głowami, nie przestając jednocześnie grać na gitarze. Cudo. Można powiedzieć, że The Shrine w pewnym stopniu ukradł show gwieździe wieczoru.

Daniem głównym był niemiecki Kadavar, co do którego miałem nieco mieszane uczucia, dopóki nie zagłębiłem się w ich ostatni album, Berlin. Trzej panowie z czerstwymi ksywami (Tiger, Lupus i Dragon) obracają się wokół ciężkiego, mięsistego rocka z pogranicza stonera i psychodelii, przy czym ich dwie pierwsze płyty są nastawione głównie na retro kwasy. Debiut przypadł mi do gustu, ale Abra Kadavar raczej mnie rozczarował. Do trzeciego albumu podchodziłem jak do jeża, ale okazał się być wyjątkowo dobry, zwłaszcza że psychodelia schodzi w nim na drugi plan, a główną atrakcję stanowią srogie riffy. Wcześniej chciałem zobaczyć Kadavar raczej z ciekawości, jednak po przesłuchaniu Berlina nabrałem do nich prawdziwej sympatii.
Koncert był przygotowany na bogato, z iluminacjami na wielkich trójkątach, ładnie zgranym z muzyką oświetleniem i suszarką podwiewającą kudły perkusisty, co dawało niemal teledyskowy efekt. Panowie wkroczyli na scenę po intrze i bez zbędnej konferansjerki dali konkretny, satysfakcjonujący występ, trwający równo półtorej godziny. Już wcześniej zapoznałem się z zaplanowaną setlistą i przyznaję, że lepszego zestawu nie mógłbym sobie wymarzyć. Pierwszy album został zagrany w całości (!), a przeplatały go moje ulubione hiciory z Berlina, w tym Pale Blue Eyes, Stolen Dreams, Thousand Miles Away From Home i Last Living Dinosaur. Z Abra Kadavar pojawiły się bodajże dwa utwory, i zgodnie z regułą, że na żywo wszystko jest lepsze, to także i one zabrzmiały elegancko. Jednym z ciekawszych kawałków i zarazem przerywnikiem od riffowej kawalkady był Purple Sage, przekształcony w tripowy jam na bazie ostrych sprzężeń. Najwięcej emocji wzbudzały jednak wesołe stonerowe hity, dzięki którym publiczność rozkręciła się praktycznie od samego początku. Pod sceną ponownie rozgorzał młyn, ludzie serfowali tam i z powrotem, a ja wytrzepałem niezłą porcję łupieżu. Na zakończenie zostały zagrane jeszcze trzy kawałki na bis, stanowiące ładne zwieńczenie wieczoru. Jak dla mnie wyjątkowo udany występ i nie miałbym nic przeciwko, gdyby Kadavar zawitał jeszcze kiedyś w te strony.

Jedyne na co mógłbym ponarzekać, to niewielka frekwencja, którą podkreślał jeszcze ogrom głównej sali B90. Prawdopodobnie wszyscy ludzie zmieściliby się w mniejszej sali usytuowanej obok, ale tym samym ucierpiałaby zapewne akustyka. Cytując kumpla, przy większej przestrzeni „entuzjazm rozkłada się na powierzchnię”, ale mimo wszystko publice udało się wykrzesać całkiem sporo energii. No i brzmienie w głównej sali jest perfekcyjne, a tego nie zamieniłbym nawet na większe zagęszczenie.

Focie z koncertu można obejrzeć tutaj.


poniedziałek, 23 listopada 2015

Black forest skyline

Rozmyślając o tegorocznej koncertowej biedzie w Trójmieście (przynajmniej w kontekście interesującej mnie muzyki), przypomniałem sobie o bardzo ciekawym wydarzeniu, w którym brałem udział jakieś trzy miesiące temu. Tak, mam wyjątkowo szybki zapłon, ale uznałem, że warto cofnąć się w czasie i napisać o nim parę słów, bo da mi to asumpt do wspomnienia o wybitnym zespole, który zauroczył mnie podczas tamtego koncertu. Już pomijając, że samo wydarzenie było dosyć nietypowe.

To była dwudniowa impreza pod nazwą Little Festival, rzekomo nastawiona na muzykę „kreatywną” (?). Pierwszy dzień kompletnie mnie nie interesował, za to drugi zapowiadał się srogo: jako support włoski Zu, a danie główne niemiecki Bohren & Der Club Of Gore. Pierwszego z nich próbowałem już słuchać parę lat temu, ale szybko wymiękłem, rozgnieciony ich awangardowo-sludge'owym jazzem. Od tamtej pory zwiększyła się jednak moja tolerancja na taką potępieńczą muzykę, więc liczyłem, że tym razem będę się świetnie bawił. Zwłaszcza że na żywo wszystko brzmi lepiej. Co do Bohrenów, to zdążyłem się już z nimi zapoznać i polubić, ale nie byłem nimi specjalnie podniecony. Chciałem ich zobaczyć głównie przez ciekawość. Zespół złożony z podstarzałych hardcore'owców, którzy już dawno temu odłożyli gitary i teraz grają coś z pogranicza jazzu i dark ambientu – to brzmi zachęcająco. Tym bardziej, że panowie są naprawdę mocni w swojej kategorii i dosyć dziwne, że wystąpili za grosze w jakiejś porośniętej mchem dziurze. Dosłownie, bo koncert odbył się w gdańskim Teatrze Leśnym, czyli jak sama nazwa wskazuje, na scenie znajdującej się pośrodku lasu. Nietypowa lokacja, zwłaszcza do takiego rodzaju muzyki, okazała się jednak strzałem w dziesiątkę. I przy okazji umożliwiła mi uczestnictwo na krzywy ryj, z czego nie jestem wybitnie dumny, ale miało to pewne zalety.

Razem z grupką mniej lub bardziej znajomych zajęliśmy strategiczne pozycje na wzniesieniu, u podnóża którego znajdowała się scena. Moje początkowe obawy o jakość dźwięku okazały się nietrafione – brzmienie było krystalicznie czyste i równie głośne co na dole. Jedynym problemem był brak wizji, bo wszystko zasłaniały drzewa i krzaczory, a cały obraz ograniczał się do migających światełek. Zazwyczaj lubię sobie popatrzeć na grających ludzi i tym razem nie miałem takiej możliwości, ale nie przeszkadzało mi to specjalnie, bo większość koncertu Bohrenów przesiedziałem z zamkniętymi oczami. Zanim to jednak nastąpiło, wydarzyło się coś dziwnego.

Jedynym zapowiedzianym supportem był Zu, więc liczyłem, że lada chwila zostanę zmasakrowany gitarowo-perkusyjnym łomotem i jazgoczącym saksofonem, a tymczasem ze sceny popłynęły zupełnie inne dźwięki. Nie potrafię nawet określić co to było, bo brzmiało bardziej jak jakiś abstrakcyjny performance niż koncert – losowe dźwięki wydobywające się z miliona instrumentów, w które wplatał się głos tybetańskiego mnicha wystękującego mantrę. Normalnie uznałbym to za próbę, ale trwało podejrzanie długo i zdawało się mieć głębszy sens. W każdym razie nie był to raczej zespół, którego się spodziewałem. Dopiero po jakimś czasie na scenie pojawił się bardzo spięty pan, który wyjaśnił, że jako pierwszy zagra norweski Origami Arktika, a po nim dopiero dwie kolejne grupy. Mój entuzjazm trochę przygasł. To przydługie intro, które faktycznie okazało się być próbą, było kontynuowane jeszcze przez jakąś godzinę. Mimo że w trakcie występu zespół trochę się rozkręcił i prócz eksperymentalnego ambientu grał coś, co można by podciągnąć pod krautrocka, to w gruncie rzeczy mocno się wynudziłem. Dlatego też kiedy wreszcie rozpoczęła się przerwa (i poleciał soundtrack z Interstellar, który jak refren rozbrzmiewał między występami) postanowiliśmy dla wytchnienia udać się na spacer do sklepu.

Powrót był ciekawy, bo w trakcie kiedy przemierzaliśmy pogrążony w ciemnościach las, już z oddali słychać było piekielny jazgot, narastający z każdą chwilą. Zu. Bardziej wrażliwe osoby miały wątpliwości czy powinniśmy iść w stronę sceny, ale mnie ten hałas niezmiernie ucieszył. Tak jak się spodziewałem – zabawa była przednia, chociaż przez przechadzkę ominęła nas spora część koncertu. Takiej dawki nojzu nie miałem jeszcze okazji doświadczyć na żywo i tylko odrobinę żałowałem, że impreza nie ma miejsca w jakimś klubie, gdzie można by radośnie pobaunsować przy scenie. Muzykę graną przez Zu można opisać w jeden sposób: (w ramach wyjątku pozwolę sobie na wulgaryzm) jest zwyczajnie popierdolona, nawet dla mnie. Awangardowy jazz ma to do siebie, że ryje banię wyjątkowo skutecznie. Kiedy jednak później odpalałem w domku ich ostatni album nie czułem już takich emocji – to muzyka, która najlepiej sprawdza się na żywo.

Trochę inaczej jest w przypadku Bohren & Der Club Of Gore, bo do reprezentowanego przez nich stylu jazzu wskazana jest kameralna atmosfera. Ale trzeba przyznać, że udało im się ją wytworzyć nawet w takich niespecjalnie kameralnych warunkach. Niedługo po tym jak ucichły dźwięki z piekła (i po kolejnej wstawce z Interstellar) na scenie pojawiła się grupa łysych panów (przynajmniej tak to widziałem oczami wyobraźni), pogasły wszystkie światła, nastała cisza i rozpoczął się najważniejszy tego wieczoru spektakl. Było to coś pięknego. Muzyka Bohrenów jest niezwykle melancholijna, zbudowana na bazie ambientowych pejzaży, na tle których leniwie snuje się saksofon w towarzystwie subtelnie plumkających klawiszy. Ciężko to opisać, łatwiej wyobrazić sobie puste, zamglone ulice w środku nocy albo zadymione amerykańskie kluby z lat 40, gdzie panowie w idealnie skrojonych garniturach i z fedorami zasuniętymi głęboko na oczy sączą przy barze szkocką z lodem – innymi słowy, obrazy w stylu filmów noir. Takie otoczenie byłoby zresztą idealnym tłem dla Bohrenów, jednak spowite w mroku leśne ostępy okazały się być równie dobrą scenerią. Byłoby jeszcze lepiej, gdyby ludzie potrafili zamknąć japy i w milczeniu rozkoszować się koncertem, ale prawdopodobnie moja miejscówka i tak była najlepsza pod względem kameralności. Bez tłumów dookoła mogłem w spokoju pogrążyć się w dźwiękach i przywoływanych przez nie wspomnieniach. Nie skłamię jeśli napiszę, że dla mnie ten koncert był prawdziwym przeżyciem.

Na tyle na ile mogłem to stwierdzić, panowie zagrali głównie utwory z ostatniego albumu, Piano Nights. Na sam koniec pojawiła się jednak bardzo miła niespodzianka, która wzbudziła entuzjazm publiczności: Prowler z ich najbardziej znanej (i prawdopodobnie najlepszej) płyty Sunset Mission. Lepszego zakończenia nie można sobie było wymarzyć, chociaż najchętniej usłyszałbym jeszcze parę innych kompozycji z tego albumu.

Jak każdy świetny koncert, ten także był za krótki. Zupełnie inny od tych, na które zazwyczaj uczęszczam, ale zdecydowanie satysfakcjonujący. Dla takiej muzyki warto było zostać doszczętnie podziubanym przez komary.

wtorek, 17 listopada 2015

Fresh tendrils – 2015 (2)

Pora na drugą porcję mniej lub bardziej ciekawych nowości. Tak jak zapowiedziałem jakiś czas temu: każda płyta z innej bajki, chociaż ciągle z naciskiem na ciężkie brzmienia. Jest tego trochę, więc bez zbędnego przedłużania zapraszam do lektury.


Clutch – Psychic Warfare


Powiem krótko: jestem totalnie zachwycony. Clutch to stonerowy klasyk, który działa już od 25 lat i, co ciekawe, ciągle zaskakuje czymś świeżym. Przez parę ostatnich lat panowie eksplorowali tradycyjnego blues rocka i wrócili do mocniejszego grania dopiero w 2013, przy okazji wydania Earth Rocker. Strasznie podobała mi się ta płyta, bo był to powrót do Clutcha, którego lubię najbardziej, dlatego cieszy mnie tym bardziej, że Psychic Warfare jest jej bezpośrednią kontynuacją. Tylko znacznie lepszą.
Jest tu wszystko, czego brakowało na poprzednim albumie: większy groove, bardziej chwytliwe piosenki i mniej dosłownie potraktowany bluesowy feeling. Widać, że zespół wyciągnął wnioski z paru ostatnich płyt i tym razem zaserwował idealny balans między ciężkim łojeniem i bujaniem w bluesowym stylu. Jest zdecydowanie do czego potupać nóżką: do przebojowego X-Ray Visions (który przy okazji zawiera niezłą zabawę koncertową konwencją, kiedy Neil Fallon przedstawia cały skład za pomocą ich znaków zodiaku), nie mniej tanecznego Firebirds czy totalnie rozhuśtanego A Quick Death In Texas. A to dopiero trzy pierwsze kawałki, nie licząc intra. Podobnie jak na Earth Rocker, w środku uplasowała się też bardzo nastrojowa ballada w westernowym klimacie – Our Lady Of Electric Light. Dzikiego zachodu jest tu zresztą więcej, a przebija się najbardziej w Son of Virginia, który zamyka płytę w naprawdę mocarnym stylu.
To prawdopodobnie najlepszy album Clutch od czasów Blast Tyrant i już teraz czuję, że zapamiętam go na długo. Jest strzałem w ryj dla każdego, kto uważa stoner za czerstwy gatunek, w którym nie ma już nic nowego do powiedzenia, ale w przypadku Clutch to akurat standard – na tę markę można zawsze liczyć.



Kylesa – Exhausting Fire


To z kolei ciężka sprawa. Kylesa zmienia styl praktycznie z każdym kolejnym albumem i nie mogę się oprzeć wrażeniu, że jest to równia pochyła, której kąt mocno się zaostrzył w przypadku ostatniego dzieła. O ile poprzedni album, eksperymentalny Ultraviolet, był dla mnie początkowo ciężkostrawny, to jednak pozostawał na swój sposób intrygujący. Na Exhausting Fire nie intryguje mnie za to kompletnie nic i piszę to z tym cięższym sercem, że ta płyta była jednym z moich pewniaków.
Żeby zbytnio nie dramatyzować zacznę od pozytywnych stron. Jest tu parę dobrych momentów i zalicza się do nich otwierający Crusher, przecinany ładnymi czilautowymi wstawkami, a także wyjątkowo radiowy Out Of My Mind. Mocne, chociaż nie do końca przekonujące są też Lost And Confused i Shaping The Southern Sky, w którym pojawia się próba tripowania w pinkflojdowym stylu, ale dosyć miałko rozegrana. Prócz tego da się stąd wygrzebać jakieś pojedyncze, ciekawe riffy, jednak jako całość płyta wypada raczej słabo. Kawałkom stanowczo brakuje większego kopa, przez co wszystko wydaje się być strasznie rozmyte, a dobrze obrazuje to wepchnięty na sam koniec cover Paranoid Black Sabbath. Covery Kylesy zawsze mi się podobały, ale ten nie wyszedł im najlepiej, bo został zupełnie pozbawiony swojej motoryki, która była jego największą zaletą.
Ciężko mi nawet określić jaki gatunek muzyki jest dominujący na tym albumie. To z pewnością nie jest już crust ani nawet sludge rodem z genialnego Static Tensions, bardziej jakiś psychedelic pop-sludge. Zwyczajnie za mało Kylesy w Kylesie. Nie wiem jakie są przyczyny takiego stanu rzeczy, ale spore znaczenie ma na pewno fakt, że od ostatniej płyty ich skład zmniejszył się o basistę i jednego bębniarza, a wiadomo, że co dwie perkusje to nie jedna.
Exhausting Fire miał być powrotem do prostych riffów i piosenek w stylu Spiral Shadow, jednak drugi raz taka sztuka się nie udała. Może coś mi się jeszcze odmieni, ale jak na razie płytka nie spełnia moich oczekiwań. Wielka szkoda.



Death Grips – The Powers That B, Disc 2: Jenny Death


Teraz coś na przetyranie zwojów mózgowych. Dla niewtajemniczonych: to muzyka zbyt hipsterska nawet dla hipsterów, na którą składa się obłąkańczy rap, agresywna perkusja i surrealistyczne sample. Nie jest łatwo się przekonać do Death Grips, ale zdecydowanie warto, bo za fasadą ich ciężkostrawnej formy kryje się naprawdę mocna treść. Grupa znana jest z nieprzewidywalnych akcji, takich jak ogłoszenie rozpadu w zeszłym roku (co okazało się nieśmiesznym trollingiem), niedługo po wydaniu pierwszej części z planowanego dwupłytowego albumu The Powers That B. Można było mieć wątpliwości czy druga część – Jenny Death – w ogóle się jeszcze pokaże. Wyszła w końcu po paru miesiącach opóźnienia, ale warto było na nią czekać.
Najpierw jednak parę słów o poprzednim materiale. Wydany prawie rok wcześniej Niggas On The Moon jest najbardziej abstrakcyjnym albumem Death Grips, opartym wyłącznie na zapętlonych samplach z Björk. Poziom awangardowości jest tu na tyle wysoki, że dla mnie płyta jest praktycznie niesłuchalna – po jednym razie mam dosyć i nie czuję specjalnej potrzeby wracania do tych kawałków. Miałem w związku z tym pewne obawy co do kształtu drugiej części The Powers That B, ale okazało się, że Jenny Death to jej zupełne przeciwieństwo. To bardzo przystępna płyta jak na standardy tego zespołu.
Na Jenny Death jest głośniej i agresywniej niż zwykle, ale też dużo bardziej piosenkowo. Słychać to już w otwierającym I Break Mirrors With My Face In The United States, który daje dobry obraz tego, co dzieje się na całej płycie: masa hałaśliwej elektroniki, bezkompromisowej energii i wrzeszczącego MC Ride'a. Poza tym to pierwszy album Death Grips, na którym pojawiają się ciężkie gitarowe riffy, nadające niektórym kawałkom (Beyond Alive, Centuries Of Damn) mocno rockowe brzmienie. Jest też sporo mieszania gitar z brutalną elektroniką, przykładowo w postaci Why A Bitch Gotta Lie, przez co pojawiały się już opinie, że panowie za bardzo zasłuchali się w zespołach typu Atari Teenage Riot. Nie da się ukryć, że Death Grips nabiera tutaj cech hc/punk rocka, ale zaskakująco dobrze się to sprawdza w połączeniu z ich dotychczasowym stylem. W tekstach jest równie panczurowo – dominuje nihilizm, śmierć, narkotyki i pogarda dla społeczeństwa, a dodatkowo przez cały album przewija się też temat depresji, który osiąga punkt kulminacyjny w mistrzowskim On GP. Ten utwór jest wyjątkowy chociażby ze względu na niespotykaną dotąd piosenkowość, bo działają tu niemal wyłącznie żywe instrumenty: gitary, klawisze i do tego szalejący na garach Zach Hill. Kawałek jest mocno inspirowany garażową psychodelią z lat 60, co w połączeniu z rapsami daje piorunujący efekt. Równie srogi jest tekst – osobisty wywód Ride'a o zmęczeniu życiem i myślach samobójczych, który zdaje się być wykrzyczany całkowicie na poważnie i bez żadnej ironii. Wzbudza ciary. Na zakończenie mamy jeszcze instrumentalny Death Grips 2.0, którego tytuł zdaje się sugerować, że nadchodzi nowa, „post-rozpadowa” faza zespołu. Jeśli to nowe oblicze miałoby brzmieć tak jak Jenny Death, to jestem bardzo za, ale w ich wypadku niczego się nie można być pewnym.
Ciężko mi traktować The Powers That B jako jedną całość, zwłaszcza że nie wiem na czym ma polegać ta idea dwupłytowości. Sama w sobie Jenny Death jest jednak świetnym albumem i jedyne czego bym sobie życzył ze strony Death Grips to więcej takich miłych zaskoczeń, zamiast zjadania własnego ogona w stylu Niggas On The Moon.



Dorthia Cottrell – Dorthia Cottrell


Dorthia Cottrell, znana do tej pory jako wokalistka doomowego Windhand, wypuściła w tym roku swój debiutancki solowy album. Dla odmiany nie ma tu ani odrobiny metalu, jest za to sporo folku, country i bluesa – niby nic specjalnego, ale to bardzo przyjemnie brzmiąca płyta, pod wieloma względami dużo ciekawsza od tegorocznego Windhand.
S/T jest zbiorem akustycznych ballad, mocno osadzonych w klimatach amerykańskiego Południa, a tym co je wyróżnia od bardziej tradycyjnego country jest ponura, a nawet cmentarna atmosfera. Są to piosenki, które nagromadziły się w szufladzie pani Cottrell przez całe lata (najstarszą, Gold, napisała jako nastolatka), co nie umniejsza ich jakości – to zwyczajnie ładne kompozycje. Gatunkowo dosyć urozmaicone, od utworów brzmiących niemal jak akustyczny doom (Cemetery Song, Oak Grove), przez folk (Moth), popowe ballady (Maybe It's True) aż po bardziej standardowe country (Perennial). Prócz utworów własnego autorstwa na płycie znalazły się też dwa covery, w tym zwłaszcza jeden wskazuje na główne źródło inspiracji Cottrell. Mowa o Rake, którego autorem jest Townes Van Zandt, amerykański pieśniarz i straszny smutas. Całkiem popularny w kręgach muzyków z ciężkich brzmień, bo za jego kompozycje brali się już m.in. Mike Scheidt (YOB), Nate Hall (USX) i John Baizley (Baroness). Rake to dosyć oczywisty wybór, bo to jeden z najbardziej znanych utworów Townesa, coverowany już miliony razy, co nie zmienia faktu, że jest naprawdę świetnym kawałkiem (także w wykonaniu Cottrell) i zarazem jednym z mocniejszych punktów tej płyty.
To solidny debiut, choć żeby w pełni go docenić trzeba wczuć się w klimat nocy spędzanej przy ognisku na zapomnianym przez Boga amerykańskim pustkowiu, w otoczeniu kojotów i czaszek bizonów. Bez wątpienia czuć w tej muzyce doomową atmosferę i jest ona nawet bardziej namacalna tutaj niż na płycie opisanej poniżej.



Windhand – Grief's Infernal Flower


Trochę jestem zawiedziony, bo Windhand to obecnie jeden z najciekawszych zespołów grających doom metal, z trzema albumami na koncie. Zarówno debiut, jak i następna w kolejności Soma są doskonałymi przykładami umiarkowanie posępnej muzyki, charakteryzującej się z jednej strony ładnymi melodyjkami, a z drugiej łamiącym kości ciężarem. Nie wiem czy po tych dwóch wybornych płytach wyczerpała się formuła, zabrakło zielska, czy to tylko moje chwilowe zniechęcenie doomem, ale Grief's Infernal Flower mnie nie zachwyca.
Początek jest dobry: Two Urns mógłby z powodzeniem znaleźć się wśród kawałków z pierwszej płyty, bo zawiera odpowiednią dawkę windhandowej piosenkowości, przy zachowaniu potężnego brzmienia. Podobnie sprawa ma się z Forest Clouds, który jednak znałem i przemieliłem milion razy już wcześniej, bo pojawił się rok temu na splicie z Salem's Pot. Co prawda splitowa wersja podoba mi się dużo bardziej, ale w tej postaci utwór też się broni i pozostaje moim niekwestionowanym faworytem. Dalej jest jednak gorzej. Brakuje ładnych melodyjek, riffy nie przykuwają uwagi (zwłaszcza w rozwlekłym Kingfisher pod koniec) i wszystko jest zagrane jakby bez polotu. Całości nie ratują nawet dwie akustyczne balladki przemycone tu przez panią Cottrell, bo są wyraźnie słabsze od materiału z jej solowej płyty. Nawet okładka tej płyty jest nędzna. To typowa, stara szkoła doomowych okładek, która może się podobać miłośnikom kiczu, no ale, na Boga, trochę wstyd czymś takim okraszać muzykę w 2015 roku, zwłaszcza jeśli porówna się ten obrazek do okładki Somy.
Pewnie dam jeszcze tej płycie szansę, ale nie spodziewam się, żeby moja opinia na jej temat się znacząco zmieniła. To stanowczo nie ten poziom okultystycznych doznań co poprzednie albumy. Siadaj, Windhandzie. Trója.



The Soft Moon – Deeper


Chłód, ciemność, osamotnienie i atmosfera jak z koszmarnej, futurystycznej antyutopii. To takie pierwsze skojarzenia, które nasuwają mi się w związku z muzyką Luisa Vasqueza, stojącego za projektem The Soft Moon. Nieczęsto sięgam po jego płyty, bo wymagają jednak odpowiedniego nastroju, ale kiedy już nachodzi mnie ochota, to zagłębiam się w nie z prawdziwą przyjemnością. Trzecie wydawnictwo jest o tyle mocniejsze od pozostałych, że The Soft Moon schodzi tutaj w mrok jeszcze bardziej niż dotychczas, nie tracąc przy tym swojego wiksiarskiego pierwiastka.
Podnieciłem się słysząc już pierwszy zapowiadający album singiel, którym był Black – kawałek zbudowany na monotonnym, wyrazistym rytmie i miażdżąco ciężkim klimacie. Oczekiwałem równie mocnej całości i nie zawiodłem się. Deeper to bardzo dobra płyta, która wśród gęstej, pesymistycznej atmosfery przemyca całkiem sporą ilość tłustych bitów. Do takich bardziej tanecznych numerów można zaliczyć rozpędzony Far, stawiający na elektronikę Wrong czy Desertion, który w warstwie rytmicznej przywodzi na myśl typowo klubową muzykę. Z drugiej strony pojawiają się utwory akcentujące silniej sam klimat, a wśród nich wybijają się Wasting i Without. Świetnym zwieńczeniem albumu jest Being, ładnie budujący napięcie. Niemałą rolę odgrywa w tym głos Vasqueza, który przechodzi od szeptu do wrzasku, tonącym na koniec w ścianie hałasu, przy czym ostatnie trzy minuty to już tylko jednostajny szum. Widać tu pewne ciągoty do noise'u i nie miałbym nic przeciwko, gdyby na kolejnych nagraniach znalazło się go więcej, bo dobrze uzupełnia te zimnofalowe ramy.
Do niedawna sądziłem, że post-punk i darkwave to kompletnie nie moja bajka, ale od każdej reguły znajdzie się wyjątek, a dla mnie czymś takim jest właśnie The Soft Moon. Krótko mówiąc: świetna płyta, chcę więcej.



Powyższy zestaw to oczywiście niewielka część z nowości, o których chciałbym napisać, ale wątpię czy uda mi się wykrzesać jeszcze jakieś szersze „recenzje”. W każdym razie nie jest to ostatni wpis w tym roku, bo szykuje się wreszcie ciekawe wydarzenie, z którego postaram się spisać wrażenia. Najwyższy czas, bo jestem mocno wyposzczony pod względem koncertów.

niedziela, 1 listopada 2015

Set the controls for the heart of the Sun

Odkurzam bloga przy okazji smutnej wieści, która obiegła niedawno stonerową część internetów: Rutger Smeets, gitarzysta i wokalista holenderskiego Sungrazera popełnił samobójstwo. Rzadko kiedy porusza mnie śmierć nieznanych mi osobiście osób, ale w tym wypadku naprawdę posmutniałem. Sungrazer był jednym z zespołów, poprzez które wkręciłem się w cięższą odmianę psychodelii i przez długi czas pozostawał moją najulubieńszą kapelą. Do tego stopnia, że z ich nazwy zapożyczyłem sobie nick, którego używam teraz w większości miejsc w internetach. Już dawno powinienem był poświęcić im parę słów, więc teraz postaram się to nadrobić. Szkoda tylko, że przy takiej okazji.

Sungrazer



Można powiedzieć, że jarałem się nimi od samego początku, bo o ich istnieniu dowiedziałem się zaraz po tym, jak wypuścili debiutancką epkę. Wygrzebałem ją na blogu Stonerobixxx (który swego czasu robił naprawdę dobrą robotę w promowaniu nowych zespołów) i od razu przypadła mi do gustu. To było pięć lat temu, kiedy moje zainteresowanie stonerem, psychodelią i różnymi pochodnymi gatunkami wkraczało w fazę poważniejszego rozwoju, a odkrycie takiej petardy tylko umocniło mnie w tej fascynacji. To było coś świeżego – potężne i smakowite riffy przy jednocześnie dużej dawce psychodelicznych odlotów, a wszystko to okraszone nutą krautrocka. Stonerowy piach był tutaj raczej inspiracją niż wyznacznikiem stylu. Nieprzypadkowo sungrazerowe płyty ukazały się nakładem wytwórni Elektrohasch, bo celuje ona właśnie w takich brzmieniach. Można tylko żałować, że pozostawili po sobie tak mało albumów – zaledwie dwa i pół. Sungrazer zakończył działalność po czterech latach istnienia, a mimo to zdołał się wybić ponad przeciętność, wykreować swój własny styl i zdobyć całkiem sporą popularność na europejskiej scenie. A motorem napędowym tego wszystkiego był właśnie Rutger.



Sungrazer (2010)

Mocny kop na rozpęd to jest to, co lubię w debiutach. Na ten album składa się pięć kawałów (sześć w bardziej oficjalnej wersji), z czego każdy jest hiciorem na wagę złota i ciężko mi nawet wyróżnić któryś z nich – wszystkie darzę bezgraniczną miłością. Mamy więc Zero Zero, balansujący między rozleniwionym basem a cięższymi wstawkami; żywiołowy stoner w postaci Common Believer; If, zapuszczający się na kosmiczne wertepy; wyciszony Somo, który pod koniec atakuje znienacka miażdżącym riffem; a na dokładkę rozbujany Mountain Dusk, oparty na wpadającej w ucho melodii (wiele bym oddał, żeby usłyszeć na żywo wersję z saksofonem). W oficjalnym wydaniu pozmieniano trochę kolejność i dodano jeszcze instrumentalny Intermezzo, który przełamał nadmiar riffów ambientowym jazzikiem. Już na tej płytce wyklarował się styl Sungrazera, przeplatający psychodeliczny czilaut ze stonerem, chociaż jak na moje ucho to właśnie riffy stanowią tutaj główną atrakcję. Czuć, że S/T, jak przystało na porządny debiut, jest spontanicznym zbiorem ładnych piosenek napisanych z pasji, a nie wielogodzinnych rozkmin, i to jest też jego siłą.
Niewiele więcej mogę powiedzieć o tym albumie niż tylko tyle, że jestem w nim zakochany, bo idealnie wpasowuje się w mój gust. Spośród garstki nagrań Sungrazera to właśnie te pierwsze pozostają moimi ulubionymi.



Mirador (2011)

Drugi album wyszedł już rok o debiucie, co świadczy tylko o tym, że grupa ciągle miała sporo świeżych pomysłów. Teoretycznie powinienem być zachwycony, bo był to okres mojej największej podjary Sungrazerem, ale jednak nie łyknąłem tej płytki od razu. Musiałem przekonywać się do niej trochę dłużej głównie z tego względu, że panowie położyli tutaj większy nacisk na tripowanie, a łatwo przyswajalne riffy zeszły na drugi plan. Do totalnie krautowego odcięcia od rzeczywistości jeszcze sporo brakuje, niemniej jednak Mirador nie jest już taki przystępny jak pierwsza płyta.
Dobrze obrazuje to otwierający Wild Goose, w którym niby przewija się cięższy refren, ale mam wrażenie, że jest on raczej dodatkiem do luźnego tripu. Jedynym czysto stonerowym hiciorem jest Octo, od początku do końca napieprzający dziarsko gitarami. Inna sprawa, że to zarazem najkrótszy kawałek w tym zestawie. W podobnym stopniu riffowy, tyle że z przewagą basu, jest też Goldstrike, wypełniony raczej ponurym grunge'em, z dodatkiem przebojowych momentów. Ominąłem Sea, stosunkowo ciężki numer z ostrymi fragmentami przecinającymi pływanie, z falującym basem jako punktem wspólnym. Abstrahując od tekstu, tytuł idealnie pasuje do treści. Najdłuższy i jednocześnie najbardziej tripowy jest Behind, niezwykle czilautowy utwór, który ożywia się dopiero pod koniec, przy czym atakuje wtedy już naprawdę żywiołowo i z psychodelicznym zacięciem. Dochodzimy do sedna – tytułowy Mirador jest moim zdecydowanym faworytem, bo zawiera w sobie wszystko co najlepsze, w zrównoważonych proporcjach: snujący się bas, szaloną psychodelię, przesmakowite riffy i domieszkę kosmoszmerów. Cudo. W perfekcyjny sposób zamykałby całość, gdyby nie jeszcze jeden piosenkowy jam w postaci 34 & More..., który co prawda bardzo lubię, ale wydaje się być wciśnięty trochę na siłę. Poza tym warto dodać, że prócz wyraźnego spadku tempa, płytka charakteryzuje się bardziej wyciszonym i stonowanym wokalem. Dzięki temu całkiem dobrze wplata się on w muzykę jako jeden z instrumentów, tym bardziej że taka właśnie z reguły jest rola wokalu w stonerze.
Teraz, kiedy przesłuchuję sobie ten album po pewnym czasie, widzę wyraźnie, że jest dojrzalszym i nieco bardziej przemyślanym dziełem od debiutu. Ma o wiele bardziej otwartą strukturę i „płynną” zawartość, w efekcie czego jest oczywiście mniej hiciorowy, ale nadrabia to innymi zaletami. Gorzej, że jest też ostatnim pełnoprawnym wydawnictwem Sungrazera.



W ich dyskografii kryje się jeszcze jedna półpłyta, ale zanim do niej przejdę, pozwolę sobie wtrącić parę osobistych wspomnień.
W październiku 2012 roku wydarzyło się coś niebywałego – Sungrazer zawitał do Polski na dwa koncerty, we Wrocławiu i Warszawie, a ja postanowiłem wybrać się na ten drugi. I była to jedna z moich lepszych życiowych decyzji, bo więcej okazji, żeby ich zobaczyć w naszym kraju już nie było.
Rzecz działa się w nieistniejącym już Fonobarze, który był ulokowany w bodajże najbardziej zadupiastej części centrum Warszawy. Klub nieco spelunowaty, ale do takich mało obleganych imprez (wpadło może ze 30-40 osób) nadawał się w sam raz. Przed główną gwiazdą wieczoru zagrał Palm Desert, typowy stoner, rżnący od Kyussa aż miło, co nie zmienia faktu, że słuchało się ich bardzo przyjemnie. Polubiłem ich właśnie dzięki temu koncertowi, co można uznać za dodatkową zaletę mojego wypadu.
W końcu pojawił się wyczekiwany przez lud Sungrazer. Niewiele już pamiętam z setlisty, ale wiem jedno: bawiłem się wyśmienicie. Przewijały się głównie kawałki z Mirador (Wild Goose, Behind), ale pojawił się też Common Believer, przedpremierowo Dopo i nieopublikowany nigdzie jam, brzmiący jak wesoła improwizacja. Ogółem całkiem zbalansowany set, który pozwalał zarazem wytrzepać trochę łupieżu i pobujać się przy luźniejszych fragmentach. Ważniejszy był jednak dla mnie sam fakt zobaczenia na żywo ulubionego zespołu, co jest doświadczeniem nie do przecenienia, co potwierdzi każdy, kto posiada swojego muzycznego faworyta. Tym bardziej, że panowie dali z siebie wszystko, nie zważając na frekwencję. Świetny koncert i pozostaje mi tylko żałować, że to była jednorazowa przyjemność.


The Machine & Sungrazer (2013)

Ich ostatnim wspólnym dziełem jest split z The Machine (nie tych od Florence), wypuszczony w 2013 roku. Obie grupy łączy nie tylko kraj pochodzenia i wytwórnia, ale też podobny styl grania, z dużą zawartością jammowych tripów. Ciężko mi sobie wyobrazić lepsze połączenie. Ogólnie nie przepadam za splitami, bo rzadko kiedy trzymają równy poziom i któryś z zespołów jest bardziej dominujący, ale w tym wypadku wszyscy panowie spisali się na medal.
Płytkę rozpoczyna The Machine, oddając w Awe salwę potężnych riffów, którą rozcina szalona improwizacja. Dalej jest jeszcze bardziej dynamicznie, bo Not Only zahacza nawet o panczurowe klimaty, a tempo zwalnia dopiero w Slipface, który co prawda rozpoczyna się ciężką frazą, ale zaraz potem przechodzi do psychodelicznego pływania. Sungrazer nie pozostaje im dłużny i rusza wolnym krokiem w Dopo, depcząc wszystko na swojej drodze jednym riffem, z dodatkiem soczyście kwaśnych wstawek. Znacznie więcej przestrzeni i psychodelii jest w Yo La Tengo, w dużej mierze improwizowanym, z kolei na zakończenie mamy tytuł, który mówi sam za siebie – Flow Through A Good Story. Piaszczysty rock w duchu wczesnego QOTSA zamyka historię Sungrazera, w ładnym stylu powracając do źródła ich muzycznych inspiracji – pustyni.



Niedługo po wypuszczeniu splitu Rutger zamieścił na fejsie przykrą dla fanów wiadomość. Nie widział już dalszej przyszłości dla grupy i postanowił ją opuścić, co zarazem oznaczało zakończenie jej działalności. Prawdopodobnie już wtedy zmagał się z depresją, która ostatecznie go pokonała. O ile do niedawna można było sobie jeszcze robić nadzieje na jakiś reunion, to teraz już wiadomo, że nie ma na to szans.
Na tym mógłby się zakończyć opis ich działalności, gdyby nie jeszcze jedna płyta, wydana w kwietniu tego roku. Pobocznych projektów, w których odnaleźli się członkowie grupy jest co prawda więcej, ale w mojej opinii tylko ten jeden zasługuje na uwagę, tym bardziej, że to właśnie w nim uczestniczył Rutger.


Cigale – Cigale (2015)

Uwielbiam sytuacje, kiedy znikąd pojawia się świetny zespół i zachwyca już pierwszym materiałem. Ale z takim gitarzystą nie mogło się nie udać. Cigale to znacznie lżejsza muzyka, plasująca się gdzieś na pograniczu psychodelii, dream popu i alternatywy, ale ma też charakterystyczny sungrazerowy posmak, w stylu tripowych fragmentów z Mirador. Rutger zajął się tutaj wyłącznie gitarą, zostawiając wokal koleżance, i wyszło to korzystnie, bo jej głos świetnie dopełnia oniryczne dźwięki.
Płyta ma raczej melancholijną atmosferę, przebijającą się zwłaszcza w Grey Owl i Random Day. Momentami gitara atakuje ostrzej, jak np. w końcówce Steeplechase czy bardzo pustynnym Feel The Heat, i w tych właśnie kawałkach najmocniej czuć brzmienie Sungrazera. Cięższe fragmenty nie burzą jednak spójnego, nieco sennego klimatu, bo wszystko zdaje się tu swobodnie płynąć, dając w sumie bardzo ładny obraz łagodnego oblicza psychodelii.
To niezwykle solidny i zarazem smutnawy album. Nie tylko w kontekście samej muzyki, ale także dlatego, że jest zapisem ostatnich gitarowych tripów Rutgera. Dalsze losy Cigale stoją na razie pod znakiem zapytania, jednak mi do szczęścia wystarczy ta jedna płyta i chyba nawet wolałbym ją widzieć jako jednorazowy projekt.



Na zakończenie muszę wrócić jeszcze do postaci, której poświęcona jest ta notka. Dziwna sprawa, bo odczułem jego stratę, mimo że nie znałem go osobiście i mogę go oceniać jedynie przez pryzmat muzyki, którą tworzył razem z kolegami z zespołu. Ta muzyka była jednak dla mnie czymś wyjątkowym i dostarczała mi wielu pozytywnych wrażeń, trafiając w mój gust jak mało która. Fakt faktem, niezwykle klimatyczna psychodelia w jego wykonaniu to było coś naprawdę pięknego i pocieszające jest, że raz zapisana twórczość żyje wiecznie.
Wypada mi więc powiedzieć tylko jedno: dzięki za wszystko, Rutger. Mam nadzieję, że po drugiej stronie jest ci lepiej.

 Rutger Smeets (1977-2015)