poniedziałek, 23 czerwca 2014

Kingu Kongu tai Gojira

Japończycy to wyjątkowo osobliwy naród. Nawet nie będę próbował wnikać w meandry ich porytej mentalności, bo wszelkie próby jej ogarnięcia są z góry skazane na porażkę. Tylu chorych pomysłów na m2 nie ma w żadnym innym kraju, ale ciekawy jest fakt, że to zrycie przeradza się u nich często w absolutnie genialną twórczość. W ich kulturze te dwie sfery są na tyle przemieszane, że naprawdę ciężko jest wyczaić gdzie kończy się wytwór chorej wyobraźni a zaczyna arcydzieło. Dodajmy do tego zdolność przekształcania zachodnich wzorców w coś zupełnie nowego (vide japońska nowa fala) i otrzymamy naprawdę fascynującą kulturę. Przynajmniej pod pewnymi względami.
Jakiś czas temu zainteresowałem się psychodelicznym rockiem tworzonym na dalekim wschodzie, a zainspirował mnie do tego tamtejszy klasyk z lat 70, Flower Travellin' Band. Nie musiałem nawet zbytnio się zagłębiać w temat, przy pierwszym z brzegu zespole opadła mi szczena. Powiem tak: odkryłem El Dorado kwasu. Magiczną krainę wypełnioną hałasem i szaleństwem. Coś pięknego. Nie wiem czy to ich wrodzony perfekcjonizm, czy też kwestia niesamowitego wyczulenia na kwas, ale japońskie zespoły tworzą w tych klimatach naprawdę wyjątkową muzykę. Psychodelia w ich wykonaniu ma w sobie coś totalnie dzikiego i agresywnego. Lekki powiew chaosu – dokładnie tego mi od dawna brakowało.
Generalnie spora część psychodelicznej japońskiej sceny skupia się w wydawnictwie P.S.F. Records, będącym jak szczęśliwa, dysfunkcyjna rodzina. Jego działalność sięga początku lat 80 i wiąże się w dużej mierze z zespołem, od którego P.S.F. wzięło swoją nazwę. A oto i on, pierwszy potwór na tej liście:


High Rise


Eksplozja mózgu na dobry początek. High Rise to jeden pierwszych uber kwaśnych japońskich zespołów jakie poznałem i jak na razie pozostaje moim faworytem. Urzekł mnie od razu tym, co lubię i szanuję w muzyce najbardziej – sążnistymi riffami i pokręconymi improwizacjami, a tych drugich jest tu istne zatrzęsienie. Co ciekawe, mimo tak wysokiego stężenia psychodelii, zespół deklarował się jako stricte antynarkotykowy. Jak widać nie trzeba ćpać, żeby mieć nierówno pod kopułą, wystarczy być Japończykiem.
Zespół został założony w 1982 roku, a pierwszą płytę wydał jako Psychedelic Speed Freaks, pod tym samym tytułem. Muzyka bardzo ciężkostrawna, co wynika głównie z beznadziejnej, turbosurowej jakości nagrania na żywo, bo same nuty nie odbiegają zbytnio od późniejszych dokonań. Słuchanie tej płytki to w każdym razie ciekawe doświadczenie, kojarzy mi się z łapaniem na zdezelowanym odbiorniku radiowym koncertu nadawanego z jakiejś stacji kosmicznej, przebijając się przez ścianę szumów. Sama nazwa PSF bardzo dosadnie określała rodzaj granej muzyki i nawet trochę zbyt dosadnie, bo szybko została zmieniona na High Rise, jako nawiązanie do powieści J. G. Ballarda, którą czytał wtedy perkusista. Panowie pod tym szyldem wydali cztery płytki, stylowo trochę różniące się między sobą, a do tego po dwa albumy live i kompilacyjne.
Pierwsze w kolejności studyjne nagranie, High Rise II, jest chyba najbardziej strawne dla przeciętnego słuchacza, bo kawałki mocno zalatują tu garażowym rock'n'rollem. Ich piosenkowa forma wynika z mało oryginalnego stylu wspomnianego perkusisty. Koleś był bardziej przywykły do standardowych form niż do kwasowych odjazdów, przez co nie wpasował się za dobrze w szaleństwa gitarzysty. Na drugiej płytce, Dispersion, zmienia się bębniarz i przy okazji też styl grupy. Zwalniają trochę tempo i urozmaicają kompozycje, w których pojawia się teraz więcej oddechu i eksperymentów. Przykładem tego jest końcowy Deuteronomy, oparty na powolnym basie albo mój ulubiony Sadducees Faith – 15 minut improwizacji spięte klamrą ciężkiego, stonerowego riffu. Dispersion to też najdłuższy album w dyskografii, chociaż trwa niecałą godzinę, czyli bez szału. Następna w kolejności wydana została świetna płyta Live, nie tak straszna pod względem jakości jak PSF. Kawałki nawet zyskują w wersjach na żywo, bo stają się dzięki temu bardziej brudne i drapieżne. Czyste brzmienie zostawmy dla popu, rock im bardziej jest chropowaty, tym lepszy. Trzeci studyjny album, Disallow, to powrót do krótszych, obłąkańczych form, z jednym wyjątkiem, w postaci zamykającego płytkę, mocno eksperymentalnego Grab. Ten kawałek niejako zapowiada to, co będzie się działo na ostatnim wydawnictwie, pod nazwą Desperado (panowie bardzo gustują w literze D). Tutaj muzyka ma w sobie już niewiele z rocka, a wędruje raczej w stronę awangardy, przybrudzonej oczywiście standardowym hałasem. Ciężkie nawet dla mnie.
Dyskografia High Rise kończy się na roku 1998, ale w psychodelicznej krainie nic nie ginie, bo jego członkowie pozostali aktywni w innych projektach. A jednym z nich jest kolejny na mojej liście Mainliner.



Mainliner


Pora na coś mocniejszego. O ile High Rise więcej czerpał z tradycyjnej psychodelii, to Mainlinera można śmiało zaszufladkować jako noise rock. I to NOISE z wielkich liter. Ta muzyka brzmi po prostu jak nagrywana kartoflem. Jest kwintesencją brudu i hałasu, czyli standardowych cech rocka, ale doprowadzonych do ekstremum. Wokalu nie rozumieją prawdopodobnie nawet Japończycy. Idealna rzecz dla osób o naprawdę zrytej bani, albo takich, którzy bardzo pragną ją sobie zryć.
Mainliner powstał w połowie lat 90 i istnieje do dziś – ostatnią płytę wydał w 2013 roku, po 12 latach przerwy i mimo znacznego postępu we współczesnej technice nadal brzmi tak samo beznadziejnie. To się chwali. Za tym projektem stoi basista High Rise, Asahito Nanjo, a także legendarna postać japońskiej psychodelii, gitarzysta Kawabata Makoto. Ten pan jest odpowiedzialny dosłownie za milion projektów, z których chyba najbardziej znanym jest Acid Mothers Temple i jego różne wcielenia (Acid Mothers Temple & The Melting Paraiso U.F.O., Acid Mothers Temple & The Cosmic Inferno, etc.). Kawabata stwierdził w pewnym wywiadzie, że nie tworzy muzyki, tylko odbiera dźwięki, które przychodzą do niego z kosmosu lub od Boga. Jeśli tak, to Bóg też ma nieźle nasrane we łbie.
Pięć albumów studyjnych składa się na dyskografię Mainlinera. Stylistycznie nie różnią się zbytnio między sobą, z grubsza na każdym podstawę stanowią srogie riffy zatopione w ścianie ogłuszającego hałasu, z dodatkiem improwizującej gitary. Na riffach opiera się zwłaszcza pierwszy album, Mellow Out, zawierający jeden krótki i dwa długaśne utwory. Wyjątkowo dobry album, jak na debiut. Drugi w kolejności, Mainliner Sonic, ma chyba najbardziej surową i hałaśliwą formę. Kawałki są jednak trochę bardziej piosenkowe niż na pierwszej płycie, jeśli można w ogóle użyć takiego określenia do jazgotu i szumów. Dobre do sponiewierania bębenków usznych. Psychedelic Polyhedron to trzecia płyta, zawierająca dwa, blisko 20-minutowe, psychodeliczne utwory-potwory. Mainliner przypomina mi tu zespoły specjalizujące się w jammowych tripach, jak Earthless czy Electric Moon – 100% improwizacji. Na czwartym albumie, Imaginative Plain, Mainliner wraca do piosenkowej formy, z przewagą smacznych riffów. Jest trochę mniej hałaśliwy i może nieco bardziej strawny, ale odpalanie go na słuchawkach i tak boli. Ostatni jak na razie, Revelation Space, trzyma poziom poprzedników. Jest tu więcej swobodnego wariowania i eksperymentów w stylu mantrycznych wokali, bardzo tripogenna rzecz. W jego nagrywaniu nie brał niestety udziału Asahito Nanjo.
Kawabata Makoto zapowiedział, że Mainliner będzie jednym z projektów, nad którymi zamierza pracować w najbliższej przyszłości. Wymienił go co prawda wśród miliona innych, ale biorąc pod uwagę jak płodnym jest artystą i tak można się spodziewać, że mistrzowie kwaśnego hałasu coś ciekawego jeszcze pokażą.



LSD March


Wystarczy tej agresji i muzycznego holokaustu, na koniec coś bardziej czilautowego. LSD March to zespół, który założył gitarzysta i wokalista Shinsuke Michishita około roku 2002, kiedy to wydał swój pierwszy album pod tym szyldem. Tworzona przez niego muzyka to bardzo eksperymentalna mieszanka, która oscyluje wokół psychodelii, awangardy, noise'u i freak folku. Dziwna rzecz, na bank tworzona na ostrych kwasowych tripach.
Dyskografia zawiera jakieś osiem albumów studyjnych, z czego niektórych prawie nie da się słuchać, będzie więc w dużym skrócie. Zestaw otwiera Totsuzen Honno No Gotoku, znany też jako Suddenly, Like Flames. To zbiór utworów z lat 1997-2002, głównie bardzo klimatycznych ballad, poza tytułową petardą. Równie ciekawymi płytkami są Kanashimino Bishounen i kolejna, Shindara Jigoku, chociaż na obu znajdują się w większości stare kawałki w nowych aranżacjach. Recykling w niektórych przypadkach wyszedł na dobre, np. opartemu na brudnym, rozpędzonym riffie Clepsydra Flames. Czwarty album, Empty Rubious Red, przymula straszliwie balladami, ale na szczęście jest jeden wyjątek w postaci mocno kwaśnego, transowego utworu tytułowego. Constellation of Tragedy to kolejna porcja brzdąkania zahaczającego o freak folk, standardowo z jednym mocniejszym akcentem. Teraz dopiero robi się dziwnie: Nikutai No Tubomi to dwupłytowe wydawnictwo, z czego pierwszą część stanowi 40-minutowa bestia, wypełniona dronowatym gitarowym hałasem i pulsującą perkusją. Wyborna uczta, w przeciwieństwie do drugiej płyty – totalnego muzycznego dadaizmu. Eksperymentalne do porzygu. Podobnie ekstremalną formę ma Uretakumo Nakunarutorika, coś dla awangardowych hipsterów, których podnieca brak muzyki w muzyce. Przyjemnym powrotem do względnie normalnych dźwięków jest za to ostatnia jak na razie płyta Under Milk Wood z 2009 roku. Pojawia się na niej dużo różnych gatunków, wśród których znalazło się nawet miejsce dla typowego stonera. Kończące album komiczne nagranie z sali prób chyba dobrze odzwierciedla stosunek LSD March do własnej twórczości. Ich eksperymenty często stoją na pograniczu groteski, ale psychodelia ma to do siebie, że bywa bardzo bardzo nieprzewidywalna.



Tyle dobrego z krainy kwitnącego kwasu. Japońskich dokonań w tym temacie jest jeszcze mnóstwo, więc pewnie za jakiś czas opiszę kolejne starcie potworów. A w międzyczasie może uda mi się wrócić do bardziej regularnego pisania, bo zdecydowanie jest o czym.