niedziela, 11 maja 2014

Endtime ballads

Przystopowałem ostatnio z pisaniem, ale teraz zabieram się do tego znowu, żeby podzielić się na świeżo wrażeniami z koncertu, o którym już teraz mogę powiedzieć, że bez wątpienia znajdzie się na mojej osobistej liście najlepszych wydarzeń muzycznych w tym roku. Zamiast ekscytować się feerią kiczu i tandety, która konkursem piosenki jest tylko z nazwy, w sobotni wieczór wybrałem się do gdańskiej stoczni, żeby posłuchać porządnej muzyki. I nie zawiodłem się – był ogień.

Crippled Black Phoenix


CBP to zespół, o którym da się wysmażyć naprawdę długi esej i być może kiedyś się za to zabiorę, ale tym razem opis będzie w dużym skrócie. Chcę się skupić na samym koncercie, który odbył się 10 maja w Gdańsku, więc streszczenie ulubionych płytek zostawię sobie na kiedy indziej. Teraz tylko parę podstawowych informacji, żeby było wiadomo, o czym mowa.
Crippled Black Phoenix to supergrupa założona w 2004 roku przez członków takich zespołów jak Electric Wizard, Iron Monkey, Gonga i Mogwai. Wbrew pozorom, ich ciężkie, stonerowo-doomowe korzenie nie odzwierciedlają się zbytnio w granej przez nich muzyce. Zespół obraca się w obrębie bardzo różnych gatunków, do których można też zaliczyć doom metal, ale w zdecydowanej większości utwory zahaczają o post i prog-rocka, a do tego jest trochę freak-folku, psychodelii i ambientu, przez co ta muzyka nie daje się łatwo zaszufladkować. Sami muzykanci określają swoje dźwięki jako „ballady końca świata”, a ta fantazyjna metafora odnosi się do tworzonej przez nich mieszanki ciszy i hałasu, podanej w ponurym sosie. Tak faktycznie mógłby brzmieć soundtrack do apokalipsy.
Dyskografia CBP liczy sobie jakieś 7 czy 8 albumów studyjnych (zależy jak liczyć różne kompilacje), a najnowszy – White Light Generator – został wydany w tym roku. Poza tym jest jeden album nagrany na żywo, a nazywa się – uwaga – Live Poznan. Crippled Black Phoenix z jakiegoś powodu lubi wracać do Polski; koncertował już parę razy w Poznaniu i Warszawie, ale do Gdańska zawitał po raz pierwszy. I mam nadzieję, że nie ostatni.
Przyznam się jednak, że ciężko mi przebrnąć przez wszystkie ich płyty, bo po pierwsze nie jestem wielkim fanem post-rocka (chociaż w tym wydaniu mnie on przekonuje), a po drugie te albumy są dosyć długie, bo większość z nich trwa ponad godzinę. Zresztą same kompozycje są często bardzo rozwlekłe i wymagają sporo uwagi (tzw. muzyka do spania). Na szczęście nawet kawałki, przy których można zasnąć, słuchając ich w wersji studyjnej, na żywo brzmią dużo bardziej energicznie. Dodam jeszcze tylko, że moje ulubione płyty Crippled Black Phoenix to I, Vigilante (strawna i warta polecenia dla każdego, kto nie trzyma uszu w dupce) i najnowsze wydawnictwo – White Light Generator. Poza tym ładne rzeczy są też na [Mankind] The Crafty Ape. Resztę dyskografii znam jak na razie zbyt pobieżnie, ale po tym koncercie będę to sukcesywnie nadrabiał. Mała próbka ich świetnej muzyki:



Przechodząc już do samej imprezy: rzecz miała miejsce w gdańskim B90 i o samych walorach tego klubu można by wiele napisać. Przerobiony ze stoczniowej hali, ma nie dość, że niepowtarzalny, industrialny klimat, to jeszcze świetną akustykę, dużą przestrzeń i dźwiękowców, którzy odwalają kawał dobrej roboty. Od strony technicznej nie można było się do niczego przyczepić, poza ekscesami z jednym mikrofonem, do czego jeszcze wrócę.
Na miejsce dotarłem z małym opóźnieniem, przez co obejrzałem tylko jakąś połowę z występu supportu, ale nie była to wielka strata. Występujący jako pierwszy A Liquid Landscape nie był zbyt porywający; panowie grali coś w stylu progresywnego art-rocka – jak dla mnie nic specjalnego. Przesłuchałem wcześniej ich album, ale nie wbił mi się w pamięć żaden utwór, podobnie jak po koncercie. Nie dla nich jednak przyszedłem.
15 minut rozstawiania sprzętu i na scenę wkroczyła gwiazda wieczoru. Ekipa składała się z siedmiu osób: trzech gitarzystów, basista, perkusista i dwoje na klawiszach, przy czym niektórzy okazjonalnie zmieniali instrumenty. W dwóch momentach zespół powiększył się do ośmiu luda: na chwilę pojawiła się niejaka Melinda z tamburynem i bliżej nieokreślony koleś grający na bębnie. Koncert odbywał się jednak na dużej scenie, więc nie było im tam specjalnie tłoczno. Poza tym widać było, że to profesjonalna, doświadczona ekipa, która w każdych warunkach zagra na luzie.
Crippled Black Phoenix dał bardzo długi, niemal trzygodzinny występ, podczas którego pojawiły się wszystkie utwory, na które czekałem, toteż wyszedłem całkowicie usatysfakcjonowany. Zaczęli z grubej rury, od Rise Up And Fight na rozruszanie publiki, po którym poszło parę kawałów z nowej płyty: Black Light Generator, Let's Have An Apocalypse Now!, We Remember You i pewnie jeszcze coś, o czym zapomniałem. White Light Generator miał sporą reprezentację, bo to w końcu trasa skupiająca się na promowaniu tego albumu, ale oczywiście większość utworów pochodziła ze starszych nagrań. W równej mierze były to spokojne, post-rockowe kompozycje, jak i bardziej żywiołowe hiciory, pobudzające do bujania, przy czym nawet wolniejsze kawałki brzmiały na tyle ciężko, że nie było mowy o zasypianiu na stojąco. Przyznam od razu, że niektórych numerów nie rozpoznałem. Nie obsłuchałem jak dotąd dyskografii na tyle gruntownie, żeby zapamiętać każdy kawałek, ale co nieco zanotowało mi się w pamięci. Z pewnością pojawiły się The Heart Of Every Country, Poznan (naprawdę lubią to miasto) i Born In A Hurricane – chyba ich najbardziej żywiołowy numer, którego nie da się słuchać bez dzikiego baunsowania. Publiczność nie była niestety zbyt aktywna, ale zmieniło się to podczas ostatniej godziny, kiedy zaczęły pojawiać się kawałki z mojego ulubionego I, Vigilante. CBP zdążył jeszcze go zagrać prawie w całości, co bardzo mnie, jak i wiele innych osób ucieszyło. Fantastic Justice, Of A Lifetime, We Forgotten Who We Are – coś pięknego, usłyszeć te utwory na żywo. Przy długo wyczekiwanym Troublemaker nie było już chyba osoby, która nie bujałaby się do rytmu. Prawdziwa jazda została jednak na deser: w końcu, jako trzeci czy czwarty bis, pojawił się Burnt Reynolds, chyba najbardziej znany kawałek CBP, bardzo angażujący widownię. I trzeba przyznać, że ludzie dali tutaj świetny popis. 200 osób wyjących partię chóru, nawet przez jakieś dwie minuty po tym, jak zespół zszedł ze sceny, naprawdę robi wrażenie. Wszyscy wiedzieli jednak na co czekać, Crippled Black Phoenix wrócił po chwili i zakończył utwór prawdziwie mocarnym akcentem. Ten kawałek podkręcił atmosferę do maksimum, więc żeby totalnie zmęczyć publiczność, by nie miała już siły dopraszać się kolejnych bisów, zagrano ostatni numer – Bella Ciao – pieśń włoskich partyzantów w punkowym wydaniu. Wyszła z tego absolutna petarda, pozostawiająca mnie totalnie wyczerpanym, z bardzo pozytywnymi wrażeniami.
Z ciekawszych rzeczy wypada dodać, że najbardziej brodaty członek zespołu – Justin Greaves – został parę razy kopnięty przez mikrofon podczas przerw między utworami. Sugestia pani Daisy od klawiszy, że to przez „too much beard”, chyba jednak mijała się z prawdą. Coś było nie tak z tym sprzętem, ale to tylko jedna techniczna wpadka, dodatkowo wprowadzająca trochę humoru. Pytanie publiczności o zapasową skarpetę było bezbłędne. Ogólnie zespół miał bardzo dobry kontakt z ludźmi i potrafił bez problemu skłonić do wyklaskiwania rytmu i śpiewania (wycia), kiedy zachodziła taka potrzeba.
Wszystko to wzięte do kupy sprawia, że bez wahania wbiję na kolejny występ Crippled Black Phoenix, jeśli tylko raczą znowu odwiedzić Trójmiasto. Trochę szkoda, że kolejny interesujący mnie koncert w B90 odbędzie się dopiero w lipcu, ale warto czekać, bo to będzie coś naprawdę poniewierającego ciało i duszę – Kylesa.