niedziela, 27 kwietnia 2014

She's addicted to black magick

Dym, czarna magia, satanistyczne rytuały, nieuzasadniona golizna. Tak w paru słowach wygląda typowy occult horror klasy Ż, a zarazem idealne tło dla muzyki, o jakiej dzisiaj będzie mowa. Tym razem zabrałem się za opisanie polskiego zespołu, który tworzy nieprzeciętny doom metal, czerpiąc inspirację z kiczowatych filmów i magicznych ziół. Zaprawdę, jest to wyborny strzał, milordzie.

Dopelord


Dopelord powstał w 2010 roku w Lublinie i najwidoczniej bardzo wziął sobie do serca herb (hy hy) swojego miasta. Tej muzyce patronuje bowiem diaboliczny kozieł do pary z zielskiem, chociaż w tym wypadku akurat nie chodzi o winorośl. Panowie tworzą bardzo zadymiony doom metal, który jednocześnie ma w sobie coś ze stonera i psychodelii, i w tym właśnie przejawiają się najbardziej wpływy zielska. Kozieł za to odnosi się do wielu okultystycznych motywów, które już z samej definicji są kiczowate, ale u Dopelorda nie walą po oczach tak bardzo, jak w wypadku wielu innych doomowych zespołów, co do których nie mam pewności czy przypadkiem nie biorą tej szopki na poważnie. U Dopelorda nie ma takich wątpliwości, to ewidentnie humorystyczne podejście do tematu.
Szczerze mówiąc, na początku chciałem ująć ten zespół w podobnym zestawie jaki zaprezentowałem w pierwszej notce, ale tym razem ze słowem „dope”. Postanowiłem jednak napisać o nich osobny tekst, a są po temu dwie okazje: wydanie nowej płyty i koncert, który odbył się niedawno w Gdyni. Dopelord jednak zasługuje na to, żeby poświęcić mu trochę więcej miejsca, chociaż dosyć długo mi zajęło, żeby dojść do takiego wniosku. To kolejny przykład zespołu, który wkręcił mi się dopiero po pewnym czasie. Obsłuchałem ich po raz pierwszy w zeszłym roku, przy okazji koncertu, który mieli zagrać w Gdańsku. Nie porwała mnie ich muzyka, nawet po obejrzeniu występu na żywo i wróciłem do nich dopiero ze dwa miesiące temu, kiedy doszła do mnie wieść o nowym albumie. Nagle okazało się, że jednak da się ich słuchać, a nawet jest to całkiem przyjemne. Co prawda pierwsza płytka nie należy do lekkostrawnych i trzeba się w niej trochę dogrzebywać do smacznych kawałków, za to druga wchodzi już bez popijania (a nawet popalania). A bardziej szczegółowo przedstawiają się one tak:

Magick Rites (2012)

Przekonałem się już co prawda do tego albumu, ale i tak nie satysfakcjonuje mnie on w pełni. Jest dosyć monotonny, nastawiony na powolne, tłuste riffy, a ciężar rozkłada się tu bardzo równomiernie i nie ma jakichś wybijających się momentów. Dla kultystów jest w sam raz, ale ktoś mniej obsłuchany z doomem może wymięknąć przy tych walcowatych kawałkach. Ciężko nawet powiedzieć które numery się tutaj wyróżniają, ale mogę wymienić te, które wpadły mi w ucho: The Pentagram, Lucifer's Son i nade wszystko końcowy Rise! Undying! – mój faworyt spośród wszystkich dopelordowych kawałków. Nie wiem dlaczego akurat on tak bardzo mi się spodobał, może przez to, że pobudza wyobraźnię dużo bardziej niż jakikolwiek inny utwór na tym albumie. Słuchając tego kawałka można się poczuć jak nekromanta, ożywiający hordy trupów, by następnie wstrząsnąć z ich pomocą posadami świata. Jest tutaj moc, jakiej nie dostrzegłem nigdzie indziej na Magick Rites. Poza tym Rise! Undying! ma jeszcze jeden walor: wyborną akustyczną końcówkę, ukrytą po trzech minutach ciszy. Jako całość album nie jest jednak specjalnie powalający oryginalnością, prawdziwa jazda zaczyna się dopiero na drugiej, pachnącej jeszcze świeżością płytce.



Black Arts, Riff Worship & Weed Cult (2014)

Epicki tytuł mówi wszystko: ten album to jeden wielki rytuał czarnej magii, odprawiony w oparach zielska, przy akompaniamencie srogich riffów. Płyta jest dużo bardziej zróżnicowana niż Magick Rites i na pewno znacznie weselsza. Czuć tu po prostu większy luz i eksperymentowanie z własnym stylem, bez oglądania się na ogół doomowych ponuraków o spiętych dupskach, co przełożyło się pozytywnie na jakość utworów. Wystarczy zresztą spojrzeć na groteskową okładkę autorstwa Chrisa Panatiera (który swoją drogą zapatrzył się chyba trochę na prace Johna Baizleya), żeby stwierdzić, że album skrywa niebanalną treść: goła laska na stercie bongosów, obok niej brodaty szkielet z rogami grający na bongowych organach, a wszystko to spowite dymem. No genialne.
Luzacki klimat czuć tutaj już od początku, bo otwierający album Addicted To Black Magick to niemal popowy (jak na doom metal) hicior, z bardzo chwytliwą melodią. Zwrócił moją uwagę już podczas pierwszego razu, kiedy słyszałem go na żywo i od tamtej pory pozostaje jednym z moich ulubionych kawałków Dopelorda. Preacher Electrick to z kolei ukłon w stronę pierwszej płyty, najbardziej posępny i jednostajny numer z całego zestawu. Kwaśny Acid Trippin' wprowadza za to powiew psychodelii i jest zarazem jednym z najlepszych utworów na płycie. Jest wyjątkowy chociażby z tego względu, że zmienia się jak w kalejdoskopie: przechodzi od ciężkiego, doomowego łojenia przez czilautowe przerywniki, aż do żywiołowej końcówki. Poza tym uwielbiam sposób, w jaki perkusja napędza ten kawałek, coś pięknego. Równie oryginalną kompozycję ma Green Plague, rozpoczynający i kończący się panczurowym napieprzaniem, pomiędzy którym znajduje się kwaśna, niemal space rockowa ekskursja. Płyta kończy się monumentalnym Pass The Bong, który pomimo swojej walcowatości ma całkiem wesołą atmosferę, przez co pozytywnie nastraja i skłania do ponownego odpalenia albumu.
Mogę pokusić się tylko o takie podsumowanie, że Black Arts, Riff Worship & Weed Cult to materiał nieprzeciętny, strawny nawet dla osób nie będących doomowymi kultystami. Czekam na kolejne ładne piosenki od panów z Dopelorda, bo widać, że rozwijają się we właściwą stronę, a dobrego doomu jest w Polsce ciągle za mało.



Na koniec jeszcze parę słów o koncercie, który odbył się 19 kwietnia w gdyńskiej Desdemonie, na którym to Dopelord dzielnie odprawiał rytuał czarnej magii, w towarzystwie dwóch znacznie mniej porywających zespołów.
Jako support (po standardowym, godzinnym opóźnieniu) zaprezentowali się gwiazdorzy z Headshot, których teoretycznie już kiedyś widziałem, ale zdążyłem zapomnieć co grali. A grali coś pomiędzy stonerem a hard rockiem, niby ładne, ciężkie riffy, ale to wszystko bardzo sztampowe i mało odkrywcze. Wokalisty w ogóle nie było słychać, w sumie żadna strata.
Kolejny pojawił się Dopelord, dla którego specjalnie wybrałem się do Gdyni. Co prawda najciekawszy zespół powinien występować na końcu, ale tak wyszło nawet lepiej. Zaczęli od jakiegoś zupełnie nieznanego mi numeru, całkiem wesołego, jak przystało na ich nowy styl. W dalszej kolejności pojawiły się prawie wszystkie kawałki z nowej płytki, plus Ghost Cargo From The Bong, a wszystko zabrzmiało tak jak powinno: masywnie i brudno, adekwatnie do dusznego, zadymionego pomieszczenia. Dymna atmosfera sięgnęła zenitu przy ostatnim kawałku, Pass The Bong, który poprzedziło rytualne odpalenie fajki pokoju przez członków zespołu. W międzyczasie na ekranie w tle przewijały się cycki z lat 70, podkreślające okultystyczny klimat, ale muzyka obroniłaby się i bez nich. Ogólnie występ mogę określić jako bardzo udany, jedna wada, że był trochę za krótki. W secie zabrakło mi przede wszystkim Rise! Undying!, przy którym miałem zamiar urwać sobie łeb, no ale nie można mieć wszystkiego. Poza tym publika mogłaby być trochę bardziej entuzjastyczna, tak jak ostatnim razem, kiedy widziałem Dopelorda w Gdańsku. Przedświąteczne pustki najwyraźniej odbiły się też na frekwencji. Obecny był za to Christian Bale, na Batmana jednak zawsze można liczyć.
Ostatni miał zagrać Major Kong, ale ich występ sobie odpuściłem, raz już ich widziałem i to mi wystarczy. Grana przez nich odmiana doom metalu jest tak naprawdę mało doom metalowa i niezbyt porywająca. Jednym słowem nudna. Podobnie jak Dopelord, oni też wydali w tym roku nową płytę, ale nie przekonała mnie zupełnie. Nie każdy potrafi grać tak dobry doom ze słabym wokalem, jak np. Belzebong.
Jeszcze odnośnie Dopelorda, miałem w planie nabyć ich nową płytkę w fizycznej postaci, ale niestety nie zdążyła się wytłoczyć. Zrekompensowałem to sobie kupnem dziadowskiej koszuliny. Nie ma pustych przebiegów.
A tak Dopelord wyglądał na żywo:

Jakoś mało jest w tym roku interesujących mnie koncertów, ale nadrabiają to jakością. Najbliższy za dwa tygodnie – Crippled Black Phoenix i o nim też zapewne coś napiszę. Następna nota chwilowo nie wiem o czym. Za dużo muzyki.

sobota, 19 kwietnia 2014

All glory to the Hypnotoad (1)

Teraz zaczyna się nietypowa podróż w kosmos. Nieprzygotowani na dużą ilość monotonnego bujania mogą wyjąć papierowe torebki albo od razu wysiąść. To nie jest muzyka dla każdego, ale i tak warto przetestować wytrzymałość swojego żołądka i psychiki, chociażby po to, żeby przekonać się, jak brzmi oddech wszechświata. To będzie tekst (pierwsza część) o zespole, który hipnotyzuje swoim rytmem jak wybitny prestidigitator i niepostrzeżenie wywraca mózgi na lewą stronę. All glory to the...

Pharaoh Overlord


Zdarzyło się pewnego razu, ponad cztery lata temu, że grzebałem odmętach internetu w poszukiwaniu czegoś nowego w tematyce space rocka. To dosyć dziwny twór z pogranicza prog-rocka i psychodelii, który najprościej można opisać jako pływanie na kwasie pośród kosmoszmerów, z domieszką ostrego łojenia. Miałem już pewne doświadczenie z tym gatunkiem, więc nie liczyłem specjalnie na to, że coś mnie może w tej materii jeszcze zaskoczyć. Myliłem się. Pharaoh Overlord, tak nazywał się fiński zespół, na który w końcu trafiłem. Odpaliłem ich pierwszy z brzegu utwór – Mountain, wersja na żywo (jak się potem okazało, tylko taka istnieje), z płyty The Battle Of The Axehammer. Uderzyła mnie totalna monotonia, powtarzalność i brzmienie absolutnie brudne i surowe, nawet jak na nagrania live. Ledwo dało się tego słuchać. Moje pierwsze wrażenie nie było zbyt entuzjastyczne: nie wytrzymałem nawet paru minut (z 13 i pół) i ciężko było mi uwierzyć, że ktokolwiek może mieć na tyle spaczony umysł, żeby strawić coś takiego. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że wkroczyłem właśnie na drogę, z której nie ma już odwrotu – lasciate ogni speranza, voi ch'entrate. Ciekawość zwyciężyła nad rozsądkiem i z jakiegoś powodu wracałem ciągle do tego zespołu. Można powiedzieć, że w mojej podświadomości pojawiła się niezdrowa fascynacja. Mam tak czasem, że im bardziej coś nie nadaje się do słuchania, tym większą mam ochotę przekonać się, jakim cudem taka „muzyka” ma jednak swoich fanów. Próbowałem ogarnąć już na tej zasadzie różne gatunki, z różnym skutkiem, i chyba jak dotąd nic nie sponiewierało moich zwojów mózgowych tak jak Pharaoh Overlord. Odpalałem ten zespół mimo woli i, nie wiedząc nawet kiedy, wkręciłem się na dobre w jego hipnotyczne riffy. W końcu to, co wyjątkowe, przyciąga najbardziej.

A co takiego wyjątkowego jest w tej muzyce? Tylko tyle, że utwory, w dużej części mające po 10 minut i więcej, składają się zazwyczaj z jednego riffu. Jednego. Na to nakładają się oczywiście inne gitary albo jakieś psychodeliczne szmery, ale główna linia melodyczna pozostaje zawsze jednostajna. Bardziej minimalistycznego rocka po prostu nie da się już grać (umówmy się, że Sunn O))) itp. drony to nie rock). Jednak z jakiegoś dziwnego powodu Pharaoh Overlord nie nudzi, a jeśli wsłuchać się uważniej to można dostrzec, że utwory są dużo mniej monotonne niż się to na pierwszy rzut ucha wydaje. W tej hipnotycznej masie ukryte są drobne niuanse, a kawałki w trakcie swojego trwania potrafią się niepostrzeżenie zmieniać. Dobrym przykładem jest jeden z ich największych hiciorów – Skyline. W tym wypadku to naprawdę tylko i wyłącznie jeden powtarzający się przez 10 minut riff (plus szmery), ale jego tempo i głośność bardzo subtelnie się zwiększa. To coś jak powolny zoom, różnicę widać tylko, kiedy przewinie się z końcówki znowu na sam początek.

Wspomniałem na początku o kosmosie, więc wypada wyjaśnić, że Pharaoh Overlord to z pewnością nie jest typowy space rock. W utworach z tego gatunku dzieje się zwykle bardzo dużo, szmery gonią szmery, a riffy przeplatają się z szalonymi improwizacjami i psychodelicznymi klawiszami. Pharaoh okraja to wszystko do absolutnego minimum, przez co może nawet lepiej oddaje istotę kosmosu. Powtarzające się frazy odzwierciedlają nieustanny ruch, którego pełno jest w przestrzeni: obroty planet, niekończące się burze, migotanie pulsarów czy tworzenie się dysków akrecyjnych. Kosmos jest jednak cholernie monotonny, a wszystkie procesy rozciągają się tam w nieskończoność. I w ten kontekst muzyka Overlorda wpasowuje się idealnie.

Warto odnotować, że Pharaoh Overlord został założony w 2000 roku przez trzech muzyków z ekipy Circle, jako poboczny projekt tego zespołu. Można by sądzić, że te grupy obracają się w podobnych klimatach, ale Circle to zupełnie inna historia. Co prawda ich płyty też opierają się na zasadzie „powtarzajmy w kółko jedną frazę, może nikt się nie skapnie”, ale w tym wydaniu jakoś to do mnie nie przemawia. Nagrali milion albumów, a ja nie jestem w stanie przebrnąć w całości nawet przez jeden, a powodem tego jest chyba zbyt progresywno-krautrockowe figlowanie, które z upodobaniem uprawiają. Z krautrockiem mi trochę nie po drodze (chociaż potrafię strawić parę rzeczy, w tym Amon Düül II i Popol Vuh), bo ten gatunek jest tak niesamowicie kwaśny, że aż wykręca mordę. Pharaoh też niewątpliwie czerpie nieco z tych klimatów, ale nie robi tego tak ostentacyjnie. Przynajmniej na większości swoich albumów.

Skoro mowa o gatunkach, to tak naprawdę ciężko mi dokładnie określić w jakim stylu gra Pharaoh Overlord (stoner? drone? space rock? psychedelic rock?), w każdym razie nie da się im przypisać jednej szufladki. Takie kombinacje zwykło się nazywać po prostu eksperymentalnym rockiem, ale to by było za łatwe. Z pomocą przychodzą tagi na last.fm, jak zwykle bezbłędne. Poza wymienionymi wyżej standardowymi gatunkami można tam znaleźć takie perełki jak: hypno rock, slow-motion rock, music for patient people, new weird Finland (aluzja do new weird America), stoner in reverse, trippy jam, where is the goddamn sludge, hymn to Tourach i absolutely fucking love it. Podpisuję się zwłaszcza pod tym ostatnim, ale hypno rock też brzmi bardzo trafnie. Większość dzieł zespołu jest nagrana właśnie w hipnotycznym stylu, bardziej znacząco wybija się tylko jeden, kompletnie eksperymentalny album, będący czymś z pogranicza awangardy i musique concrete. Poza tym w dyskografii są jeszcze dwie koszmarne płyty heavy/speed metalowe, wydane pod nieco innym szyldem, ale o nich innym razem. Teraz wypada zabrać się wreszcie za streszczenie tych ciekawszych albumów. Lecimy od początku:

#1 (2001)

Nie ma to jak zacząć od dołożenia do pieca całej hałdy wungla. Debiut faraonów to w mojej opinii jeden z najlepszych albumów w ich dyskografii, a przynajmniej spośród nagrań studyjnych. Brzmi bardzo rockowo (jak na ten zespół), przez co jest dość łatwo przyswajalny dla neofitów. Poza tym dzieje się tu zaskakująco dużo, bo jednostajne bujanie jest bez przerwy uzupełniane improwizacjami, nie wspominając już o obowiązkowych szmerach.
Zaczyna się spokojnie, od pulsującego Slow City, który dobitnie daje do zrozumienia, czego można się tu spodziewać. To swoją drogą chyba jeden z najbardziej transowych numerów w całym ich dorobku, chociaż na pewno nie jeden z najcichszych. Drugi kawałek – Mangrove – to z kolei wyjątkowo rockowy hicior, który zdaje się unosić na stonerowej fali. Grany jest często na koncertach, o czym świadczy chociażby to, że jego wersje znajdują się na dwóch płytach live. Na żywo nagrany został też później totalnie hipnotyczny Mystery Shopper. Najbardziej oszczędny w dźwiękach, w pewnym sensie wyznacza kierunek, w jakim zespół będzie się rozwijał na kolejnych płytach. Mnie akurat bardziej przypadła do gustu jego wersja live z The Battle Of The Axehammer, która z cichego, tajemniczego kawałka zrobiła potężny walec. Kolejny z #1, Transatlantic, jest najmniej porywający ze wszystkich, ale pojawiająca się w jego połowie przesterowana, hucząca gitara ma swój urok. Po nim następuje jeden z mocniejszych punktów tej płyty – Alcohol (Blue Flame). Kawałek jest ciekawy ze względu na ładny kontrast pomiędzy przewodnim riffem, tak ciężkim, że pełzającym gdzieś po podłodze, a drugą gitarą, wyjącą na wysokich tonach. Na koniec zostaje niekończący się zjazd po równi pochyłej, wypełniony po brzegi szalonymi kosmoszmerami – Landslide Non Stop.
W gruncie rzeczy #1 to od początku do końca ostra jazda. Tak gęstych numerów na płytach studyjnych nie będzie aż do 2012 roku i wydania Lunar Jetman, bo po swoim debiucie Pharaoh Overlord zdecydowanie zwolnił tempo.

(tak dla jasności: okładka z The Battle Of The Axehammer, ale wersja z #1)

II (2003)

Dwójka zapuszcza się w kosmos znacznie głębiej, gdzieś na obrzeża galaktyki. Jest ciszej, mroczniej i bardziej tajemniczo. W muzyce nie pozostaje już zbyt wiele z rocka (poza jednym chwalebnym wyjątkiem), za co jest dużo więcej dronowatych pomruków. Brzmienie jest mocno przytłumione, a utwory snują się jak jakieś zjawy we mgle. Wszystko przez to, że zespół przerzucił cały ciężar na linię basu, odstawiając na bok srogie gitarowe łojenie.
Pierwszy kawałek – Komaron Runner – w pewnym sensie pełni rolę intra, wprowadzającego w nastrój albumu. Już na starcie czuć tę rozciągającą się wokół pustkę. Nie jest jednak tak strasznie, bo są tu dwa utwory, które dorzucają trochę ciepła z odległych gwiazd – August i Love Unfiltered. Wypełnione akustycznym brzdąkaniem, pozwalają odpocząć chwilę od mrocznej atmosfery, którą cechuje się Dark Temper i końcowy Who Were You. Zwłaszcza ten drugi pulsuje tajemniczymi szmerami z najgłębszych otchłani, gdzie panują Wielcy Przedwieczni. Pozostaje jeszcze jeden numer, a zarazem największy atut II, bez którego ten album byłby znacznie mniej ciekawy. Jest nim wspomniany już wcześniej Skyline, o monstrualnym, miażdżącym kości groovie. Ten jeden riff to po prostu dzieło sztuki minimalistycznego rocka, mógłbym go słuchać w nieskończoność, a i tak nigdy mi się nie znudzi. Oczywiście nie każdy podchodzi do tego z takim entuzjazmem, np. ktoś na jutubie przyznał, że czekał przez 10 minut aż to intro się wreszcie rozkręci i był trochę rozczarowany, kiedy nic takiego nie nastąpiło. Trzeba jednak spełniać jeden warunek, żeby zajarać się taką muzyką, a mianowicie mieć lekko zrytą banię. Dodam jeszcze tylko, że Skyline też doczekał się dwóch wersji live, przy czym każda brzmi inaczej. Nawet z takiej małej ilości dźwięków da się wycisnąć coś nowego.



#3 (2004)

Do trzeciego albumu raczej nie wracam. Utwory są trochę bardziej żywe, ale jednocześnie dosyć wyraźnie odstają od stylu wypracowanego na dwóch poprzednich płytach. #3 Przypomina nieco II ze swoim skupieniem na basie, ale to nie jest już ta kosmiczna, monotonna fala. No dobra, jest monotonnie, ale tutaj monotonia faktycznie męczy. Całość bardziej wędruje w kierunku krautrockowych improwizacji, kompletnie gubiąc gdzieś po drodze ciężkie riffy.
Najbardziej pharaohowy jest pierwszy numer, Test Flight. Jest w nim solidny bas i jednostajny rytm, ale na reszcie albumu nie uświadczy się już raczej nic w tym rodzaju. Pozytywnie wyróżnia się jeszcze Octagon, zwłaszcza w drugiej części, kiedy wchodzi bardziej dosadny riff, jedyny taki na całej płycie. Cała reszta to inne klimaty: losowe plumkanie (Blackout), funk z szaloną perkusją (Laivaus 17), drone złożony z samego wycia i szumów (Autobahn) i dosyć nijaki Journey, na tyle nijaki, że nie wiem nawet jak go opisać.
Niespecjalnie to wszystko ciekawe, przynajmniej dla mnie. Nie ma nic, na czym można by zawiesić na dłużej ucho, ale na pewno nie jest jeszcze tragicznie. To mimo wszystko nadal jest mniej lub bardziej, ale hipnotyczny Pharaoh Overlord, czego nie da się powiedzieć o paru ich późniejszych eksperymentach.



Na razie to tyle z krainy hipnozy. Druga porcja dyskografii za jakiś czas, a w niej genialne (nawet lepsze niż studyjne) albumy live, dwa najnowsze nagrania i parę rzeczy z kategorii WTF, czyli coś, czego Pharaoh Overlord stanowczo nie powinien był nagrywać. Za to w następnej notce powrót do zielarskich klimatów.

piątek, 11 kwietnia 2014

Perkele, aurinko!

Wiosna. Ptaszki śpiewają, trawka wesoło rośnie, a temperatura osiąga niebotyczne poziomy (przynajmniej osiągała jednego dnia). Czuję, że muszę odpocząć chwilę od uberciężkich, sludge'owych i doomowych klimatów, które ostatnio bez przerwy wałkuję i zabrać się za coś równie miłego dla ucha, ale zdecydowanie spokojniejszego. Jak co roku w porze wiosenno-letniej nachodzi mnie ochota, żeby posłuchać sobie zespołu, od którego wręcz emanuje ciepłą aurą i zapachem skoszonej trawy. Tym razem nie zalega nigdzie kwietniowy śnieg i chyba nie zapowiada się, żebyśmy mieli białe święta, więc bez przeszkód mogę odpalić moje ulubione wiosenne płytki. Tego po prostu nie da się słuchać przy ponurej pogodzie.

Uzva


To jeden z tych zespołów, których nikt nie zna, a każdy powinien. Uzva pochodzi z Finlandii (swoją drogą wyjątkowo krótka i nieskomplikowana nazwa jak na Finów) i gra instrumentalną muzykę, którą najprościej można określić jako jazz-rock (lub jak kto woli: jazz fusion). Jest w niej też trochę folkowych i progresywnych naleciałości, ale jazz-rock wydaje mi się najbardziej trafnym określeniem. Nie jestem miłośnikiem jazzu, powiem więcej: kompletnie go nie ogarniam, ale fusion akurat darzę sporym sentymentem. W końcu jednym z zespołów, które ukształtowały mnie muzycznie, jest Mahavishnu Orchestra, absolutny klasyk i mistrz w tej kategorii. Uzva nawiązuje m.in. do ich twórczości, co słychać zwłaszcza w partiach skrzypiec. Wiadomo, nie jest to ta klasa co Jerry Goodman czy Jean-Luc Ponty, ale właśnie dzięki skrzypcom Uzva bardzo zgrabnie wpasowuje się w styl Mahavishnu, interpretując go na swój własny, oniryczny sposób. Muzycznych inspiracji można by wymienić więcej: jazzowe albumy Franka Zappy i kwaśny prog-rock spod znaku King Crimson, Wigwam i Soft Machine. Zwłaszcza do tego ostatniego są oczywiste odniesienia, bo tak też nazywa się trzyczęściowy utwór, otwierający album Niittoaika.
Mała dygresja: fińska muzyka kojarzy mi się niemal wyłącznie z prog-rockiem, bo chyba każdy pochodzący stamtąd zespół, który znam i lubię, gra coś w tym rodzaju. Przypadeg? Nie sondze. Coś musi być w ichnym powietrzu, że tworzy się tam tyle pokręconej muzyki, a jednocześnie strawnej dla kogoś takiego jak ja, o mało wysublimowanym guście. Muszę dodać, że nie lubię progresywności do porzygu, czyli utworów polegających na 20-minutowym brandzlowaniu się coraz to bardziej zawiłymi formami, a w przypadku Finów nie słyszałem dotąd takich ekscesów. To musi być ta słynna fińska powściągliwość.
Uzva powstała w 1994 roku jako kwartet i od tamtej pory wydała trzy albumy (ostatni w 2006). W międzyczasie ekipa powiększyła się o parę osób, znacznie rozbudowując swoje instrumentarium, do którego wszedł m.in. saksofon, flet, wibrafon i marimba. Niestety już od dłuższego czasu Uzva nie nagrała niczego nowego i chyba można założyć, że już nie nagra. Nigdzie nie da się wygrzebać żadnych świeżych informacji na ich temat, a ostatnie koncertowe wideo na jutubie wisi od trzech lat. Smutno trochę, kiedy wartościowy zespół przestaje tworzyć, zwłaszcza, że nie znam zbyt wielu podobnych jazz-rockowych perełek. Tę ekipę lubię na tyle, że znam nawet na pamięć nazwy ich albumów, co w tym wypadku nie jest takim hop siup. O ile nazwy utworów w dużej części mają po angielsku (można sobie połamać język tylko przy Kuoriutuminen), to płytek już w swoim rodzimym języku. Znam aż dwa słowa po fińsku, oba znajdują się w tytule tej notki i o dziwo nawet pasują ładnie do tematu. A skoro o tytułach albumów mowa:

Tammikuinen Tammela (2000)

Pod tym cudownie brzmiącym tytułem kryje się coś naprawdę słodkiego. Słońce, kwiatki, jeziorko, zielone wzgórza – mniej więcej w takich okolicznościach przyrody należałoby słuchać tego albumu, żeby w pełni poczuć jego wiosenność. Co prawda tytuł sugeruje inną porę roku – Tammela (nazwa gminy) w styczniu – ale pomińmy to milczeniem. Może to przez fakt, że muzycy pochodzą z Finlandii, ale moim najsilniejszym skojarzeniem z Tammikuinen Tammela jest dolina Muminków. Serio, gdyby ktokolwiek miał nagrać soundtrack do jakiegoś filmu o Muminkach, to powinna to być Uzva.
Album składa się z lirycznego intra i pięciu części, o identycznych nazwach jak tytuł płyty, z dodaną numeracją. Nie wiem czy to chwilowy brak wyobraźni, bo jednak każda z tych części eksploruje inne rejony zielonej łąki, ale fakt, że całość osadzona jest z grubsza w tym samym, muminkowym klimacie. Z przyjętej konwencji wyłamuje się tylko ostatnia część, ale o niej za chwilę. Pierwsze cztery utwory (pomijając intro), to istna feeria barw. Przez spokojniejsze frazy, zdominowane akustycznym brzdąkaniem, muzyka płynnie przechodzi do drapieżnych, jazz-rockowych starć gitary ze skrzypcami. Wszystko to poprzeplatane partiami fletu, tworzy całkowicie wyjątkową, wesołą atmosferę. I to jest właśnie kluczowy element w muzyce Uzvy - bijąca z niej pozytywna energia. Zero spiny i smęcenia, jest wiosna, jest ciepło i należy się z tego cieszyć. Emanuje tym zwłaszcza moja ulubiona, czwarta część - ten kawałek jest tak pocieszny, że podnosi się od niego poziom cukru.
Z całego albumu zdecydowanie wyróżnia się ostatni numer, będący 15-minutową mieszanką stylów. Początek jest standardowy, wyznacza go spokojna linia fletu i skrzypiec, do pary z gitarowym plumkaniem. Mniej więcej od połowy bas zaczyna nadawać szybsze tempo, atmosfera robi się gęściejsza, aż w 8 minucie pojawiają się nagle psychodeliczne kosmoszmery, po czym następuje zmiana klimatu. Wchodzi dosyć egzotyczna marimba, trochę jakby z innej bajki, po której kawałek niespodziewanie staje się funkowy i taki już pozostaje. Jak na mój gust to dosyć dziwny eksperyment, ale Uzva każdy album kończy w nietypowy sposób.
Tammikuinen Tammela jest wyborna, ale widać, że zespół dopiero się tu rozkręcał. Z prawdziwie wiosennym przytupem uderza drugi, absolutnie genialny album.



Niittoaika (2002)

Ta płyta to małe arcydzieło. Od niej zacząłem poznawać twórczość Uzvy, a jakimś dziwnym trafem często jako pierwszy odpalam album, który okazuje się najlepszym z dyskografii. Nie inaczej jest w tym przypadku. Niittoaika jest świetnie zbalansowana pod względem dynamiki, a utwory są mistrzowsko skomponowane i nie pozwalają się nudzić nawet takiemu jazzowemu dyletantowi jak ja. Wszystko tu brzmi lepiej niż na pierwszym wydawnictwie, nawet nazwa jest bardziej adekwatna – czas żniw. Utworów jest w sumie osiem, ale biorąc pod uwagę podział na części (tym razem bardziej logiczny), to w rzeczywistości zostają trzy rozczłonkowane kompozycje. Każda pierwsza część pełni rolę intra, wprowadzającego w klimat, a przewodzą tam głównie skrzypce do pary z ciepłym brzmieniem wibrafonu. Dodatkowo każde takie intro rozpoczyna się śpiewem ptaków, co jeszcze bardziej zaznacza sielankową atmosferę.
Na początek idzie Soft Machine, nabierający tempa w drugiej części, a zakończony wyjątkowo żywiołowym akcentem. Bije od niego ciepłym wiatrem i zapachem rozkwitających kwiatów, co podkreśla figlarny flecik i powtarzająca się fraza skrzypiec. Utwór rozkręca się na całego w końcówce, która brzmi dosłownie tak, jak mogłaby to zagrać Mahavishnu Orchestra – z prawdziwie jazz-rockowym pazurem. Kolejny kawałek, dwuczęściowy Afrodite, tętni z kolei letnią energią. To chyba najbardziej pozytywny i pełen życia utwór na tym albumie. Główną rolę odgrywa tu flet i gitara (dokładająca do pieca zwłaszcza w solówce pod koniec), tworząc obrazy gorącego popołudnia. Ostatni, trzyczęściowy Drontti, mistrzowsko spina całość klamrą. Dość niespodziewanie zmienia się tu klimat – pojawia się chłodny wicher, który zaczyna coraz mocniej poniewierać drzewami. Nie czuć w tym jednak kontrastu z resztą albumu, bo wszystko następuje po sobie tak płynnie, jak deszczowe chmury zasnuwające powoli niebo. Drontti dosłownie emanuje narastającym stopniowo napięciem, a nakręca to głównie linia basu i agresywne uderzenia skrzypiec. Raz po raz słychać przetaczające się w górze gromy, aż do rozpętania się prawdziwej burzy w końcówce. Chociaż burza to mało powiedziane, to jakaś cholerna nawałnica. Album kończy się po prostu – nie potrafię znaleźć lepszego określenia – srogim pierdolnięciem. Nad wyraz srogim, jak na ten zespół, choć z drugiej strony wszystko to ma swoje uzasadnienie. Nie jest rzadkością, że po upalnych dniach pojawia się burza i sam fakt, że Uzva wzięła to pod uwagę i odmalowała muzyką obrazy natury w taki sposób, jest po prostu czymś mistrzowskim.
Nie da się ukryć, przyroda jest tu motywem przewodnim i główną inspiracją, dzięki czemu Niittoaika to wyborny album tematyczny. Szkoda, że Uzva odstąpiła od tej praktyki na ostatniej płytce, bo straciła sporo ze swojego uroku.



Uoma (2006)

Trzecia odsłona Uzvy to już nieco inne klimaty. Po wyciśnięciu z fińskiej wiosny i lata wszystkiego, co tylko się dało, zespół ruszył na poszukiwanie nowych dróg, ale w tym wypadku niezbyt trafił w mój gust. Jest tu zdecydowanie więcej jazzu, a mniej rocka niż na poprzednich płytach, a to wrażenie potęguje obecność saksofonu, którego do tej pory muzycy nie wykorzystywali. Niespecjalnie lubię ten instrument, podoba mi się tylko to, co robi z nim Mikołaj Trzaska, ale to wyjątek potwierdzający regułę. Na albumie nie ma też jednej przewodniej myśli, która nadawałaby wszystkiemu większej spójności. Jest trochę spokojnego plumkania, trochę dynamicznych improwizacji, ale też trochę muzycznych wycieczek w bardzo odległe od Finlandii rejony. Arabian Ran-Ta i Chinese Daydream w nieco zbyt oczywisty sposób nawiązują do muzyki bliskiego i dalekiego wschodu. Najbardziej zbliżony do dawnej Uzvy jest trzyczęściowy Vesikko, dla mnie najmocniejszy punkt tego albumu. Zwłaszcza w ostatniej części grupa pokazuje swój charakterystyczny, żywiołowy styl i byłoby to świetne zwieńczenie płyty, gdyby nie wciśnięty na sam koniec, dość zamulasty i przesłodzony Lullaby. Lubię spokojne utwory w wykonaniu Uzvy, ale w tym wypadku to lekka przesada. Tak na marginesie, zdaniem gugl translatora Uoma znaczy kanał, ale nie wydaje mi się, żeby to miał być przejaw autoironii ze strony zespołu. Załóżmy, że chodzi o jakieś inne znaczenie tego słowa.
Możliwe, że to kwestia czasu, ale na ten moment Uoma mnie nie przekonuje. Wolę zostać w klimacie dwóch pierwszych albumów, brzmiących bardziej naturalnie, swojsko i wiosennie. Bo w końcu mamy wiosnę.



Notka miała być krótsza, ale najwyraźniej nie potrafię tak pisać o zespołach, którymi bardzo bardzo się jaram. Następnym razem przemagluję najpewniej inny fiński zespół, który nie jest już tak czilautowy - opiera się na pokręconych, hipnotycznych riffach. Będzie srogo i kosmicznie. Bardzo kosmicznie.

piątek, 4 kwietnia 2014

Fill my lungs with rock'n'roll

Południe. Samotny bar na obrzeżach zapyziałego miasteczka, gdzieś na środku pustyni. W falującym od gorąca powietrzu unosi się pył drogi, kiedy powolnym krokiem zmierzasz w stronę wejścia. Kątem oka dostrzegasz jakąś postać siedzącą na schodach. To jednooki murzyn, który łypie na ciebie spod kapelusza, brzdąkając coś na swojej jednostrunowej gitarze z pudełka po cygarach. Mijasz go obojętnie i wtaczasz się do środka. Natychmiast uderza cię smród dymu, gorzały i tuzina niedomytych wieśniaków. Nie patrzysz na nich, ale czujesz, że wzrok wszystkich autochtonów kieruje się na ciebie. Najwyraźniej nie lubią tu obcych. Tak jak wszędzie. Wąsaty barman nalewa ci szklankę whisky, chociaż on też patrzy spode łba. Chwilę potem dobiega cię dźwięk odsuwanych krzeseł. Kroki. Ktoś kładzie ci na ramieniu ciężką, spoconą łapę. No tak. Dopijasz whisky i błyskawicznie obracasz się, roztrzaskując szklankę na łysej glacy. W jednej chwili rzuca się na ciebie cała banda. Każdy chwyta to co ma pod ręką. I wszystko rozgrywa się w ułamku sekund. Sam nie wiesz kiedy, wylatujesz z hukiem przez zamknięte okno, trzymając w ręce udko kurczaka. Jednooki murzyn dalej brzdąka swojego bluesa. Przerywa na moment, kiedy grupa brodatych rednecków wypada z baru. W rękach mają strzelby. Nie jest dobrze. W paru skokach dopadasz swojego hot roda i wciskasz gaz do dechy. Za sobą słyszysz już silniki zdezelowanych pickupów. Padają pierwsze strzały. Naboje przebijają zardzewiałą karoserię. W uszach masz tylko ciągły pisk opon na piasku. Nagle słyszysz głośny huk. Wstrząs. Samochód wpada na jakieś kamulce. Na moment, który wydaje się wiecznością, świat obraca się do góry nogami. Uderzasz głową w kierownicę i...
Otwierasz oczy. To był tyko sen. A może raczej wspomnienie? W każdym razie znowu jesteś w swoim kosmicznym tirze, w drodze na Marsa. Całe szczęście. Przeciągasz się leniwie, po czym odpalasz radio na cały regulator. Gdy rozlegają się pierwsze ciężkie akordy, sięgasz po butelkę piwa i otwierasz ją o tablicę rozdzielczą. W oddali błyszczy już czerwona kolonia, ze swoimi morderczymi kopalniami. Stąd ich nie widać i planeta wygląda nawet całkiem ładnie...
From here it looks so different
From here it looks so fine

Myślę, że ten wstęp dosyć dobrze obrazuje, jaka muzyka będzie dziś na tapecie. Jedyna w swoim rodzaju mieszanka stonera i southern rocka, z domieszką wszystkich najlepszych muzycznych przypraw. Madames et monsieurs:

Sixty Watt Shaman


Nie ma co ukrywać, to jedna z moich ulubionych grup, które obracają się w klimatach żywcem wyjętych z południa i południowego zachodu USA. Sixty Watt Shaman tworzy za pomocą dźwięków wyraziste obrazy, czasem leniwe i pełne słońca, a czasem gwałtowne jak piaskowa burza. Ciekawa jest zwłaszcza ta dwubiegunowość ich muzyki: z jednej strony czuć gorący, pustynny wiatr, typowy dla stonera, a z drugiej southernowo-redneckowy luz i samowolkę. Wszystko ładnie się ze sobą splata i nie ma między tymi klimatami żadnych dysonansów. Poza tym jakimś cudem w ich southern rockowych inspiracjach nie ma wieśniactwa, które przebija ogólnie przez cały ten gatunek. Jest whisky, ale bez słomy z butów i łajna na podeszwach. Prócz tych dwóch głównych gatunków, które tworzą filary szamańskiej muzyki, należy wspomnieć o pobrzmiewających tu i ówdzie echach bluesa, hard rocka i punku, a na koniec dodać nutę space rockowej fantazji. Ta ostatnia pojawia się raczej w warstwie tekstowej niż muzycznej, ale i tak efekt końcowy połączenia tych wszystkich składników jest nieprzeciętny. Całości dopełnia zalatujący alkoholem wokal Daniela Sorena; ten pan dosłownie potrafi ryczeć jak przechlany tygrys.
W razie gdybym nie wyraził się jeszcze dostatecznie jasno: Sixty Watt Shaman ma swój własny, charakterystyczny styl, który znalazł później naśladowców (z podobnego grania można by wymienić Halfway To Gone). W końcu zespół, który bierze nazwę od dwóch klasyków hard rocka, nie może być byle jaki i powinien godnie reprezentować swoich eponimów. I, na Boga, tak też czyni. Parę słów wyjaśnienia: nazwa jest nawiązaniem do Jima Morrisona, któremu prasa nadała pseudonim „electric shaman”, a także do 60-watowego wzmacniacza, który był używany przez Hendrixa, dopóki ktoś go nie ukradł (wzmacniacz, nie Henia) po jakimś koncercie. Poza tym nie chodzi o samą kwestię nazewnictwa, te wpływy wyraźnie czuć w muzyce szamanów.
Jak na fakt, że są tak genialną rock'n'rollową kapelą, Sixty Watt Shaman jest w moim odczuciu koszmarnie niedoceniany. Wiadomo, że taka muzyka rzadko kiedy przebija się do świadomości mainstreamu, ale jednak niektórym się udaje. Przykładowo ich koledzy z tego samego podwórka – stanu Maryland - odnieśli całkiem spory komercyjny sukces, grając podobnego rocka, a mowa tu o Clutch. W gruncie rzeczy obie grupy sporo łączy. Słuchając niektórych kawałków szamanów, zwłaszcza z albumu Ultra Electric, mam nieodparte wrażenie, że słyszę gitarzystów z Clutch i chociaż to odczucie szybko mija, to nie da się ukryć, że te zespoły nadają na tych samych falach. Sami muzycy najwyraźniej dobrze zdawali sobie z tego sprawę, bo w kawałku New Trip (wersja z albumu Seed Of Decades) gościnnie wystąpił wokalista Clutch, Neil Fallon. Nie trzeba chyba dodawać, że jego głos pasuje tam doskonale.
Nie pamiętam już jak dowiedziałem się o Sixty Watt Shaman, ale wiem, że ich pierwszym przesłuchanym przeze mnie utworem był nieziemsko piękny Roll The Stone. Używając jakiejś obrazowej metafory - to było coś jak miłość od pierwszego wejrzenia. To nie jest u mnie rzadkie zjawisko, że muzyka podoba mi się (albo nie) już od samego początku, ale nie przypominam sobie wielu takich sytuacji, kiedy jakiś zespół tak idealnie trafiał w mój gust. Takie przynajmniej było pierwsze wrażenie. Drugie było już mniej intensywne. To zabawne, że jak na tak gorące uczucie, jakim darzę ten zespół, dosyć długo musiałem się do niego przekonywać. Powiem inaczej: od razu mi się spodobał, chociaż po pobieżnym przesłuchaniu środkowej płytki z dyskografii, Seed Of Decades, kawałki w większości zdawały mi się lecieć na jedno kopyto. Uznałem go za całkiem dobry album, ale bez szaleństw. Roll The Stone był dla mnie jego najmocniejszym punktem i w sumie nadal podtrzymuję to zdanie, ale takich punktów z czasem znalazłem dużo więcej. To nie był pierwszy raz, kiedy po paru przesłuchaniach odstawiałem jakąś płytę na nieokreślony czas, nie doceniając jej w pełni. W tym wypadku co prawda raz na jakiś czas odpalałem sobie Seed Of Decades, ale dopiero za entym razem coś mi nagle zaskoczyło w mózgu. Wszystkie trybiki znalazły się na swoim miejscu i wreszcie pojąłem absolutną doskonałość tego albumu. Zabrałem się natychmiast za resztę dyskografii i tu już nie było problemów z wkręceniem się w szamański klimat. I tak do dzisiaj Sixty Watt Shaman pozostaje w mojej ścisłej rockowej czołówce.
Płytek nie ma wiele, bo zaledwie trzy, więc opiszę tu każdą pokrótce. Zacznijmy od początku:


Ultra Electric (1998)

Pierwszy album, jak to pierwsze albumy mają w zwyczaju, jest najbardziej surowy ze wszystkich trzech, a jego brzmienie jest wyjątkowo brudne i stonerowe. Nie znalazł się tu żaden spokojniejszy utwór, tak jak to ma miejsce na późniejszych płytach. Na Ultra Electric od początku do końca mamy ostrą jazdę w hot rodzie, po piachu i na pełnym gazie. Sixty Watt Shaman odpala jedną petardę za drugą, a ich poziom jest na tyle wyrównany, że ciężko znaleźć jakoś wybitnie wyróżniające się kawałki. Na uwagę zasługuje na pewno totalnie rozpędzony Supercreep i kolejny po nim, rozbujany Cactus Mexicali. Z kolei Where You Been zalatuje mi mocno bluesowym obliczem Clutch, które, co ciekawe, ten rozwinął w pełni dopiero dobrych parę lat później.
Ultra Electric może nie jest wyjątkowo odkrywczym ani rewolucyjnym albumem, ale jest ważny chociażby z tego względu, że już na nim ukształtował się charakterystyczny styl szamanów, od którego w gruncie rzeczy nigdy się nie oderwali.



Seed Of Decades (2000)

Mój faworyt. Nie wiem ile wypili/wypalili członkowie zespołu przez te dwa lata pomiędzy tym a poprzednim albumem, ale musieli zażyć coś mocnego, że tak niesamowicie rozwinęli swoje granie. Nadal czuć tu pustynno-południowy zaduch, ale kompozycje są zdecydowanie bardziej rozbudowane i zróżnicowane. Mam wrażenie, że Sixty Watt Shaman cofnął się w czasie do przełomu lat 60/70 i wyciągnął z ówczesnej muzyki to co najlepsze, łącznie z powiewem psychodelii. Nie ma tu już tyle panczurowatego napieprzania na pałę, jest za to więcej luzu i oddechu. Nie znaczy to oczywiście, że zespół stracił nagle swój pazur. Wręcz przeciwnie, to nadal jest mięsisty rock'n'roll z miażdżącymi riffami, ale grany już w ambitny sposób. Seed Of Decades jest po prostu znacznie dojrzalszym albumem. Zresztą muzycy sami zauważyli, że mają dużo większe doświadczenie i możliwości niż wtedy, kiedy nagrywali poprzednią płytę, bo umieścili tutaj dwa zagrane od nowa kawałki z Ultra Electric: Rumor Den i New Trip. Rzadko spotykana praktyka, ale najwyraźniej doszli do wniosku, że z tych kompozycji warto wycisnąć znacznie więcej. Niespecjalnie to rozumiem w przypadku Rumor Den, bo w nowej wersji nie ma zbyt wielkich zmian, co najwyżej kosmetyczne, za to New Trip to faktycznie nowa podróż. Z niecałych trzech minut utwór rozrósł się do sześciu i, jak wspomniałem wcześniej, dostał dodatkowy wokal od mistrza Neila Fallona. Z innych ciekawych numerów na tej płycie warto wspomnieć tytułowy Seed Of Decades, dwuczęściowy Devil In The Details (wyborna jest zwłaszcza druga, bluesowa część), Red Colony, od którego bije kosmiczną samotnością i Busy Dying, zagrany na totalnym luzie. No i Roll The Stone – jeden z najbardziej pozytywnie nastrajających utworów, jakie znam. Wisienką na całym tym torcie jest pojawiający się w trzech utworach melodyjny kobiecy wokal, który nadaje całokształtowi lepszego smaku i świetnie komponuje się nawet z mocarnymi riffami.
Tym albumem Sixty Watt Shaman przeciera w muzyce nowe szlaki, którymi podążać będą inne zespoły, ale nie spoczywa na laurach, bo sam ma jeszcze sporo do powiedzenia w swoim trzecim i (jak na razie) ostatnim wydawnictwie.



Reason To Live (2002)

Najprościej ujmując jest to bezpośrednia kontynuacja muzycznych poszukiwań, które rozpoczęły się w Seed Of Decades. Ten album wydaje mi się cięższy od poprzedniego, momentami zalatuje nawet thrashem, ale w dalszym ciągu nie ma tu większych zgrzytów między tym rodzajem grania a standardowym zestawem stonerowo-southernowym. To nie jest inny styl, ale po prostu jego bardziej drapieżne oblicze. W utworach jest może trochę więcej spiny i powagi niż dotychczasowego czilautu, znalazło się też jednak parę akustycznych, rozluźniających atmosferę kawałków, w postaci The Mill Wheel, When The Morning Comes i Just Being You – numeru ukrytego po zamykającym album, totalnie ciężkim i pesymistycznym All Things Come To Pass. Trzeba dodać, że jest tutaj parę ewidentnie słabszych momentów, czego nie powiedziałbym o poprzednich płytach, przez co całość wydaje się być trochę rozwleczona. Chociaż Reason To Live trwa około godzinę, czyli tyle co Seed Of Decades, to w przypadku tego albumu lepszy efekt dałoby większe skondensowanie muzyki. Zbędny wydaje się zwłaszcza All Of My Love, będący blisko dwuminutową solówką na basie i pewnego rodzaju intrem do skądinąd świetnego Distance. Uwielbiam wyrazisty bas w muzyce, ale niekoniecznie w takiej postaci; tym razem panów poniosła trochę fantazja. W każdym razie, żeby była jasność: to nie jest bynajmniej słaby album. Inny niż dotychczasowe (każdy zresztą jest w pewnym sensie inny), ale nie nazwałbym go słabym. Z moich ulubionych kawałków wymienię otwierający album Nomad (najbliższy klasycznej odmianie szamanów), Blind By Morning, który pasowałby się równie dobrze do Seed Of Decades, bardzo clutchowy The Evil Behaviour Of Ordinary People, wspomniany już refleksyjny Distance i chyba najlepszy z tego zestawu My Ruin, będący genialną stonerową petardą.
Wielka szkoda, że Sixty Watt Shaman zatrzymał się 12 lat temu na Reason To Live, bo w kolejnych odsłonach z pewnością mógłby pokazać dużo więcej, no i w końcu dojść do momentu, w którym stałby się powszechnie rozpoznawany. Na razie fanom pozostaje maglować w nieskończoność te trzy płyty. Na razie...



Jak wygląda szamańska perspektywa na przyszłość? Napawa optymizmem i to dużym. Po zawieszeniu działalności na czas nieokreślony (ostatnia trasa odbyła się w 2003 roku), zespół wrócił niedawno do wspólnego grania i koncertowania. Przez chwilę miałem pewne wątpliwości co do tego, czy gra tak samo dobrze po tylu latach (Soundgarden nie przeszedł pomyślnie tej próby czasu), ale po obejrzeniu paru świeżych nagrań z koncertów upewniłem się, że to nadal ten sam, stary, dobry szaman. W tym roku grupa wystąpi zarówno na Berlińskiej jak i Londyńskiej edycji Desertfestu (skład tego festiwalu mną poniewiera, niech ktoś da bilet plz) i pozostaje mi mieć nadzieję, że do Polski też kiedyś dotrze. Na koniec najważniejsza informacja: Sixty Watt Shaman planuje wydanie nowej płyty. Oby jeszcze w tym roku.

No masz, to miała być krótka notka, ale znowu się nie udało. Następnym razem będzie coś z zupełnie innej beczki, może z mniejszą liczbą słów. A tymczasem na koniec numer, którego nie mogłem pominąć (ale też z jakiegoś powodu nie mogłem wkleić jako jutubowy odtwarzacz):
Roll The Stone