środa, 9 lipca 2014

Vulture has landed

Opadł bitewny kurz, czas się wziąć za pisanie. Odbył się właśnie koncert, na który nakręcałem się już od dobrych paru miesięcy, więc byłoby wielce nietaktowne by o nim tutaj nie wspomnieć. Tym bardziej, że jak na razie ten rok jest wyjątkowo ubogi w występy zagranicznych grup, które mnie interesują. A ten akurat interesował mnie jak cholera.

Kylesa


Amerykański kolos w gatunku sludge. Założony w 2001 roku, pierwsze trzy albumy miał utrzymane bardziej w panczurowych klimatach crust/hardcore, ale trzy kolejne to już konkretny, monstrualnie ciężki sludge, na ostatnim wydawnictwie zahaczający nawet o progresywny metal. Od 2006 roku ekipa działa z dwoma perkusistami, co nadaje ich muzyce jeszcze bardziej potężne brzmienie. Wokalistów też jest dwóch, pan od krzyczenia i pani od śpiewania – Philip Cope i Beata Kozidrak. Pardą, Laura Pleasants. No nie mogę wymazać z głowy ich podobieństwa. What have been seen...
Z takich ciekawostek, nazwa zespołu pochodzi od pojęcia „kilesa mara”, buddyjskiej nauki o splamieniach umysłu. Pasuje całkiem nieźle do ich mocno ponurych kompozycji. Na co dzień wolę muzykę niosącą trochę więcej pozytywnych emocji, ale Kylesy mógłbym słuchać na okrągło. I to biorąc pod uwagę, że sludge wchodzi mi dosyć ciężko.
Dyskografia Kylesy to sześć albumów studyjnych, a mój ulubiony, Static Tensions, jest czwartym w kolejności. Zawiera największą ilość hiciorów, spośród czego cztery zostały zagrane na żywo. Niemal równie dobry jest wydany jako kolejny Spiral Shadow, z którego pojawiło się na koncercie tyle samo kawałków. Z kolei do zeszłorocznego Ultraviolet musiałem się przekonywać dosyć długo, bo zdecydowanie odróżnia się stylem od poprzednich dokonań, ale w końcu doznałem iluminacji i doceniłem jego wielkość. Ta płyta jest naprawdę świetna, mimo wielu niepochlebnych opinii, jakie widziałem w necie na jej temat.
Tyle w kwestii krótkiej prezentacji głównego bohatera. Kylesa zasługuje na bardziej rozwinięty opis, ale tym razem skupię uwagę na koncercie, który miał miejsce 8 lipca w Gdańsku. Zanim do tego przejdę, mała próbka ich brzmienia:



Koncert odbył się we wspomnianym tu już przeze mnie wybornym klubie B90. Frekwencja nie zachwyciła, bo na dużej sali zmieściłoby się z powodzeniem jeszcze parę milionów osób, ale ci, którzy przybyli, i tak bawili się bardzo ładnie. Dotarłem na miejsce na tyle wcześnie, że obejrzałem cały występ supportu, chociaż ten nie był specjalnie zachwycający. Przed główną gwiazdą grał bowiem Lazer/Wulf, z którym Kylesa wspólnie jeździ po Europie. To strasznie pokręcony eksperymentalny metal, w dużej mierze instrumentalny, w którym frazy zmieniają się szybciej niż zdąży się powiedzieć „ten riff jest dobry”. Dwa pierwsze kawałki wydawały mi się słuchalne, ale potem zaczęło się to robić nudne. Nie pomógł nawet performance w postaci spadającej gitary, przewracającego się mikrofonu i tarzania się po ziemi, żeby do niego nakrzyczeć. Na dodatek ich występ trwał koszmarnie długo jak na support, bo jakąś godzinę, czyli niewiele krócej od Kylesy.
W międzyczasie poświęciłem większą uwagę stoisku z suwenirami, gdzie zaopatrzyłem się w całkiem tanią jak na zachodnio-koncertowe standardy koszulinę. Kylesa to swoją drogą zespół, który wyprodukował jakiś tysiardyliard wzorów ze swoim logo, a tych, które ze sobą mieli, nawet nie kojarzyłem. W każdym razie kupiłem to co było, żeby poczuć się w pełni przygotowanym na mającą się niedługo zacząć jazdę.
W gruncie rzeczy już wcześniej byłem całkiem nieźle przygotowany, bo przestudiowałem setlistę, która jest grana podczas tej trasy i przez parę poprzednich dni męczyłem mające się pojawić kawałki. To w sumie pierwszy raz, kiedy obczaiłem repertuar przed koncertem, co ma swoje zalety, ale i wady, bo obyło się bez pozytywnych zaskoczeń. Kylesa wkroczyła na scenę bez opóźnień i zagrała dokładnie ten przewidziany set, wliczając w to dwa utwory na bis. Był ogień.
Zaczęło się od paru kawałów ze Spiral Shadow. Pod sceną zaczęło się robić wesoło przy czwartym, jednym z najbardziej pozytywnych w dyskografii Don't Look Back. Dynamiczny, panczurowy przerywnik w postaci Bottom Line i ruszyły utwory z eksperymentalnego Ultraviolet. Ale zanim to nastąpiło, pojawiło się krótkie perkusyjne solo. W tym miejscu mała dygresja: strasznie się nastawiałem na usłyszenie na żywo dwóch perkusji i trochę się zawiodłem, bo bębny nie były jakoś specjalnie wyeksponowane. Na płytach czuć wyraźnie tę potęgę, ale w wersji live zlewały się w jeden zestaw, wyjątkiem był ten solowy fragment. No trudno. Spośród kawałków z najnowszej płyty najlepiej wybrzmiał dla mnie We're Taking This, jego riffy naprawdę poniewierały swoim ciężarem. W dalszej kolejności pojawił się Hollow Severer – ponowny skok do starszych, nieco crustowych klimatów – i wreszcie to, na co czekałem, utwory ze Static Tensions. Scapegoat wywołał dziki entuzjazm, w tym też i mój, bo ten kawałek chciałem usłyszeć najbardziej. Po wykonaniu świetnego Running Red ekipa zeszła ze sceny, ale niekończące się brawa i skandowania zmusiły Kylesę do powrotu i zakończenia setu ostatnimi dwoma utworami. Całość trwała nieco ponad godzinę, jak na mój gust stanowczo za krótko. Z chęcią dopisałbym do setlisty jeszcze parę kawałków, zarówno srogich jak i spokojniejszych, ale nie można mieć wszystkiego.
Ogółem wszystko zagrało tak jak powinno, bez żadnych ekscesów w stylu przewracających się mikrofonów. Ale jest jeszcze jedna rzecz, na którą mogę ponarzekać: mogło być zdecydowanie głośniej. Liczyłem na dzwonienie w uszach jeszcze przez dwa dni po koncercie, a tymczasem było pod tym względem raczej przeciętnie. I tak jestem zadowolony, bo to jeden z zespołów, które chciałem zobaczyć bardzo bardzo. Na swojej liście must see mam jeszcze sporo pozycji i pozostaje mi mieć nadzieję, że będę miał okazję z niej coś odhaczyć w niedalekiej przyszłości.
Standardowo na koniec krótki klip, który oczywiście nie prezentuje klimatu, jaki można było poczuć na żywo, ale to zawsze jakaś namiastka. Tak było, Unspoken: