sobota, 20 września 2014

Fresh tendrils – 2014 (1)

Ta notka miała się pojawić już lipcu, ale permanentny brak weny skutecznie to uniemożliwił. W końcu jednak ruszyłem dupkę i dokończyłem ten nieszczęsny, rozgrzebany od dawna tekst, bo nie zamierzam tak szybko porzucać blogaska. Oto i on, odradza się jak peniks z fapiołów.
Chciałem tu tylko powiedzieć, że 2014 obfituje w dobre płytki. I to nie tylko z gatunków, które interesują mnie najbardziej, chociaż trochę smacznych stonerów też już się w tym roku pojawiło. Jak do tej pory nie poświęcałem na blogasie zbyt wiele miejsca nowościom, więc wypadałoby to nadrobić, zanim ujawnię wszystkie moje ulubione albumy w zestawieniu pod koniec roku. Zaprezentuję więc teraz parę płytek, które zrobiły na mnie jak na razie największe wrażenie. Ta krótka lista nie jest oczywiście kompletna, ale stanowi dobry zarys tego, co ostatnimi czasy podoba mi się najbardziej.


Emma Ruth Rundle – Some Heavy Ocean


Na pierwszy ogień coś spokojnego. Emma Ruth Rundle to bardzo utalentowana pani, udzielająca się w paru zespołach, a najbardziej znana jest jako gitarzystka post-rockowego Red Sparowes. Oprócz tego zajmowała się też solowym graniem, ale taki własny album z prawdziwego zdarzenia wydała dopiero w tym roku. Jej pierwsza płytka, Electric Guitar One, to bardziej instrumentalny eksperyment zakorzeniony w drone'owo-ambientowych klimatach. Wypełniona jest snującymi się gitarowymi pomrukami, które przypominają bardzo soundtrack do Truposza autorstwa Neila Younga i nim też pewnie były inspirowane. Całość ma jakieś pół godziny i była nagrywana w vanie, podczas trasy Red Sparowes po Europie w 2010 roku, przez co ma też taki peregrynacyjny wydźwięk. Z kolei pachnący jeszcze świeżością Some Heavy Ocean to w pełni stacjonarne wydawnictwo, tym razem już z wokalem.
Krótko mówiąc, nowa płyta Emmy jest po prostu genialna. Idealnie wyważona pomiędzy post-rockiem a folkowymi balladami, momentami zahacza nawet o drone. Wszystko jest utrzymane w ponurym tonie, może tylko z małymi przebłyskami słońca w bardziej folkowych kawałkach. Nie ma tu miejsca na pozytywne doznania, w tekstach roi się od duchów i cmentarnych klimatów, przez co album wprowadza w bardzo melancholijny nastrój. W sam raz do rozważań na temat sensu istnienia podczas przesiadywania na pustej plaży o zachodzie słońca, gdy spienione fale monotonnie obmywają brzeg, a zimny wiatr przenika do samego wnętrza duszy. Rzadko kiedy nachodzi mnie ochota na muzykę, od której tak bardzo wieje chłodem, ale ten album po prostu chłonę. Nie ma tu ani jednej zbędnej nuty, wszystko splata się w dokładnie obmyśloną mozaikę. Do tego dochodzi śliczny wokal, jedna z najmocniejszych stron tej płytki. Jako totalny laik nie zwracam uwagi na sprawy techniczne, tylko na samo brzmienie głosu i wyrażane nim emocje. Tym bardziej w przypadku wokalistek. Wystarczy chyba powiedzieć, że są takie panie, które samym swoim głosem wykręcają mi suty o 180 stopni i to jest właśnie jedna z nich.
Album sprawdza się najlepiej jako spójna całość, ale posiada oczywiście mocniejsze punkty, które podobają mi się najbardziej. Należą do nich powalające ładunkiem emocji Run Forever i Haunted Houses, bardzo smutno-folkowy Oh Sarah i kończący płytę drone'owy kolos, od którego wibruje mi wszystko dookoła – Living With The Black Dog. To wyjątkowo ciężkie zakończenie, muzycznie najbardziej zbliżone do pierwszej solowej płyty.
Emma Ruth Rundle to zdecydowanie jedna z najciekawszych wokalistek, jakie odkryłem ostatnimi czasy i mam nadzieję, że zaprezentuje jak najszybciej jakiś nowy materiał. Tym bardziej, że zbliża się jesień, czyli odpowiednia pora na słuchanie smętów.



H A R K – Crystalline


Zmiana klimatu na coś zdecydowanie cięższego. Zespół znany też jako Hark albo HARK (ja wolę się trzymać najbardziej groźnie brzmiącej wersji H A R K) wypuścił w marcu swój debiutancki album, którym powalił mnie na kolana. Trzech panów pochodzących z UK gra nieco progresywną odmianę sludge'u, która w pierwszej chwili przywiodła mi na myśl Red Album autorstwa Baroness. W wypadku H A R K progresywności jest jednak znacznie mniej, bo nacisk położony jest na bezkompromisowe, srogie łojenie, ale i tak pojawiają się tu nieraz gitarowe ekscesy. Chociaż ciągle jeszcze oswajam się z tego typu graniem, to w takiej formie łykam je jak młody pelikan rzęsę.
H A R K powstał w 2010 roku z inicjatywy członków paru zespołów, z których najbardziej odznacza się walijski Taint. Taint to kolejna sludge'owa bestia, dla mnie trochę ciężkostrawna, ale w gruncie rzeczy blisko spokrewniona ze stylem, jaki reprezentuje H A R K. Za podobnym brzmieniem stoi przede wszystkim wokalista i gitarzysta obu zespołów, Jimbob Isaac. Ten pan jest też przy okazji ilustratorem i narysował bardzo ładną okładkę dla Crystalline, po której ktoś bardziej obeznany w temacie może już w sumie wywnioskować treść. Pod tym względem sludge jest dosyć przewidywalny.
Parę słów o samym albumie. Crystalline to dokładnie to, czego oczekuję od turbociężkiej muzyki – agresja, chaos i zniszczenie, bez chwili odpoczynku. Płytka idealnie pasowałaby do zobrazowania wojny w postapokaliptycznym świecie, gdzie z jednej strony pojawia się nieobliczalna futurystyczna technologia, a z drugiej archaiczne, sunące przez radioaktywne błoto cyklopowe czołgi. Kawałki są o tyle ciekawie skomponowane, że łamiące kości riffy nie powtarzają się w nieskończoność, ale co chwilę przechodzą w dzikie improwizacje, by następnie strzelić w ryj kolejną porcją rytmicznego hałasu albo zupełnie zwolnić tempo do prędkości ślimaka pełznącego w smole. To zróżnicowany, a przy tym bardzo równy album, dopracowany w najdrobniejszych szczegółach.
Ciężko mi wyróżnić ciekawsze kawałki, bo praktycznie każdy się jakoś pozytywnie odznacza, ale do moich ulubionych należą: Mythopoeia, wydana już wcześniej na epce pod tym samym tytułem, Scarlet Extremities z miażdżącym riffem, i najbardziej zalatujący progiem z całego zestawu Clear Light Of..., z gościnnym udziałem Neila Fallona. Swoją drogą, gdyby nie wokalista Clutch, to nie dowiedziałbym się tak szybko o tym albumie.
Na koniec mała filologiczna dygresja: słowo „hark”, pomijając skojarzenia z flegmą, po staroangielsku oznacza „słuchajże”. I takiego charkania faktycznie można słuchać z przyjemnością.



Planet Of Zeus – Vigilante


Pora na konkretny, tradycyjny stoner, bo zdecydowanie za mało go było jak do tej pory na tym blogasie. Planet Of Zeus to grecki zespół, którym jaram się już od dobrych paru lat, a ich tegoroczny album pozamiatał mną jeszcze bardziej niż dwa poprzednie. Oczekiwałem od nich kolejnej dobrej płyty, a dostałem bardzo dobrą, i już to wystarczy, żeby napisać o niej parę słów.
Na ekipę składa się czterech gości z Aten, którzy zaczęli grać w 2000 roku, a swoje płytki wypuścili kolejno w 2007 i 2011 roku. Prezentowały sobą bardzo zgrabnego, ale raczej nieskomplikowanego stonera, zalatującego trochę southern rockiem, dlatego tym bardziej cieszy mnie, że ich styl wskoczył teraz na wyższy poziom. Panowie poszli wyraźnie w ślady Clutch i postanowili zaczerpnąć nieco inspiracji z korzeni muzyki rockowej, czyli z bluesa. I wyszło im to zdecydowanie na dobre.
Poprawiło się wszystko, zaczynając od brzmienia, które nabrało mięsistego charakteru poprzez bardziej wyrazisty bas. Kawałki nadal zawierają duże ilości piachu i srogiego łojenia, ale Planet Of Zeus trochę spuścił z tonu, przenosząc się duchowo w rejony delty Mississippi. Jest tutaj dużo więcej czilautowego bujania (jak na stonerowe standardy), a bluesowy feeling bez przerwy wylewa się spomiędzy stonerowych riffów. Najbardziej słychać to w takich utworach jak A Girl Named Greed i tytułowy Vigilante, brzmiących dokładnie tak, jak mógłby to zagrać Clutch. Nie brakuje tu też petard w starym stylu, z których najbardziej przemawia do mnie otwierający płytę The Great Dandolos, napisany na cześć greckiego hazardzisty Nikosa Dandolosa. Tak smakowitych riffów jak w tym kawałku nie słyszałem już dawno.
W dużym skrócie, Vigilante to album nadający się równie dobrze do śmigania muscle carem po pustynnych bezdrożach jak i posiedzeń na werandzie w upalne wieczory, obowiązkowo w bujanym fotelu i ze strzelbą na kolanach. Ogólnie z muzyki Planet Of Zeus bije całkiem spory autentyzm jak na zespół, który próbuje wpasować się w dość odległe kulturowo klimaty amerykańskich pustkowi. Myślę, że to w dużej mierze zasługa wokalisty i gitarzysty Babisa (fun fact: urodził się tego samego dnia co ja, tylko 5 lat wcześniej). Pan Babis to rodowity Grek, a mimo to potrafi zacharczeć jak 50-letni redneck, z prawdziwie południowym akcentem. Bardzo miło się tego słucha.
Niedawno miałem wreszcie okazję zobaczyć ich na żywo i mimo że grali stosunkowo krótko, to wyniosłem z tego koncertu jak najbardziej pozytywne wrażenia. Kark napieprzał mnie jeszcze przez tydzień, co mówi chyba samo za siebie.



Pierwsza trójka zaliczona. Mam nadzieję, że uda mi się jeszcze w tym roku opisać parę smakowitych albumów, a jest ich naprawdę sporo. TOP 20 będzie srogim wyzwaniem.