wtorek, 30 grudnia 2014

20:14

Koniec roku sprzyja wszelkiego rodzaju podsumowaniom i nie inaczej jest w magicznej krainie muzyki. Wszędzie w internetach roi się teraz od list najlepszych albumów świata, więc nie będę gorszy i dorzucę też swoją. Zanim to jednak nastąpi, parę osobistych wynurzeń. I od razu ostrzegam, że to będzie monstrualna nota.

Mam wrażenie, że w ciągu tego roku zgłębiałem bardzo zróżnicowane klimaty: od dream popu przez glitch, delta blues, eksperymentalne rapsy, aż po black metal, ale jak zwykle prawdę mówi last.fm, wg którego oczywiście łoiłem głównie stonery. Wszystko przez to, że odrodziła się we mnie miłość do największego klasyka w tym gatunku, a mowa oczywiście o Kyuss. Pogłębiała się też moja faza na Broken Betty – najlepszy polski zespół, jaki kiedykolwiek istniał – a także na Kylesę i Sixty Watt Shaman, nie wspominając o całej masie innych zespołów reprezentujących pustynne brzmienia. Jestem uzależniony od srogich riffów i nic na to nie poradzę.

Nie będę nawet wymieniał wszystkich poznanych przeze mnie w tym roku wykonawców, bo moja ekskluzywna lista składa się z nich w połowie. Jednym z największych przełomów w dziedzinie poszerzania horyzontów jest dla mnie to, że odkryłem na nowo black metal. Ostatnie doświadczenia z tym gatunkiem miałem w gimnazjum i od tamtej pory uważałem go za nad wyraz czerstwy, ale w ostatnim czasie różne blacki, post-blacki i tego typu gejozy na tyle przeniknęły do popkultury, że nie sposób przejść obok tego zjawiska obojętnie. Zacząłem zgłębiać temat raczej przypadkowo, od „komerchy”, czyli nowego Behemotha i w dość krótkim czasie wkręciłem się w inne zespoły. Najciekawsze okazały się dla mnie Morowe, Entropia, Nachtmystium, Sólstafir i Alcest, czyli mimo wszystko bardziej „post” niż „black”. Przy okazji pierwszy raz w życiu wbiłem na black metalowy koncert i pierwszy raz spotkałem się ze zjawiskiem zasłony dymnej, spoza której nie widać sceny. Piekielne dźwięki wydobywające się z czerwonych oparów to całkiem zabawne doświadczenie.

Skoro o koncertach mowa, to ten rok był dla mnie pod tym względem zdecydowanie biedniejszy niż poprzedni, ale za to miałem okazję zobaczyć na żywo kilka całkiem znanych zespołów, które bardzo lubię. Największe wrażenie zrobił na mnie prawie 3-godzinny występ Crippled Black Phoenix, a w dalszej kolejności Kylesa i Planet Of Zeus. Ładnie bawiłem się też na koncertach paru polskich zespołów, w tym Ani Rusowicz, L.U.C i Dopelorda. Nie mogę też nie wspomnieć o niesamowitej wiksie, jaką stworzył Snowid z DJ Grzybem podczas drugiego dnia SpaceFestu. Już od dawna chciałem poczuć na własnej skórze jego elektroniczne pogańskie disco i wreszcie nadarzyła się okazja. Tak gorącego przyjęcia nie spodziewał się sam artysta i chyba nie będzie przesadą jeśli powiem, że ukradł show grającemu w tym samym czasie na dużej scenie The KVB. Poza tym ciekawym doświadczeniem był dla mnie pokaz niemych filmów z muzyką graną na żywo, dzięki któremu dowiedziałem się o istnieniu paru artystów specjalizujących się w różnych eksperymentalnych klimatach. Przyszły rok zacznie się srogo, od koncertu Crowbar w Gdyni, ale prócz niego nie zapowiada się w tej chwili nic, czym specjalnie bym się podniecał (pomijając Nisennenmondai w Warszawie, ale to Warszawa). Liczę przede wszystkim na lepszą edycję Soundrive Fest, bo tegoroczna zbytnio obfitowała w niezbyt pasjonujące indie.

Warto dodać, że w tym roku pojawiły się na rynku dwa muzyczne czasopisma, z czego zwłaszcza jedno stanowi ucieleśnienie moich marzeń – Noise Magazine. Nie sądziłem, że takie coś jest możliwe, ale Noise eksploruje dokładnie te obszary muzyki, które najbardziej mnie interesują, od sludge'u po alt-country. Jest jeszcze M/I, po którym oczekiwałem czegoś równie ciekawego, ale okazał się hipsterski do porzygu. Niemniej sam fakt, że muzyczna prasa w ogóle istnieje i dobrze się sprzedaje w dobie internetów, dobrze rokuje na przyszłość.

Tyle słowem wstępu. Pora na zestawienie 20 moich ulubionych płytencji, pieczołowicie wybranych spośród kilkudziesięciu, które w tym roku przesłuchałem. To z pewnością nie będzie lista zawierająca najlepiej oceniane czy powszechnie znane płyty, ale w końcu nie na tym polega idea prywatnych zestawień. Wielu albumów w moim guście pewnie jeszcze nie odkryłem, na niektórych się zawiodłem (o tym też będzie później mowa), a znając życie niektóre spodobają mi się dopiero za jakiś czas. Na ten moment nie mam jednak lepszych faworytów. Zaczynamy od końca:


20. Papir – IIII

Bardzo przyjemnie plumkający album, w sam raz na obudzenie się z samego rana. Mam sentyment do El Paraiso Records i jakieś dzieło z ich stajni musiało się tu znaleźć, a że nowa Causa Sui niczym mnie nie urzekła, to wybór padł na Papir. I trzeba im przyznać, że na IIII brzmią bardziej jak Causa Sui niż sama Causa Sui. Trochę za dużo wyszło mi tu o Causa Sui jak na fakt, że nie ma jej nawet na liście i chyba nie da się ukryć, że mimo wszystko ją uwielbiam. Ale Papir też sobie cenię, za ciepłe brzmienie i kwaśne improwizacje.
Ulubione: IIII.I, IIII.III

19. Sólstafir – Ótta

Nakręcany na ten zespół hype nie uważam za przesadzony. Co prawda z post-blacku w ich stylu został głównie doprawiony masą klawiszy „post” i islandzki chłód (metal gdzieś się zgubił po drodze), ale nie zmienia to faktu, że album jest bardzo mocny w kategorii lekkiej. Nie do końca mnie przekonuje jako całość słuchana od początku do końca, ale ma parę momentów, które bardzo mi się podobają (z tytułowym Ótta na czele – to obłędne banjo poniewiera). Dla mnie może to nie jest tegoroczne arcydzieło, ale na pewno wyjątkowa płyta.
Ulubione: Lágnætti, Ótta, Nón

18. Behemoth – The Satanist

To pierwsza płyta Behemotha jakiej kiedykolwiek przesłuchałem i o dziwo całkiem przypadła mi do gustu. Dzięki niej przekonałem się, że black metal nie gryzie i może być nawet przyjemny. Chociaż do blastów się raczej nigdy nie przekonam, to w takim srogim łojeniu z groźnymi minami pod rozmazanym makijażem też można znaleźć coś pozytywnego. The Satanist to dla mnie przede wszystkim ładne melodie w dosyć ekstremalnym wydaniu, bo sam przekaz pozostaje dla mnie czerstwy.
Ulubione: Blow Your Trumpets Gabriel, Messe Noire, Ora Pro Nobis Lucifer

17. John Garcia – John Garcia

Solowe dzieło wokalisty Kyuss nie zachwyca niczym oryginalnym, ale słucha się go z przyjemnością. Na pewno jest dla mnie ciekawsze niż nowy Brant Bjork, chociaż brzmi trochę za bardzo jak Hermano – projekt Garcii, który najmniej lubię. Nie da się ukryć, że Garcia lepiej sobie radzi ze swoimi dawnymi kolegami, o czym świadczy zeszłoroczna płyta Vista Chino, która niestety najpewniej pozostanie takim jednorazowym zrywem. Trochę brakuje mu pomysłów na samodzielną karierę, bo taki All These Walls żywcem wyjął z innego swojego projektu, Slo Burn. Tak czy inaczej, nie jest to wybitne, ale i tak bardzo dobre pustynne granie. I po prostu lubię typa.
Ulubione: His Bullets' Energy, Argleben, Her Bullets' Energy

16. Left Lane Cruiser – Slingshot

Blues to najbardziej męski gatunek muzyki jaki istnieje, a Left Lane Cruiser gra jego najbardziej męską odmianę – z mocno przesterowaną gitarą i przechlanym wokalem. To muzyka, od której rośnie dziadowska broda i włosy na klacie. Chociaż na nowej płycie tak naprawdę nie ma nic nowego (to zbiór ich starych, niewydanych do tej pory kawałków), to nie będę ukrywał, że podnieca mnie wszystko, co od nich wychodzi. Ich stare utwory są równie dobre, a w niektórych przypadkach nawet lepsze niż nowe dokonania na polu punk bluesa. Mimo że darcia mordy nie ma tu zbyt wiele i całość jest raczej lekka, to i tak dosyć surowa muzyka. Dla koneserów.
Ulubione: Don't Need Nothin' From Me, Slingshot, Huckleberry Twist

15. Colour Haze – To The Highest Gods We Know

Nie ma to jak miłe niespodzianki. Od jakiegoś czasu nie śledziłem poczynań Colour Haze, a tymczasem w połowie grudnia wyskoczyli z nowym albumem. I to na tyle dobrym, że rzutem na taśmę wbił się jeszcze na moją prywatną listę. Klasycy kraut stonera jak zwykle trzymają wysoki poziom, chociaż nie ma co ukrywać – przy 11 albumie studyjnym ciężko stworzyć coś zupełnie świeżego. Ciekawym elementem jest tytułowy, orientalnie brzmiący kawałek, w duchu krautowych tripów z lat 70. Poza tym jest trochę ładnych riffów, są psychodeliczne odjazdy, więc nie ma na co narzekać. Chcę więcej takich zaskoczeń.
Ulubione: Paradise, Überall, Call

14. The Shrine – Bless Off

Jedyny w swoim rodzaju panczurowaty stoner, stanowiący soundtrack do przemierzania kalifornijskich basenów na desce po zażyciu kwasu. Szerszy opis.
Ulubione: Tripping Corpse, The Duke, Spit In My Life





13. The Stubs – Social Death By Rock 'N' Roll

Uwielbiam tych gości, nawet mimo tego, że są z Warszawy. Grają prostego, garażowego rokendrola, w którym jest tyle pozytywnych emocji, że nie sposób go nie lubić. Ich poprzedni album przemieliłem już jakiś milion razy i wszystko wskazuje na to, że nowy też to czeka. To tylko dowód na to, że pewne schematy w muzyce się nie nudzą, a należą do nich rockowe hiciory okraszone bluesowym posmakiem i punkową energią. Fun fact: zaczyna być tradycją, że na nowej płycie The Stubs pojawia się jeden kawałek z poprzedniej, nagrany w wersji akustycznej. I brzmi nawet lepiej niż w oryginale. Czekam na cały set unplugged, najlepiej na żywo.
Ulubione: Young For Life, Evil Just Like That, Salvation Twist

12. 1000mods – Vultures

Grecja nigdy specjalnie nie kojarzyła mi się ze srogimi riffami, ale niedawno odkryłem drugi powód (pierwszym jest Planet Of Zeus), dla którego może się to zmienić. 1000mods to jedno z moich świeżych odkryć i przez pewien czas słuchałem ich bardzo namiętnie, bo najwyraźniej potrzebowałem porządnej dawki odmóżdżającego rocka. Nowa płytka wydaje mi się trochę słabsza od poprzedniej, ale to nie zmienia faktu, że tworzony przez nich stoner z psychodelicznymi wstawkami jak najbardziej do mnie trafia. Niektóre rzeczy przyjmuje się bezkrytycznie.
Ulubione: She, Horses' Green, Reverb Of The New World

11. Blues Pills – Blues Pills

Od początku miałem z nimi spory problem, bo chociaż spełniali wszystkie kryteria muzyki, którą lubię (retro hard/blues/psych rock), to nie potrafiłem się nimi zajarać. W magiczny sposób zmieniło się to niedawno, kiedy mimo lekkiej niechęci odpaliłem ich debiutancki longplej. I okazało się, że to wyjątkowo spójna płyta, na której wszystko jest na swoim miejscu: lekko zakurzone brzmienie, klimat z lat 60 i bardzo solidne granie. Chociaż większość kawałków wydali już wcześniej na epkach, to dopiero ich wersje z LP zrobiły na mnie pozytywne wrażenie. Zazwyczaj nie lubię takiego recyklingu, ale w tym przypadku pomógł mi się do nich przekonać.
Ulubione: Jupiter, River, Gypsy

10. Ty Segall – Manipulator

Kolejne odkrycie od razu trafiające w mój gust. Osobnik imieniem Ty Segall okazał się moim tegorocznym faworytem w temacie psychodelicznego rocka. Manipulator to już jego 7 album studyjny, a ja chwilowo nie mam żadnego punktu odniesienia do jego twórczości, bo to jedyna płyta, jaką znam. Nie przeszkadza mi to jednak się nią podniecać, bo tak konkretnej psychodelii nie słyszałem od dawna. To trwający blisko godzinę zbiór piosenek mocno osadzonych w garażowym brzmieniu lat 60, a mimo to łatwo przyswajalny i nie odrzucający surowością. Właśnie takiego stylu w retro graniu potrzeba światu.
Ulubione: Feel, The Faker, The Hand

9. Pet The Preacher – The Cave & The Sunlight

Bagniście stonerowy rarytas, w tej chwili jeden z moich ulubionych europejskich zespołów specjalizujących się w ciężkich riffach. Szerszy opis.
Ulubione: Let Your Dragon Fly, Remains, What Now





8. Black Moth – Condemned To Hope

Nowy Black Moth urzekł mnie od samego początku, kiedy zapoznałem się z dwoma dostępnymi przedpremierowo kawałkami. Co prawda właśnie one podobają mi się najbardziej z całej płyty, ale cała reszta też stoi na wysokim poziomie. Black Moth bardzo zgrabnie operuje w klimatach stoner/doom, a dodatkowo to jeden z niewielu rockowych zespołów z kobiecym wokalem, które mi odpowiadają. Spotkałem się w internetach z opiniami, że Harriet nie śpiewa już tak dobrze jak wcześniej, ale powiedziałbym, że to z jej strony bardziej doomowa maniera. Poza tym jest trochę lżej niż na debiucie i brakuje mi tutaj mocarnego basu, niemniej jednak to wciąż jedna z najprzyjemniejszych płytek, jakie w tym roku obsłuchałem.
Ulubione: Tumbleweave, Set Yourself Alight, Room 13

7. Se Delan – The Fall

Oniryczna podróż w brzmieniach z pogranicza dream popu i post-rocka. Bardzo nieszablonowo i bardzo kameralnie. Szerszy opis.
Ulubione: Beneath The Sea, Little One, Dirge






6. Dopelord – Black Arts, Riff Worship & Weed Cult

Dopelord wydał w tym roku małe, doomowe dzieło sztuki. Pełne zielska, kiczowatego okultyzmu i smacznych riffów. Szerszy opis.
Ulubione: Addicted To Black Magick, Acid Trippin', Pass The Bong






5. Boris – Noise

Smakowita mieszanka wszystkich gatunków, w jakich specjalizuje się Boris, od srogich dronów po lekki j-rock. Szerszy opis.
Ulubione: Melody, Vanilla, Quicksilver






4. Emma Ruth Rundle – Some Heavy Ocean

Powiew chłodnej, cmentarnej atmosfery w postaci ładnych ballad. Do tego z olbrzymim ładunkiem emocji. Szerszy opis.
Ulubione: Run Forever, Haunted Houses, Living With The Black Dog





3. Planet Of Zeus – Vigilante

Grecka odpowiedź na Clutch wygrywa u mnie w stonerowej kategorii. Ciężkie riffy zabarwione bluesem to coś, co nigdy mi się nie znudzi. Szerszy opis.
Ulubione: The Great Dandolos, Burn This City Down, Vigilante





2. H A R K – Crystalline

Lekko progresywny sludge, powalający mocarnymi rffami i szalonymi improwizacjami. Zdecydowanie najlepszy debiut tego roku. Szerszy opis.
Ulubione: Mythopoeia, Scarlet Extremities, Clear Light Of...





1. Crippled Black Phoenix – White Light Generator

Dzieło brytyjskiej supergrupy jest ostatecznie tym, które zrobiło na mnie największe wrażenie. Ta płyta od razu wpadła mi w ucho i zaraz obok genialnego I, Vigilante okazała się dla mnie najbardziej przyswajalna z całej dyskografii CBP. Jest świetnie zrównoważona pomiędzy spokojnymi utworami a mocnymi akcentami, przez co nie pozwala się nudzić, mimo że trwa grubo ponad godzinę. Wszystko podane w charakterystycznym dla nich stylu, łączącym prog- i post-rocka, z dodatkiem różnych innych gatunków. Trochę monumentalnie, trochę kameralnie, ale bez zbędnego nadęcia, typowego dla progresywnych brzmień. Do tego z całkiem pozytywnym wydźwiękiem jak na zespół, obracający się zazwyczaj w postapokaliptycznych klimatach. Ten album ostatnimi czasy dobrze wpasowywał się w mój nastrój, co pewnie też wpłynęło na to, że znalazł się na pierwszym miejscu.
CBP mogę śmiało uznać za moje najciekawsze muzyczne odkrycie tego roku i tym większe jest moje szczęście, że od razu trafiła mi się okazja, żeby zobaczyć ich na żywo. Po tym koncercie nie miałem wątpliwości, że będę do ich muzyki wracał jeszcze nie raz, z naciskiem na nowy album. To zresztą powinno być główne kryterium wyboru jakichkolwiek „płyt roku” – chęć odpalenia ich ponownie.
Ulubione: NO!, Black Light Generator, Parasites, We Remember You



Wypada też wspomnieć trochę o polskiej muzyce, bo na moją ekskluzywną listę trafiły tylko 3 pozycje, a znalazłoby się jeszcze parę ciekawych. Spodobał mi się nowy Echoes Of Yul, w połowie co prawda złożony z remiksów starych kawałków, ale za to wykonanych w dobrym stylu. Pozytywnym zaskoczeniem jest dla mnie gościnny udział na ich płycie iconAclassa; jego rapsy idealnie komponują się z mrocznym klimatem EOY. Z innych nowości, kolejna solidna porcja tradycyjnego stonera wyszła od Palm Desert, nic odkrywczego, ale kupuję w ciemno wszystko co wypuszczają. Całkiem porządny album nagrała też Sunnata (dawny Satellite Beaver), chociaż totalnie zamulone brzmienie trochę mnie od niego odrzuca. Z fali tegorocznego polskiego blacku, poza Behemothem, urzekła mnie najbardziej Furia, obracająca się w bardzo różnorodnych odcieniach tego gatunku. Z projektów, które lubię, wymienię jeszcze bardzo płodny duet Palmer Eldritch, który wydał świetny album razem z wokalistką Justyną Sylwią. Gatunkowo plasuje się gdzieś pomiędzy post-rockiem a trip-hopem; panowie ciągle zaskakują czymś świeżym.

Żeby za bardzo nie słodzić to dla odmiany będzie teraz parę rzeczy, które mi wyjątkowo nie podeszły. Najbardziej zrył mi banię swoim nowym materiałem Death Grips, który z zapętlonych sampli stworzył coś na granicy słuchalności, ale jeszcze większym rozczarowaniem była dla mnie ich decyzja o rozpadzie. I pomyśleć, że ani razu nie wpadli do Polski. Smuteczek. Na wyraźnie słabszym poziomie były też w tym roku Elysian Fields (za bardzo jazzowo jak na mój plebejski gust), clipping. (gdzie się podziały ściany nojzów?), Causa Sui (nażarli się za dużo kwasu i zupełnie odpłynęli), Nikki Lane (nuda zamiast fajnej americany), Sigiriya (mało ciekawy stoner w porównaniu do debiutu), Goat (ciągle fajna mieszanka kulturowa, ale nie pokazali nic nowego), Sleepy Sun (3 świetne kawałki to trochę za mało, reszta przynudza) i Brant Bjork (typowy stoner średnio mu wychodzi). Nie porwały mnie też nowe albumy „klasyków”, po których miałem spore oczekiwania: Earth, Electric Wizard i Orange Goblin – jak na razie moja reakcja na nie to tylko „meh”. Wypada na tym skończyć, bo wyjdzie mi tego więcej niż lubianych albumów. Nie mam tylko pojęcia do jakiej kategorii zaliczyć debiut Moodie Black, bo z jednej strony kwaśne rapsy w ich wykonaniu trafiają w mój gust, a z drugiej to chyba najcięższa rzecz, jakiej kiedykolwiek słuchałem. Powinni dostać jakąś nagrodę (złotą suchą bułkę?) za najbardziej dołujący album roku.

Na koniec coś o oczekiwaniach. Przede wszystkim liczę na nowe, miażdżące albumy od Sixty Watt Shaman, The Machine, Mississippi Bones i Ampacity. Wiem, że od jakiegoś czasu są w produkcji i spodziewałem się ich już w tym roku. Skoro się jednak nie pojawiły, to raczej na pewno pojawią się w przyszłym, jaram się już teraz. Mam też nadzieję, że zgodnie z zapowiedziami Turbowolf wyda wreszcie w kwietniu swoją drugą płytę, którą miętoli już co najmniej od zeszłego grudnia. I że nie będzie tak dziwna, jak to sugerują pokazane do tej pory kawałki. W przyszłym roku pewnie jak zwykle coś mnie zaskoczy, pozytywnie albo i nie, ale największą niespodzianką byłaby dla mnie reaktywacja Broken Betty. Epickim failem było z mojej strony zainteresowanie się tym zespołem dopiero w momencie kiedy zawiesił działalność. Załapałem się tylko na ich ostatni koncert, co oczywiście mnie nie satysfakcjonuje.
Mniej porażek i rozczarowań to w zasadzie jedyne, czego chciałbym doświadczyć w przyszłym roku, nie tylko w kontekście muzyki. Tego też życzę sobie i każdemu, kto przebrnął przez całość i dotarł do tego miejsca. Wszystkiego smakowitego. I na deser jeszcze raz CBP:

sobota, 13 grudnia 2014

Fresh tendrils – 2014 (2)

Blogas powoli staje się kwartalnikiem, ale ciągle się trzyma, przynajmniej dopóki mam jeszcze jakieś resztki zapału do pisania. To będzie część druga (i ostatnia) podziwiania stosunkowo świeżych wydawnictw przed ostatecznym podsumowaniem na koniec roku. Wyszedł mi tu chyba dosyć różnorodny zestaw i zresztą ciężko, żeby było inaczej, skoro pojawia się tu jeden z najbardziej eklektycznych zespołów jakie znam. Tyle słowem wstępu, czas na muzykę.


The Shrine – Bless Off


Zaczynamy od strzału w ryj. To będzie energiczna mieszanka hard rocka, skate punku i stonera, która nie stara się udawać, że jest ambitną muzyką i właśnie w tym tkwi jej urok. The Shrine pochodzi z Venice w Kalifornii, gdzie w latach 70 narodził się nowy styl jazdy na desce. Nie wspominam o tym bez powodu, bo ich muzyka wręcz kipi od anarchistyczno-skejtowej agresji. Panowie bardzo dobrze wpasowują się w deskorolkową tradycję swojego miasta, nie stroniąc od śmigania po pustych basenach i produkując blaty z własnymi wzorami. Bless Off to ich trzecie wydawnictwo i zarazem jedna z tegorocznych płytek, które wałkowałem najwięcej razy. To o tyle ciekawe, że nigdy nie ciągnęło mnie specjalnie do panczurowych klimatów, ale ostatecznie przekonałem się do tego zespołu po ich szalonym koncercie w Gdyni w zeszłym roku. Od tamtej pory czekałem na nową płytkę i nie zawiodłem się – to wyborny materiał, warty przynajmniej paru obsłuchań.
Bless Off jest trochę (ale tylko trochę) mniej punkowy od poprzedniego albumu – Primitive Blast. Zawiera więcej kawałków opartych na masywnych riffach, chociaż i tak ciężko sklasyfikować je jako tradycyjnie brzmiący stoner, bo utrzymane są co najwyżej w średnim tempie, a wszędzie roi się od dzikich, niedbałych improwizacji. Najwolniejszymi numerami są The Duke i Nothing Forever, który poza jednym obłędnym fragmentem opiera się na pojedynczym riffie. Nie ulega wątpliwości, że dynamika i bezkompromisowe granie to główne walory tej płyty. Nie ma tu nic szczególnie odkrywczego, ale słucha się tego przyjemnie, bo kawałki mają bardzo piosenkową formę i wpadające w ucho melodie. Spośród moich ulubionych mogę wymienić jeszcze Tripping Corpse, Spit In My Life czy Napalm.
Album pasuje całkiem dobrze do zobrazowania życia zmarłego w tym roku Jaya Adamsa – punk, deskorolka, narkotyki, to wszystko wybrzmiewa elegancko w muzyce The Shrine. Odrobina wesołego nihilizmu raz na jakiś czas nie zaszkodzi.



Boris – Noise


Boris to japoński zespół, o którym można napisać naprawdę dużo. Zaczynając od tego, że bardzo lubi eksperymentować z nowymi brzmieniami i nie zamyka się na jeden gatunek muzyki. Najbardziej znani są ze swoich drone'owych tripów, ale w ich dyskografii (liczącej ok. 20 albumów studyjnych) przewijał się też m.in. stoner, ambient, hardcore, noise, shoegaze i j-pop. Część z tego szerokiego spektrum gatunków można usłyszeć na nowej płytce, z przekory nazwanej Noise, chociaż jest melodyjna i stosunkowo mało hałaśliwa. Przynajmniej w porównaniu do wielu innych wytworów ich muzycznych fantazji.
Najnowsze dzieło trójki Japońców to chyba najbardziej przystępna i jednocześnie przekrojowa płytka w całej ich dyskografii, w sam raz dla neofitów, którzy chcieliby bliżej zapoznać się z Borysem. W tym trwającym blisko godzinę materiale znajdzie się coś smakowitego dla każdego. Praktycznie każdy utwór składa się z jakiejś eksperymentalnej mieszanki, podstawą której jest głównie noise rock i shoegaze. Nic tu nie jest jednoznaczne i monotonne, bo klimat zmienia się jak w kalejdoskopie. Okazyjnie pojawiają się cięższe riffy (Vanilla), by za chwilę rozluźnić atmosferę typowo radiowym rockiem (Taiyo no Baka) albo dla odmiany odpalić szaleńczo rozpędzone monstrum (Quicksilver). Z drugiej strony jest parę spokojniejszych momentów, jak rozbudowany, gęstniejący z każdą minutą Angel i ambientowy usypiacz na sam koniec (Siesta). Całość przyprawiona typowo japońskim kwasem.
Mimo takiego gatunkowego rozstrzału nie czuć tutaj specjalnych zgrzytów. Wszystko ładnie się ze sobą zazębia i widać, że to materiał nagrany przez doświadczoną ekipę, świadomą swoich poszukiwań. Atsuo, Wata i Takeshi praktycznie od początku grają w niezmienionym składzie, więc można z powodzeniem zakładać, że dobrze znają swoje upodobania i nadają na tych samych falach. Co prawda odchodzą trochę od radykalizmu ze swoich starszych płytek, ale to żadna strata, bo z ładnymi piosenkami radzą sobie równie dobrze. Boris to po prostu klasa sama w sobie. Nie wydali jeszcze słabej płyty i nic nie wskazuje, żeby miało się to zmienić.



Pet The Preacher – The Cave & The Sunlight


Jedno z moich najciekawszych odkryć w tym roku w kategorii szeroko pojętego stonera. Pod nazwą Pet The Preacher kryją się trzej panowie pochodzący z Danii, którzy mają na koncie dwie epki i dwa longpleje. Ich tegoroczny album prezentuje się w tym gronie zdecydowanie najlepiej.
Chyba największą zaletą tej płyty jest fakt, że unika banału i wyświechtanych klisz, mimo całkiem przebojowych riffów. To dla mnie o tyle istotne, że im bardziej zagłębiam się w stoneropodobne klimaty, tym ciężej jest mi odkryć coś, czego jeszcze bym nie słyszał. Duńczykom udała się ta sztuka i zdołali w tym gatunku nagrać całkiem świeży materiał, który zapada w pamięć i nie nudzi się po pierwszym przesłuchaniu. Co więcej, na tej płycie roi się od hiciorów. Pojawiają się jeden po drugim już na samym początku, zaraz po nastrojowym The Cave, otwierającym płytę. Pierwszym (i zdecydowanie moim ulubionym) mocarnym akcentem jest Let Your Dragon Fly, oparty na potężnym, wpadającym w ucho riffie. Potem jest równie dobrze: Kamikaze Knight z bębnami w roli głównej, zalatujący bluesowym bagnem Remains czy najbardziej pustynny z tego zestawu Fire Baby. Ta płyta oferuje sporo ładnych piosenek o wyjątkowo masywnym brzmieniu, jednocześnie wykraczając często poza schemat zwrotka–refren. W drugiej połowie traci impet, pogrążając słuchaczy jeszcze bardziej w błotnistym klimacie, czego przykładem może być posępny, zahaczający o doom What Now. Trzeba zaznaczyć, że płyta brzmi bardzo europejsko – to z pewnością nie jest typowy piach z Palm Desert, ale raczej duńskie mokradła. Taki styl grania przywodzi mi na myśl Truckfighters (którzy swoją drogą też wydali w tym roku przyzwoity album), tylko o parę kategorii wagowych cięższy. Warto jeszcze dodać, że prócz smakowitych riffów Pet The Preacher może się pochwalić wybitnie adekwatnym do stonera wokalem, chyba jednym z najciekawszych rockowych głosów jakie słyszałem.
Podsumowując, jeśli ktokolwiek słuchający stonera ma (całkiem uzasadnione) wątpliwości czy w tym gatunku da się jeszcze stworzyć coś w miarę oryginalnego, powinien sprawdzić ten album. Trochę żałuję, że minęły mnie już dwie okazje, żeby zobaczyć tych panów na żywo w naszej paskudnej stolycy, bo w tej chwili to jeden z zespołów, przy których miałbym największą ochotę wytrzepać trochę łupieżu z głowy.



Se Delan – The Fall


Ostatni album na tej liście będzie dla odmiany w (stosunkowo) czilautowym klimacie. Se Delan to świeżutki projekt, za którym stoją dwie osoby powiązane z supergrupą Crippled Black Phoenix (o której było już w skrócie tutaj) – jej lider Justin Greaves i udzielająca się wokalnie Belinda Kordic. Trzeba przyznać, że nie odcinają się do końca od swojego macierzystego zespołu, bo w ich twórczości wyraźnie słychać naleciałości z CBP. Jest jednak parę rzeczy, które wyraźnie odróżniają te grupy (o ile dwie osoby to już grupa).
Zaczynając od podobieństw: tak jak w przypadku CBP, ich muzyki nie da się łatwo sklasyfikować. To mieszanka prog- i post-rocka, na tle której snuje się subtelny, dream popowy wokal w stylu Mazzy Star, w efekcie czego powstała totalnie oniryczna, pobudzająca wyobraźnię muzyka. W brzmieniu dosyć podobna do tego co oferuje CBP, tyle że przedstawiona w dużo prostszej, piosenkowej formie. Atmosfera też jest znacznie bardziej kameralna, sprzyjająca samotnym posiedzeniom nad The Fall. Jest w tych dźwiękach coś, co przywołuje wspomnienia z dzieciństwa i ten nostalgiczny klimat budowany jest przez całą płytę, począwszy od mocnego intra, kończąc na smutnawym Lost Never Found. Nie pasuje mi tu tylko ciężki, wypełniony samplami The Hunt, jak dla mnie jedyny słaby element albumu. Świetnych utworów jest za to pełno: akustyczny Beneath The Sea, poruszająca ballada Little One, wybijany marszowym rytmem Dirge czy zalatujący shoegaze'owym hałasem On My Way. W całość dobrze wkomponowuje się też cover Today z repertuaru Jefferson Airplane, zagrany we własnym stylu, ale nie odbiegający zbytnio od oryginału.
The Fall idealnie trafił w mój gust i cieszy mnie, że Se Delan nie jest określany jako jednorazowa przygoda czy zwykły poboczny projekt. Justin Greaves i Belinda Kordic zamierzają poświęcić mu sporo uwagi i dalej nagrywać pod tym szyldem, wobec czego pozostaje mi tylko czekać na kolejną porcję ich wyjątkowego muzycznego oniryzmu.


Następnym razem wrzucę zapewne muzyczne podsumowanko roku i moje osobiste TOP 20. I już raczej bez kilkumiesięcznych opóźnień.