wtorek, 30 grudnia 2014

20:14

Koniec roku sprzyja wszelkiego rodzaju podsumowaniom i nie inaczej jest w magicznej krainie muzyki. Wszędzie w internetach roi się teraz od list najlepszych albumów świata, więc nie będę gorszy i dorzucę też swoją. Zanim to jednak nastąpi, parę osobistych wynurzeń. I od razu ostrzegam, że to będzie monstrualna nota.

Mam wrażenie, że w ciągu tego roku zgłębiałem bardzo zróżnicowane klimaty: od dream popu przez glitch, delta blues, eksperymentalne rapsy, aż po black metal, ale jak zwykle prawdę mówi last.fm, wg którego oczywiście łoiłem głównie stonery. Wszystko przez to, że odrodziła się we mnie miłość do największego klasyka w tym gatunku, a mowa oczywiście o Kyuss. Pogłębiała się też moja faza na Broken Betty – najlepszy polski zespół, jaki kiedykolwiek istniał – a także na Kylesę i Sixty Watt Shaman, nie wspominając o całej masie innych zespołów reprezentujących pustynne brzmienia. Jestem uzależniony od srogich riffów i nic na to nie poradzę.

Nie będę nawet wymieniał wszystkich poznanych przeze mnie w tym roku wykonawców, bo moja ekskluzywna lista składa się z nich w połowie. Jednym z największych przełomów w dziedzinie poszerzania horyzontów jest dla mnie to, że odkryłem na nowo black metal. Ostatnie doświadczenia z tym gatunkiem miałem w gimnazjum i od tamtej pory uważałem go za nad wyraz czerstwy, ale w ostatnim czasie różne blacki, post-blacki i tego typu gejozy na tyle przeniknęły do popkultury, że nie sposób przejść obok tego zjawiska obojętnie. Zacząłem zgłębiać temat raczej przypadkowo, od „komerchy”, czyli nowego Behemotha i w dość krótkim czasie wkręciłem się w inne zespoły. Najciekawsze okazały się dla mnie Morowe, Entropia, Nachtmystium, Sólstafir i Alcest, czyli mimo wszystko bardziej „post” niż „black”. Przy okazji pierwszy raz w życiu wbiłem na black metalowy koncert i pierwszy raz spotkałem się ze zjawiskiem zasłony dymnej, spoza której nie widać sceny. Piekielne dźwięki wydobywające się z czerwonych oparów to całkiem zabawne doświadczenie.

Skoro o koncertach mowa, to ten rok był dla mnie pod tym względem zdecydowanie biedniejszy niż poprzedni, ale za to miałem okazję zobaczyć na żywo kilka całkiem znanych zespołów, które bardzo lubię. Największe wrażenie zrobił na mnie prawie 3-godzinny występ Crippled Black Phoenix, a w dalszej kolejności Kylesa i Planet Of Zeus. Ładnie bawiłem się też na koncertach paru polskich zespołów, w tym Ani Rusowicz, L.U.C i Dopelorda. Nie mogę też nie wspomnieć o niesamowitej wiksie, jaką stworzył Snowid z DJ Grzybem podczas drugiego dnia SpaceFestu. Już od dawna chciałem poczuć na własnej skórze jego elektroniczne pogańskie disco i wreszcie nadarzyła się okazja. Tak gorącego przyjęcia nie spodziewał się sam artysta i chyba nie będzie przesadą jeśli powiem, że ukradł show grającemu w tym samym czasie na dużej scenie The KVB. Poza tym ciekawym doświadczeniem był dla mnie pokaz niemych filmów z muzyką graną na żywo, dzięki któremu dowiedziałem się o istnieniu paru artystów specjalizujących się w różnych eksperymentalnych klimatach. Przyszły rok zacznie się srogo, od koncertu Crowbar w Gdyni, ale prócz niego nie zapowiada się w tej chwili nic, czym specjalnie bym się podniecał (pomijając Nisennenmondai w Warszawie, ale to Warszawa). Liczę przede wszystkim na lepszą edycję Soundrive Fest, bo tegoroczna zbytnio obfitowała w niezbyt pasjonujące indie.

Warto dodać, że w tym roku pojawiły się na rynku dwa muzyczne czasopisma, z czego zwłaszcza jedno stanowi ucieleśnienie moich marzeń – Noise Magazine. Nie sądziłem, że takie coś jest możliwe, ale Noise eksploruje dokładnie te obszary muzyki, które najbardziej mnie interesują, od sludge'u po alt-country. Jest jeszcze M/I, po którym oczekiwałem czegoś równie ciekawego, ale okazał się hipsterski do porzygu. Niemniej sam fakt, że muzyczna prasa w ogóle istnieje i dobrze się sprzedaje w dobie internetów, dobrze rokuje na przyszłość.

Tyle słowem wstępu. Pora na zestawienie 20 moich ulubionych płytencji, pieczołowicie wybranych spośród kilkudziesięciu, które w tym roku przesłuchałem. To z pewnością nie będzie lista zawierająca najlepiej oceniane czy powszechnie znane płyty, ale w końcu nie na tym polega idea prywatnych zestawień. Wielu albumów w moim guście pewnie jeszcze nie odkryłem, na niektórych się zawiodłem (o tym też będzie później mowa), a znając życie niektóre spodobają mi się dopiero za jakiś czas. Na ten moment nie mam jednak lepszych faworytów. Zaczynamy od końca:


20. Papir – IIII

Bardzo przyjemnie plumkający album, w sam raz na obudzenie się z samego rana. Mam sentyment do El Paraiso Records i jakieś dzieło z ich stajni musiało się tu znaleźć, a że nowa Causa Sui niczym mnie nie urzekła, to wybór padł na Papir. I trzeba im przyznać, że na IIII brzmią bardziej jak Causa Sui niż sama Causa Sui. Trochę za dużo wyszło mi tu o Causa Sui jak na fakt, że nie ma jej nawet na liście i chyba nie da się ukryć, że mimo wszystko ją uwielbiam. Ale Papir też sobie cenię, za ciepłe brzmienie i kwaśne improwizacje.
Ulubione: IIII.I, IIII.III

19. Sólstafir – Ótta

Nakręcany na ten zespół hype nie uważam za przesadzony. Co prawda z post-blacku w ich stylu został głównie doprawiony masą klawiszy „post” i islandzki chłód (metal gdzieś się zgubił po drodze), ale nie zmienia to faktu, że album jest bardzo mocny w kategorii lekkiej. Nie do końca mnie przekonuje jako całość słuchana od początku do końca, ale ma parę momentów, które bardzo mi się podobają (z tytułowym Ótta na czele – to obłędne banjo poniewiera). Dla mnie może to nie jest tegoroczne arcydzieło, ale na pewno wyjątkowa płyta.
Ulubione: Lágnætti, Ótta, Nón

18. Behemoth – The Satanist

To pierwsza płyta Behemotha jakiej kiedykolwiek przesłuchałem i o dziwo całkiem przypadła mi do gustu. Dzięki niej przekonałem się, że black metal nie gryzie i może być nawet przyjemny. Chociaż do blastów się raczej nigdy nie przekonam, to w takim srogim łojeniu z groźnymi minami pod rozmazanym makijażem też można znaleźć coś pozytywnego. The Satanist to dla mnie przede wszystkim ładne melodie w dosyć ekstremalnym wydaniu, bo sam przekaz pozostaje dla mnie czerstwy.
Ulubione: Blow Your Trumpets Gabriel, Messe Noire, Ora Pro Nobis Lucifer

17. John Garcia – John Garcia

Solowe dzieło wokalisty Kyuss nie zachwyca niczym oryginalnym, ale słucha się go z przyjemnością. Na pewno jest dla mnie ciekawsze niż nowy Brant Bjork, chociaż brzmi trochę za bardzo jak Hermano – projekt Garcii, który najmniej lubię. Nie da się ukryć, że Garcia lepiej sobie radzi ze swoimi dawnymi kolegami, o czym świadczy zeszłoroczna płyta Vista Chino, która niestety najpewniej pozostanie takim jednorazowym zrywem. Trochę brakuje mu pomysłów na samodzielną karierę, bo taki All These Walls żywcem wyjął z innego swojego projektu, Slo Burn. Tak czy inaczej, nie jest to wybitne, ale i tak bardzo dobre pustynne granie. I po prostu lubię typa.
Ulubione: His Bullets' Energy, Argleben, Her Bullets' Energy

16. Left Lane Cruiser – Slingshot

Blues to najbardziej męski gatunek muzyki jaki istnieje, a Left Lane Cruiser gra jego najbardziej męską odmianę – z mocno przesterowaną gitarą i przechlanym wokalem. To muzyka, od której rośnie dziadowska broda i włosy na klacie. Chociaż na nowej płycie tak naprawdę nie ma nic nowego (to zbiór ich starych, niewydanych do tej pory kawałków), to nie będę ukrywał, że podnieca mnie wszystko, co od nich wychodzi. Ich stare utwory są równie dobre, a w niektórych przypadkach nawet lepsze niż nowe dokonania na polu punk bluesa. Mimo że darcia mordy nie ma tu zbyt wiele i całość jest raczej lekka, to i tak dosyć surowa muzyka. Dla koneserów.
Ulubione: Don't Need Nothin' From Me, Slingshot, Huckleberry Twist

15. Colour Haze – To The Highest Gods We Know

Nie ma to jak miłe niespodzianki. Od jakiegoś czasu nie śledziłem poczynań Colour Haze, a tymczasem w połowie grudnia wyskoczyli z nowym albumem. I to na tyle dobrym, że rzutem na taśmę wbił się jeszcze na moją prywatną listę. Klasycy kraut stonera jak zwykle trzymają wysoki poziom, chociaż nie ma co ukrywać – przy 11 albumie studyjnym ciężko stworzyć coś zupełnie świeżego. Ciekawym elementem jest tytułowy, orientalnie brzmiący kawałek, w duchu krautowych tripów z lat 70. Poza tym jest trochę ładnych riffów, są psychodeliczne odjazdy, więc nie ma na co narzekać. Chcę więcej takich zaskoczeń.
Ulubione: Paradise, Überall, Call

14. The Shrine – Bless Off

Jedyny w swoim rodzaju panczurowaty stoner, stanowiący soundtrack do przemierzania kalifornijskich basenów na desce po zażyciu kwasu. Szerszy opis.
Ulubione: Tripping Corpse, The Duke, Spit In My Life





13. The Stubs – Social Death By Rock 'N' Roll

Uwielbiam tych gości, nawet mimo tego, że są z Warszawy. Grają prostego, garażowego rokendrola, w którym jest tyle pozytywnych emocji, że nie sposób go nie lubić. Ich poprzedni album przemieliłem już jakiś milion razy i wszystko wskazuje na to, że nowy też to czeka. To tylko dowód na to, że pewne schematy w muzyce się nie nudzą, a należą do nich rockowe hiciory okraszone bluesowym posmakiem i punkową energią. Fun fact: zaczyna być tradycją, że na nowej płycie The Stubs pojawia się jeden kawałek z poprzedniej, nagrany w wersji akustycznej. I brzmi nawet lepiej niż w oryginale. Czekam na cały set unplugged, najlepiej na żywo.
Ulubione: Young For Life, Evil Just Like That, Salvation Twist

12. 1000mods – Vultures

Grecja nigdy specjalnie nie kojarzyła mi się ze srogimi riffami, ale niedawno odkryłem drugi powód (pierwszym jest Planet Of Zeus), dla którego może się to zmienić. 1000mods to jedno z moich świeżych odkryć i przez pewien czas słuchałem ich bardzo namiętnie, bo najwyraźniej potrzebowałem porządnej dawki odmóżdżającego rocka. Nowa płytka wydaje mi się trochę słabsza od poprzedniej, ale to nie zmienia faktu, że tworzony przez nich stoner z psychodelicznymi wstawkami jak najbardziej do mnie trafia. Niektóre rzeczy przyjmuje się bezkrytycznie.
Ulubione: She, Horses' Green, Reverb Of The New World

11. Blues Pills – Blues Pills

Od początku miałem z nimi spory problem, bo chociaż spełniali wszystkie kryteria muzyki, którą lubię (retro hard/blues/psych rock), to nie potrafiłem się nimi zajarać. W magiczny sposób zmieniło się to niedawno, kiedy mimo lekkiej niechęci odpaliłem ich debiutancki longplej. I okazało się, że to wyjątkowo spójna płyta, na której wszystko jest na swoim miejscu: lekko zakurzone brzmienie, klimat z lat 60 i bardzo solidne granie. Chociaż większość kawałków wydali już wcześniej na epkach, to dopiero ich wersje z LP zrobiły na mnie pozytywne wrażenie. Zazwyczaj nie lubię takiego recyklingu, ale w tym przypadku pomógł mi się do nich przekonać.
Ulubione: Jupiter, River, Gypsy

10. Ty Segall – Manipulator

Kolejne odkrycie od razu trafiające w mój gust. Osobnik imieniem Ty Segall okazał się moim tegorocznym faworytem w temacie psychodelicznego rocka. Manipulator to już jego 7 album studyjny, a ja chwilowo nie mam żadnego punktu odniesienia do jego twórczości, bo to jedyna płyta, jaką znam. Nie przeszkadza mi to jednak się nią podniecać, bo tak konkretnej psychodelii nie słyszałem od dawna. To trwający blisko godzinę zbiór piosenek mocno osadzonych w garażowym brzmieniu lat 60, a mimo to łatwo przyswajalny i nie odrzucający surowością. Właśnie takiego stylu w retro graniu potrzeba światu.
Ulubione: Feel, The Faker, The Hand

9. Pet The Preacher – The Cave & The Sunlight

Bagniście stonerowy rarytas, w tej chwili jeden z moich ulubionych europejskich zespołów specjalizujących się w ciężkich riffach. Szerszy opis.
Ulubione: Let Your Dragon Fly, Remains, What Now





8. Black Moth – Condemned To Hope

Nowy Black Moth urzekł mnie od samego początku, kiedy zapoznałem się z dwoma dostępnymi przedpremierowo kawałkami. Co prawda właśnie one podobają mi się najbardziej z całej płyty, ale cała reszta też stoi na wysokim poziomie. Black Moth bardzo zgrabnie operuje w klimatach stoner/doom, a dodatkowo to jeden z niewielu rockowych zespołów z kobiecym wokalem, które mi odpowiadają. Spotkałem się w internetach z opiniami, że Harriet nie śpiewa już tak dobrze jak wcześniej, ale powiedziałbym, że to z jej strony bardziej doomowa maniera. Poza tym jest trochę lżej niż na debiucie i brakuje mi tutaj mocarnego basu, niemniej jednak to wciąż jedna z najprzyjemniejszych płytek, jakie w tym roku obsłuchałem.
Ulubione: Tumbleweave, Set Yourself Alight, Room 13

7. Se Delan – The Fall

Oniryczna podróż w brzmieniach z pogranicza dream popu i post-rocka. Bardzo nieszablonowo i bardzo kameralnie. Szerszy opis.
Ulubione: Beneath The Sea, Little One, Dirge






6. Dopelord – Black Arts, Riff Worship & Weed Cult

Dopelord wydał w tym roku małe, doomowe dzieło sztuki. Pełne zielska, kiczowatego okultyzmu i smacznych riffów. Szerszy opis.
Ulubione: Addicted To Black Magick, Acid Trippin', Pass The Bong






5. Boris – Noise

Smakowita mieszanka wszystkich gatunków, w jakich specjalizuje się Boris, od srogich dronów po lekki j-rock. Szerszy opis.
Ulubione: Melody, Vanilla, Quicksilver






4. Emma Ruth Rundle – Some Heavy Ocean

Powiew chłodnej, cmentarnej atmosfery w postaci ładnych ballad. Do tego z olbrzymim ładunkiem emocji. Szerszy opis.
Ulubione: Run Forever, Haunted Houses, Living With The Black Dog





3. Planet Of Zeus – Vigilante

Grecka odpowiedź na Clutch wygrywa u mnie w stonerowej kategorii. Ciężkie riffy zabarwione bluesem to coś, co nigdy mi się nie znudzi. Szerszy opis.
Ulubione: The Great Dandolos, Burn This City Down, Vigilante





2. H A R K – Crystalline

Lekko progresywny sludge, powalający mocarnymi rffami i szalonymi improwizacjami. Zdecydowanie najlepszy debiut tego roku. Szerszy opis.
Ulubione: Mythopoeia, Scarlet Extremities, Clear Light Of...





1. Crippled Black Phoenix – White Light Generator

Dzieło brytyjskiej supergrupy jest ostatecznie tym, które zrobiło na mnie największe wrażenie. Ta płyta od razu wpadła mi w ucho i zaraz obok genialnego I, Vigilante okazała się dla mnie najbardziej przyswajalna z całej dyskografii CBP. Jest świetnie zrównoważona pomiędzy spokojnymi utworami a mocnymi akcentami, przez co nie pozwala się nudzić, mimo że trwa grubo ponad godzinę. Wszystko podane w charakterystycznym dla nich stylu, łączącym prog- i post-rocka, z dodatkiem różnych innych gatunków. Trochę monumentalnie, trochę kameralnie, ale bez zbędnego nadęcia, typowego dla progresywnych brzmień. Do tego z całkiem pozytywnym wydźwiękiem jak na zespół, obracający się zazwyczaj w postapokaliptycznych klimatach. Ten album ostatnimi czasy dobrze wpasowywał się w mój nastrój, co pewnie też wpłynęło na to, że znalazł się na pierwszym miejscu.
CBP mogę śmiało uznać za moje najciekawsze muzyczne odkrycie tego roku i tym większe jest moje szczęście, że od razu trafiła mi się okazja, żeby zobaczyć ich na żywo. Po tym koncercie nie miałem wątpliwości, że będę do ich muzyki wracał jeszcze nie raz, z naciskiem na nowy album. To zresztą powinno być główne kryterium wyboru jakichkolwiek „płyt roku” – chęć odpalenia ich ponownie.
Ulubione: NO!, Black Light Generator, Parasites, We Remember You



Wypada też wspomnieć trochę o polskiej muzyce, bo na moją ekskluzywną listę trafiły tylko 3 pozycje, a znalazłoby się jeszcze parę ciekawych. Spodobał mi się nowy Echoes Of Yul, w połowie co prawda złożony z remiksów starych kawałków, ale za to wykonanych w dobrym stylu. Pozytywnym zaskoczeniem jest dla mnie gościnny udział na ich płycie iconAclassa; jego rapsy idealnie komponują się z mrocznym klimatem EOY. Z innych nowości, kolejna solidna porcja tradycyjnego stonera wyszła od Palm Desert, nic odkrywczego, ale kupuję w ciemno wszystko co wypuszczają. Całkiem porządny album nagrała też Sunnata (dawny Satellite Beaver), chociaż totalnie zamulone brzmienie trochę mnie od niego odrzuca. Z fali tegorocznego polskiego blacku, poza Behemothem, urzekła mnie najbardziej Furia, obracająca się w bardzo różnorodnych odcieniach tego gatunku. Z projektów, które lubię, wymienię jeszcze bardzo płodny duet Palmer Eldritch, który wydał świetny album razem z wokalistką Justyną Sylwią. Gatunkowo plasuje się gdzieś pomiędzy post-rockiem a trip-hopem; panowie ciągle zaskakują czymś świeżym.

Żeby za bardzo nie słodzić to dla odmiany będzie teraz parę rzeczy, które mi wyjątkowo nie podeszły. Najbardziej zrył mi banię swoim nowym materiałem Death Grips, który z zapętlonych sampli stworzył coś na granicy słuchalności, ale jeszcze większym rozczarowaniem była dla mnie ich decyzja o rozpadzie. I pomyśleć, że ani razu nie wpadli do Polski. Smuteczek. Na wyraźnie słabszym poziomie były też w tym roku Elysian Fields (za bardzo jazzowo jak na mój plebejski gust), clipping. (gdzie się podziały ściany nojzów?), Causa Sui (nażarli się za dużo kwasu i zupełnie odpłynęli), Nikki Lane (nuda zamiast fajnej americany), Sigiriya (mało ciekawy stoner w porównaniu do debiutu), Goat (ciągle fajna mieszanka kulturowa, ale nie pokazali nic nowego), Sleepy Sun (3 świetne kawałki to trochę za mało, reszta przynudza) i Brant Bjork (typowy stoner średnio mu wychodzi). Nie porwały mnie też nowe albumy „klasyków”, po których miałem spore oczekiwania: Earth, Electric Wizard i Orange Goblin – jak na razie moja reakcja na nie to tylko „meh”. Wypada na tym skończyć, bo wyjdzie mi tego więcej niż lubianych albumów. Nie mam tylko pojęcia do jakiej kategorii zaliczyć debiut Moodie Black, bo z jednej strony kwaśne rapsy w ich wykonaniu trafiają w mój gust, a z drugiej to chyba najcięższa rzecz, jakiej kiedykolwiek słuchałem. Powinni dostać jakąś nagrodę (złotą suchą bułkę?) za najbardziej dołujący album roku.

Na koniec coś o oczekiwaniach. Przede wszystkim liczę na nowe, miażdżące albumy od Sixty Watt Shaman, The Machine, Mississippi Bones i Ampacity. Wiem, że od jakiegoś czasu są w produkcji i spodziewałem się ich już w tym roku. Skoro się jednak nie pojawiły, to raczej na pewno pojawią się w przyszłym, jaram się już teraz. Mam też nadzieję, że zgodnie z zapowiedziami Turbowolf wyda wreszcie w kwietniu swoją drugą płytę, którą miętoli już co najmniej od zeszłego grudnia. I że nie będzie tak dziwna, jak to sugerują pokazane do tej pory kawałki. W przyszłym roku pewnie jak zwykle coś mnie zaskoczy, pozytywnie albo i nie, ale największą niespodzianką byłaby dla mnie reaktywacja Broken Betty. Epickim failem było z mojej strony zainteresowanie się tym zespołem dopiero w momencie kiedy zawiesił działalność. Załapałem się tylko na ich ostatni koncert, co oczywiście mnie nie satysfakcjonuje.
Mniej porażek i rozczarowań to w zasadzie jedyne, czego chciałbym doświadczyć w przyszłym roku, nie tylko w kontekście muzyki. Tego też życzę sobie i każdemu, kto przebrnął przez całość i dotarł do tego miejsca. Wszystkiego smakowitego. I na deser jeszcze raz CBP:

sobota, 13 grudnia 2014

Fresh tendrils – 2014 (2)

Blogas powoli staje się kwartalnikiem, ale ciągle się trzyma, przynajmniej dopóki mam jeszcze jakieś resztki zapału do pisania. To będzie część druga (i ostatnia) podziwiania stosunkowo świeżych wydawnictw przed ostatecznym podsumowaniem na koniec roku. Wyszedł mi tu chyba dosyć różnorodny zestaw i zresztą ciężko, żeby było inaczej, skoro pojawia się tu jeden z najbardziej eklektycznych zespołów jakie znam. Tyle słowem wstępu, czas na muzykę.


The Shrine – Bless Off


Zaczynamy od strzału w ryj. To będzie energiczna mieszanka hard rocka, skate punku i stonera, która nie stara się udawać, że jest ambitną muzyką i właśnie w tym tkwi jej urok. The Shrine pochodzi z Venice w Kalifornii, gdzie w latach 70 narodził się nowy styl jazdy na desce. Nie wspominam o tym bez powodu, bo ich muzyka wręcz kipi od anarchistyczno-skejtowej agresji. Panowie bardzo dobrze wpasowują się w deskorolkową tradycję swojego miasta, nie stroniąc od śmigania po pustych basenach i produkując blaty z własnymi wzorami. Bless Off to ich trzecie wydawnictwo i zarazem jedna z tegorocznych płytek, które wałkowałem najwięcej razy. To o tyle ciekawe, że nigdy nie ciągnęło mnie specjalnie do panczurowych klimatów, ale ostatecznie przekonałem się do tego zespołu po ich szalonym koncercie w Gdyni w zeszłym roku. Od tamtej pory czekałem na nową płytkę i nie zawiodłem się – to wyborny materiał, warty przynajmniej paru obsłuchań.
Bless Off jest trochę (ale tylko trochę) mniej punkowy od poprzedniego albumu – Primitive Blast. Zawiera więcej kawałków opartych na masywnych riffach, chociaż i tak ciężko sklasyfikować je jako tradycyjnie brzmiący stoner, bo utrzymane są co najwyżej w średnim tempie, a wszędzie roi się od dzikich, niedbałych improwizacji. Najwolniejszymi numerami są The Duke i Nothing Forever, który poza jednym obłędnym fragmentem opiera się na pojedynczym riffie. Nie ulega wątpliwości, że dynamika i bezkompromisowe granie to główne walory tej płyty. Nie ma tu nic szczególnie odkrywczego, ale słucha się tego przyjemnie, bo kawałki mają bardzo piosenkową formę i wpadające w ucho melodie. Spośród moich ulubionych mogę wymienić jeszcze Tripping Corpse, Spit In My Life czy Napalm.
Album pasuje całkiem dobrze do zobrazowania życia zmarłego w tym roku Jaya Adamsa – punk, deskorolka, narkotyki, to wszystko wybrzmiewa elegancko w muzyce The Shrine. Odrobina wesołego nihilizmu raz na jakiś czas nie zaszkodzi.



Boris – Noise


Boris to japoński zespół, o którym można napisać naprawdę dużo. Zaczynając od tego, że bardzo lubi eksperymentować z nowymi brzmieniami i nie zamyka się na jeden gatunek muzyki. Najbardziej znani są ze swoich drone'owych tripów, ale w ich dyskografii (liczącej ok. 20 albumów studyjnych) przewijał się też m.in. stoner, ambient, hardcore, noise, shoegaze i j-pop. Część z tego szerokiego spektrum gatunków można usłyszeć na nowej płytce, z przekory nazwanej Noise, chociaż jest melodyjna i stosunkowo mało hałaśliwa. Przynajmniej w porównaniu do wielu innych wytworów ich muzycznych fantazji.
Najnowsze dzieło trójki Japońców to chyba najbardziej przystępna i jednocześnie przekrojowa płytka w całej ich dyskografii, w sam raz dla neofitów, którzy chcieliby bliżej zapoznać się z Borysem. W tym trwającym blisko godzinę materiale znajdzie się coś smakowitego dla każdego. Praktycznie każdy utwór składa się z jakiejś eksperymentalnej mieszanki, podstawą której jest głównie noise rock i shoegaze. Nic tu nie jest jednoznaczne i monotonne, bo klimat zmienia się jak w kalejdoskopie. Okazyjnie pojawiają się cięższe riffy (Vanilla), by za chwilę rozluźnić atmosferę typowo radiowym rockiem (Taiyo no Baka) albo dla odmiany odpalić szaleńczo rozpędzone monstrum (Quicksilver). Z drugiej strony jest parę spokojniejszych momentów, jak rozbudowany, gęstniejący z każdą minutą Angel i ambientowy usypiacz na sam koniec (Siesta). Całość przyprawiona typowo japońskim kwasem.
Mimo takiego gatunkowego rozstrzału nie czuć tutaj specjalnych zgrzytów. Wszystko ładnie się ze sobą zazębia i widać, że to materiał nagrany przez doświadczoną ekipę, świadomą swoich poszukiwań. Atsuo, Wata i Takeshi praktycznie od początku grają w niezmienionym składzie, więc można z powodzeniem zakładać, że dobrze znają swoje upodobania i nadają na tych samych falach. Co prawda odchodzą trochę od radykalizmu ze swoich starszych płytek, ale to żadna strata, bo z ładnymi piosenkami radzą sobie równie dobrze. Boris to po prostu klasa sama w sobie. Nie wydali jeszcze słabej płyty i nic nie wskazuje, żeby miało się to zmienić.



Pet The Preacher – The Cave & The Sunlight


Jedno z moich najciekawszych odkryć w tym roku w kategorii szeroko pojętego stonera. Pod nazwą Pet The Preacher kryją się trzej panowie pochodzący z Danii, którzy mają na koncie dwie epki i dwa longpleje. Ich tegoroczny album prezentuje się w tym gronie zdecydowanie najlepiej.
Chyba największą zaletą tej płyty jest fakt, że unika banału i wyświechtanych klisz, mimo całkiem przebojowych riffów. To dla mnie o tyle istotne, że im bardziej zagłębiam się w stoneropodobne klimaty, tym ciężej jest mi odkryć coś, czego jeszcze bym nie słyszał. Duńczykom udała się ta sztuka i zdołali w tym gatunku nagrać całkiem świeży materiał, który zapada w pamięć i nie nudzi się po pierwszym przesłuchaniu. Co więcej, na tej płycie roi się od hiciorów. Pojawiają się jeden po drugim już na samym początku, zaraz po nastrojowym The Cave, otwierającym płytę. Pierwszym (i zdecydowanie moim ulubionym) mocarnym akcentem jest Let Your Dragon Fly, oparty na potężnym, wpadającym w ucho riffie. Potem jest równie dobrze: Kamikaze Knight z bębnami w roli głównej, zalatujący bluesowym bagnem Remains czy najbardziej pustynny z tego zestawu Fire Baby. Ta płyta oferuje sporo ładnych piosenek o wyjątkowo masywnym brzmieniu, jednocześnie wykraczając często poza schemat zwrotka–refren. W drugiej połowie traci impet, pogrążając słuchaczy jeszcze bardziej w błotnistym klimacie, czego przykładem może być posępny, zahaczający o doom What Now. Trzeba zaznaczyć, że płyta brzmi bardzo europejsko – to z pewnością nie jest typowy piach z Palm Desert, ale raczej duńskie mokradła. Taki styl grania przywodzi mi na myśl Truckfighters (którzy swoją drogą też wydali w tym roku przyzwoity album), tylko o parę kategorii wagowych cięższy. Warto jeszcze dodać, że prócz smakowitych riffów Pet The Preacher może się pochwalić wybitnie adekwatnym do stonera wokalem, chyba jednym z najciekawszych rockowych głosów jakie słyszałem.
Podsumowując, jeśli ktokolwiek słuchający stonera ma (całkiem uzasadnione) wątpliwości czy w tym gatunku da się jeszcze stworzyć coś w miarę oryginalnego, powinien sprawdzić ten album. Trochę żałuję, że minęły mnie już dwie okazje, żeby zobaczyć tych panów na żywo w naszej paskudnej stolycy, bo w tej chwili to jeden z zespołów, przy których miałbym największą ochotę wytrzepać trochę łupieżu z głowy.



Se Delan – The Fall


Ostatni album na tej liście będzie dla odmiany w (stosunkowo) czilautowym klimacie. Se Delan to świeżutki projekt, za którym stoją dwie osoby powiązane z supergrupą Crippled Black Phoenix (o której było już w skrócie tutaj) – jej lider Justin Greaves i udzielająca się wokalnie Belinda Kordic. Trzeba przyznać, że nie odcinają się do końca od swojego macierzystego zespołu, bo w ich twórczości wyraźnie słychać naleciałości z CBP. Jest jednak parę rzeczy, które wyraźnie odróżniają te grupy (o ile dwie osoby to już grupa).
Zaczynając od podobieństw: tak jak w przypadku CBP, ich muzyki nie da się łatwo sklasyfikować. To mieszanka prog- i post-rocka, na tle której snuje się subtelny, dream popowy wokal w stylu Mazzy Star, w efekcie czego powstała totalnie oniryczna, pobudzająca wyobraźnię muzyka. W brzmieniu dosyć podobna do tego co oferuje CBP, tyle że przedstawiona w dużo prostszej, piosenkowej formie. Atmosfera też jest znacznie bardziej kameralna, sprzyjająca samotnym posiedzeniom nad The Fall. Jest w tych dźwiękach coś, co przywołuje wspomnienia z dzieciństwa i ten nostalgiczny klimat budowany jest przez całą płytę, począwszy od mocnego intra, kończąc na smutnawym Lost Never Found. Nie pasuje mi tu tylko ciężki, wypełniony samplami The Hunt, jak dla mnie jedyny słaby element albumu. Świetnych utworów jest za to pełno: akustyczny Beneath The Sea, poruszająca ballada Little One, wybijany marszowym rytmem Dirge czy zalatujący shoegaze'owym hałasem On My Way. W całość dobrze wkomponowuje się też cover Today z repertuaru Jefferson Airplane, zagrany we własnym stylu, ale nie odbiegający zbytnio od oryginału.
The Fall idealnie trafił w mój gust i cieszy mnie, że Se Delan nie jest określany jako jednorazowa przygoda czy zwykły poboczny projekt. Justin Greaves i Belinda Kordic zamierzają poświęcić mu sporo uwagi i dalej nagrywać pod tym szyldem, wobec czego pozostaje mi tylko czekać na kolejną porcję ich wyjątkowego muzycznego oniryzmu.


Następnym razem wrzucę zapewne muzyczne podsumowanko roku i moje osobiste TOP 20. I już raczej bez kilkumiesięcznych opóźnień.

sobota, 20 września 2014

Fresh tendrils – 2014 (1)

Ta notka miała się pojawić już lipcu, ale permanentny brak weny skutecznie to uniemożliwił. W końcu jednak ruszyłem dupkę i dokończyłem ten nieszczęsny, rozgrzebany od dawna tekst, bo nie zamierzam tak szybko porzucać blogaska. Oto i on, odradza się jak peniks z fapiołów.
Chciałem tu tylko powiedzieć, że 2014 obfituje w dobre płytki. I to nie tylko z gatunków, które interesują mnie najbardziej, chociaż trochę smacznych stonerów też już się w tym roku pojawiło. Jak do tej pory nie poświęcałem na blogasie zbyt wiele miejsca nowościom, więc wypadałoby to nadrobić, zanim ujawnię wszystkie moje ulubione albumy w zestawieniu pod koniec roku. Zaprezentuję więc teraz parę płytek, które zrobiły na mnie jak na razie największe wrażenie. Ta krótka lista nie jest oczywiście kompletna, ale stanowi dobry zarys tego, co ostatnimi czasy podoba mi się najbardziej.


Emma Ruth Rundle – Some Heavy Ocean


Na pierwszy ogień coś spokojnego. Emma Ruth Rundle to bardzo utalentowana pani, udzielająca się w paru zespołach, a najbardziej znana jest jako gitarzystka post-rockowego Red Sparowes. Oprócz tego zajmowała się też solowym graniem, ale taki własny album z prawdziwego zdarzenia wydała dopiero w tym roku. Jej pierwsza płytka, Electric Guitar One, to bardziej instrumentalny eksperyment zakorzeniony w drone'owo-ambientowych klimatach. Wypełniona jest snującymi się gitarowymi pomrukami, które przypominają bardzo soundtrack do Truposza autorstwa Neila Younga i nim też pewnie były inspirowane. Całość ma jakieś pół godziny i była nagrywana w vanie, podczas trasy Red Sparowes po Europie w 2010 roku, przez co ma też taki peregrynacyjny wydźwięk. Z kolei pachnący jeszcze świeżością Some Heavy Ocean to w pełni stacjonarne wydawnictwo, tym razem już z wokalem.
Krótko mówiąc, nowa płyta Emmy jest po prostu genialna. Idealnie wyważona pomiędzy post-rockiem a folkowymi balladami, momentami zahacza nawet o drone. Wszystko jest utrzymane w ponurym tonie, może tylko z małymi przebłyskami słońca w bardziej folkowych kawałkach. Nie ma tu miejsca na pozytywne doznania, w tekstach roi się od duchów i cmentarnych klimatów, przez co album wprowadza w bardzo melancholijny nastrój. W sam raz do rozważań na temat sensu istnienia podczas przesiadywania na pustej plaży o zachodzie słońca, gdy spienione fale monotonnie obmywają brzeg, a zimny wiatr przenika do samego wnętrza duszy. Rzadko kiedy nachodzi mnie ochota na muzykę, od której tak bardzo wieje chłodem, ale ten album po prostu chłonę. Nie ma tu ani jednej zbędnej nuty, wszystko splata się w dokładnie obmyśloną mozaikę. Do tego dochodzi śliczny wokal, jedna z najmocniejszych stron tej płytki. Jako totalny laik nie zwracam uwagi na sprawy techniczne, tylko na samo brzmienie głosu i wyrażane nim emocje. Tym bardziej w przypadku wokalistek. Wystarczy chyba powiedzieć, że są takie panie, które samym swoim głosem wykręcają mi suty o 180 stopni i to jest właśnie jedna z nich.
Album sprawdza się najlepiej jako spójna całość, ale posiada oczywiście mocniejsze punkty, które podobają mi się najbardziej. Należą do nich powalające ładunkiem emocji Run Forever i Haunted Houses, bardzo smutno-folkowy Oh Sarah i kończący płytę drone'owy kolos, od którego wibruje mi wszystko dookoła – Living With The Black Dog. To wyjątkowo ciężkie zakończenie, muzycznie najbardziej zbliżone do pierwszej solowej płyty.
Emma Ruth Rundle to zdecydowanie jedna z najciekawszych wokalistek, jakie odkryłem ostatnimi czasy i mam nadzieję, że zaprezentuje jak najszybciej jakiś nowy materiał. Tym bardziej, że zbliża się jesień, czyli odpowiednia pora na słuchanie smętów.



H A R K – Crystalline


Zmiana klimatu na coś zdecydowanie cięższego. Zespół znany też jako Hark albo HARK (ja wolę się trzymać najbardziej groźnie brzmiącej wersji H A R K) wypuścił w marcu swój debiutancki album, którym powalił mnie na kolana. Trzech panów pochodzących z UK gra nieco progresywną odmianę sludge'u, która w pierwszej chwili przywiodła mi na myśl Red Album autorstwa Baroness. W wypadku H A R K progresywności jest jednak znacznie mniej, bo nacisk położony jest na bezkompromisowe, srogie łojenie, ale i tak pojawiają się tu nieraz gitarowe ekscesy. Chociaż ciągle jeszcze oswajam się z tego typu graniem, to w takiej formie łykam je jak młody pelikan rzęsę.
H A R K powstał w 2010 roku z inicjatywy członków paru zespołów, z których najbardziej odznacza się walijski Taint. Taint to kolejna sludge'owa bestia, dla mnie trochę ciężkostrawna, ale w gruncie rzeczy blisko spokrewniona ze stylem, jaki reprezentuje H A R K. Za podobnym brzmieniem stoi przede wszystkim wokalista i gitarzysta obu zespołów, Jimbob Isaac. Ten pan jest też przy okazji ilustratorem i narysował bardzo ładną okładkę dla Crystalline, po której ktoś bardziej obeznany w temacie może już w sumie wywnioskować treść. Pod tym względem sludge jest dosyć przewidywalny.
Parę słów o samym albumie. Crystalline to dokładnie to, czego oczekuję od turbociężkiej muzyki – agresja, chaos i zniszczenie, bez chwili odpoczynku. Płytka idealnie pasowałaby do zobrazowania wojny w postapokaliptycznym świecie, gdzie z jednej strony pojawia się nieobliczalna futurystyczna technologia, a z drugiej archaiczne, sunące przez radioaktywne błoto cyklopowe czołgi. Kawałki są o tyle ciekawie skomponowane, że łamiące kości riffy nie powtarzają się w nieskończoność, ale co chwilę przechodzą w dzikie improwizacje, by następnie strzelić w ryj kolejną porcją rytmicznego hałasu albo zupełnie zwolnić tempo do prędkości ślimaka pełznącego w smole. To zróżnicowany, a przy tym bardzo równy album, dopracowany w najdrobniejszych szczegółach.
Ciężko mi wyróżnić ciekawsze kawałki, bo praktycznie każdy się jakoś pozytywnie odznacza, ale do moich ulubionych należą: Mythopoeia, wydana już wcześniej na epce pod tym samym tytułem, Scarlet Extremities z miażdżącym riffem, i najbardziej zalatujący progiem z całego zestawu Clear Light Of..., z gościnnym udziałem Neila Fallona. Swoją drogą, gdyby nie wokalista Clutch, to nie dowiedziałbym się tak szybko o tym albumie.
Na koniec mała filologiczna dygresja: słowo „hark”, pomijając skojarzenia z flegmą, po staroangielsku oznacza „słuchajże”. I takiego charkania faktycznie można słuchać z przyjemnością.



Planet Of Zeus – Vigilante


Pora na konkretny, tradycyjny stoner, bo zdecydowanie za mało go było jak do tej pory na tym blogasie. Planet Of Zeus to grecki zespół, którym jaram się już od dobrych paru lat, a ich tegoroczny album pozamiatał mną jeszcze bardziej niż dwa poprzednie. Oczekiwałem od nich kolejnej dobrej płyty, a dostałem bardzo dobrą, i już to wystarczy, żeby napisać o niej parę słów.
Na ekipę składa się czterech gości z Aten, którzy zaczęli grać w 2000 roku, a swoje płytki wypuścili kolejno w 2007 i 2011 roku. Prezentowały sobą bardzo zgrabnego, ale raczej nieskomplikowanego stonera, zalatującego trochę southern rockiem, dlatego tym bardziej cieszy mnie, że ich styl wskoczył teraz na wyższy poziom. Panowie poszli wyraźnie w ślady Clutch i postanowili zaczerpnąć nieco inspiracji z korzeni muzyki rockowej, czyli z bluesa. I wyszło im to zdecydowanie na dobre.
Poprawiło się wszystko, zaczynając od brzmienia, które nabrało mięsistego charakteru poprzez bardziej wyrazisty bas. Kawałki nadal zawierają duże ilości piachu i srogiego łojenia, ale Planet Of Zeus trochę spuścił z tonu, przenosząc się duchowo w rejony delty Mississippi. Jest tutaj dużo więcej czilautowego bujania (jak na stonerowe standardy), a bluesowy feeling bez przerwy wylewa się spomiędzy stonerowych riffów. Najbardziej słychać to w takich utworach jak A Girl Named Greed i tytułowy Vigilante, brzmiących dokładnie tak, jak mógłby to zagrać Clutch. Nie brakuje tu też petard w starym stylu, z których najbardziej przemawia do mnie otwierający płytę The Great Dandolos, napisany na cześć greckiego hazardzisty Nikosa Dandolosa. Tak smakowitych riffów jak w tym kawałku nie słyszałem już dawno.
W dużym skrócie, Vigilante to album nadający się równie dobrze do śmigania muscle carem po pustynnych bezdrożach jak i posiedzeń na werandzie w upalne wieczory, obowiązkowo w bujanym fotelu i ze strzelbą na kolanach. Ogólnie z muzyki Planet Of Zeus bije całkiem spory autentyzm jak na zespół, który próbuje wpasować się w dość odległe kulturowo klimaty amerykańskich pustkowi. Myślę, że to w dużej mierze zasługa wokalisty i gitarzysty Babisa (fun fact: urodził się tego samego dnia co ja, tylko 5 lat wcześniej). Pan Babis to rodowity Grek, a mimo to potrafi zacharczeć jak 50-letni redneck, z prawdziwie południowym akcentem. Bardzo miło się tego słucha.
Niedawno miałem wreszcie okazję zobaczyć ich na żywo i mimo że grali stosunkowo krótko, to wyniosłem z tego koncertu jak najbardziej pozytywne wrażenia. Kark napieprzał mnie jeszcze przez tydzień, co mówi chyba samo za siebie.



Pierwsza trójka zaliczona. Mam nadzieję, że uda mi się jeszcze w tym roku opisać parę smakowitych albumów, a jest ich naprawdę sporo. TOP 20 będzie srogim wyzwaniem.

środa, 9 lipca 2014

Vulture has landed

Opadł bitewny kurz, czas się wziąć za pisanie. Odbył się właśnie koncert, na który nakręcałem się już od dobrych paru miesięcy, więc byłoby wielce nietaktowne by o nim tutaj nie wspomnieć. Tym bardziej, że jak na razie ten rok jest wyjątkowo ubogi w występy zagranicznych grup, które mnie interesują. A ten akurat interesował mnie jak cholera.

Kylesa


Amerykański kolos w gatunku sludge. Założony w 2001 roku, pierwsze trzy albumy miał utrzymane bardziej w panczurowych klimatach crust/hardcore, ale trzy kolejne to już konkretny, monstrualnie ciężki sludge, na ostatnim wydawnictwie zahaczający nawet o progresywny metal. Od 2006 roku ekipa działa z dwoma perkusistami, co nadaje ich muzyce jeszcze bardziej potężne brzmienie. Wokalistów też jest dwóch, pan od krzyczenia i pani od śpiewania – Philip Cope i Beata Kozidrak. Pardą, Laura Pleasants. No nie mogę wymazać z głowy ich podobieństwa. What have been seen...
Z takich ciekawostek, nazwa zespołu pochodzi od pojęcia „kilesa mara”, buddyjskiej nauki o splamieniach umysłu. Pasuje całkiem nieźle do ich mocno ponurych kompozycji. Na co dzień wolę muzykę niosącą trochę więcej pozytywnych emocji, ale Kylesy mógłbym słuchać na okrągło. I to biorąc pod uwagę, że sludge wchodzi mi dosyć ciężko.
Dyskografia Kylesy to sześć albumów studyjnych, a mój ulubiony, Static Tensions, jest czwartym w kolejności. Zawiera największą ilość hiciorów, spośród czego cztery zostały zagrane na żywo. Niemal równie dobry jest wydany jako kolejny Spiral Shadow, z którego pojawiło się na koncercie tyle samo kawałków. Z kolei do zeszłorocznego Ultraviolet musiałem się przekonywać dosyć długo, bo zdecydowanie odróżnia się stylem od poprzednich dokonań, ale w końcu doznałem iluminacji i doceniłem jego wielkość. Ta płyta jest naprawdę świetna, mimo wielu niepochlebnych opinii, jakie widziałem w necie na jej temat.
Tyle w kwestii krótkiej prezentacji głównego bohatera. Kylesa zasługuje na bardziej rozwinięty opis, ale tym razem skupię uwagę na koncercie, który miał miejsce 8 lipca w Gdańsku. Zanim do tego przejdę, mała próbka ich brzmienia:



Koncert odbył się we wspomnianym tu już przeze mnie wybornym klubie B90. Frekwencja nie zachwyciła, bo na dużej sali zmieściłoby się z powodzeniem jeszcze parę milionów osób, ale ci, którzy przybyli, i tak bawili się bardzo ładnie. Dotarłem na miejsce na tyle wcześnie, że obejrzałem cały występ supportu, chociaż ten nie był specjalnie zachwycający. Przed główną gwiazdą grał bowiem Lazer/Wulf, z którym Kylesa wspólnie jeździ po Europie. To strasznie pokręcony eksperymentalny metal, w dużej mierze instrumentalny, w którym frazy zmieniają się szybciej niż zdąży się powiedzieć „ten riff jest dobry”. Dwa pierwsze kawałki wydawały mi się słuchalne, ale potem zaczęło się to robić nudne. Nie pomógł nawet performance w postaci spadającej gitary, przewracającego się mikrofonu i tarzania się po ziemi, żeby do niego nakrzyczeć. Na dodatek ich występ trwał koszmarnie długo jak na support, bo jakąś godzinę, czyli niewiele krócej od Kylesy.
W międzyczasie poświęciłem większą uwagę stoisku z suwenirami, gdzie zaopatrzyłem się w całkiem tanią jak na zachodnio-koncertowe standardy koszulinę. Kylesa to swoją drogą zespół, który wyprodukował jakiś tysiardyliard wzorów ze swoim logo, a tych, które ze sobą mieli, nawet nie kojarzyłem. W każdym razie kupiłem to co było, żeby poczuć się w pełni przygotowanym na mającą się niedługo zacząć jazdę.
W gruncie rzeczy już wcześniej byłem całkiem nieźle przygotowany, bo przestudiowałem setlistę, która jest grana podczas tej trasy i przez parę poprzednich dni męczyłem mające się pojawić kawałki. To w sumie pierwszy raz, kiedy obczaiłem repertuar przed koncertem, co ma swoje zalety, ale i wady, bo obyło się bez pozytywnych zaskoczeń. Kylesa wkroczyła na scenę bez opóźnień i zagrała dokładnie ten przewidziany set, wliczając w to dwa utwory na bis. Był ogień.
Zaczęło się od paru kawałów ze Spiral Shadow. Pod sceną zaczęło się robić wesoło przy czwartym, jednym z najbardziej pozytywnych w dyskografii Don't Look Back. Dynamiczny, panczurowy przerywnik w postaci Bottom Line i ruszyły utwory z eksperymentalnego Ultraviolet. Ale zanim to nastąpiło, pojawiło się krótkie perkusyjne solo. W tym miejscu mała dygresja: strasznie się nastawiałem na usłyszenie na żywo dwóch perkusji i trochę się zawiodłem, bo bębny nie były jakoś specjalnie wyeksponowane. Na płytach czuć wyraźnie tę potęgę, ale w wersji live zlewały się w jeden zestaw, wyjątkiem był ten solowy fragment. No trudno. Spośród kawałków z najnowszej płyty najlepiej wybrzmiał dla mnie We're Taking This, jego riffy naprawdę poniewierały swoim ciężarem. W dalszej kolejności pojawił się Hollow Severer – ponowny skok do starszych, nieco crustowych klimatów – i wreszcie to, na co czekałem, utwory ze Static Tensions. Scapegoat wywołał dziki entuzjazm, w tym też i mój, bo ten kawałek chciałem usłyszeć najbardziej. Po wykonaniu świetnego Running Red ekipa zeszła ze sceny, ale niekończące się brawa i skandowania zmusiły Kylesę do powrotu i zakończenia setu ostatnimi dwoma utworami. Całość trwała nieco ponad godzinę, jak na mój gust stanowczo za krótko. Z chęcią dopisałbym do setlisty jeszcze parę kawałków, zarówno srogich jak i spokojniejszych, ale nie można mieć wszystkiego.
Ogółem wszystko zagrało tak jak powinno, bez żadnych ekscesów w stylu przewracających się mikrofonów. Ale jest jeszcze jedna rzecz, na którą mogę ponarzekać: mogło być zdecydowanie głośniej. Liczyłem na dzwonienie w uszach jeszcze przez dwa dni po koncercie, a tymczasem było pod tym względem raczej przeciętnie. I tak jestem zadowolony, bo to jeden z zespołów, które chciałem zobaczyć bardzo bardzo. Na swojej liście must see mam jeszcze sporo pozycji i pozostaje mi mieć nadzieję, że będę miał okazję z niej coś odhaczyć w niedalekiej przyszłości.
Standardowo na koniec krótki klip, który oczywiście nie prezentuje klimatu, jaki można było poczuć na żywo, ale to zawsze jakaś namiastka. Tak było, Unspoken:

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Kingu Kongu tai Gojira

Japończycy to wyjątkowo osobliwy naród. Nawet nie będę próbował wnikać w meandry ich porytej mentalności, bo wszelkie próby jej ogarnięcia są z góry skazane na porażkę. Tylu chorych pomysłów na m2 nie ma w żadnym innym kraju, ale ciekawy jest fakt, że to zrycie przeradza się u nich często w absolutnie genialną twórczość. W ich kulturze te dwie sfery są na tyle przemieszane, że naprawdę ciężko jest wyczaić gdzie kończy się wytwór chorej wyobraźni a zaczyna arcydzieło. Dodajmy do tego zdolność przekształcania zachodnich wzorców w coś zupełnie nowego (vide japońska nowa fala) i otrzymamy naprawdę fascynującą kulturę. Przynajmniej pod pewnymi względami.
Jakiś czas temu zainteresowałem się psychodelicznym rockiem tworzonym na dalekim wschodzie, a zainspirował mnie do tego tamtejszy klasyk z lat 70, Flower Travellin' Band. Nie musiałem nawet zbytnio się zagłębiać w temat, przy pierwszym z brzegu zespole opadła mi szczena. Powiem tak: odkryłem El Dorado kwasu. Magiczną krainę wypełnioną hałasem i szaleństwem. Coś pięknego. Nie wiem czy to ich wrodzony perfekcjonizm, czy też kwestia niesamowitego wyczulenia na kwas, ale japońskie zespoły tworzą w tych klimatach naprawdę wyjątkową muzykę. Psychodelia w ich wykonaniu ma w sobie coś totalnie dzikiego i agresywnego. Lekki powiew chaosu – dokładnie tego mi od dawna brakowało.
Generalnie spora część psychodelicznej japońskiej sceny skupia się w wydawnictwie P.S.F. Records, będącym jak szczęśliwa, dysfunkcyjna rodzina. Jego działalność sięga początku lat 80 i wiąże się w dużej mierze z zespołem, od którego P.S.F. wzięło swoją nazwę. A oto i on, pierwszy potwór na tej liście:


High Rise


Eksplozja mózgu na dobry początek. High Rise to jeden pierwszych uber kwaśnych japońskich zespołów jakie poznałem i jak na razie pozostaje moim faworytem. Urzekł mnie od razu tym, co lubię i szanuję w muzyce najbardziej – sążnistymi riffami i pokręconymi improwizacjami, a tych drugich jest tu istne zatrzęsienie. Co ciekawe, mimo tak wysokiego stężenia psychodelii, zespół deklarował się jako stricte antynarkotykowy. Jak widać nie trzeba ćpać, żeby mieć nierówno pod kopułą, wystarczy być Japończykiem.
Zespół został założony w 1982 roku, a pierwszą płytę wydał jako Psychedelic Speed Freaks, pod tym samym tytułem. Muzyka bardzo ciężkostrawna, co wynika głównie z beznadziejnej, turbosurowej jakości nagrania na żywo, bo same nuty nie odbiegają zbytnio od późniejszych dokonań. Słuchanie tej płytki to w każdym razie ciekawe doświadczenie, kojarzy mi się z łapaniem na zdezelowanym odbiorniku radiowym koncertu nadawanego z jakiejś stacji kosmicznej, przebijając się przez ścianę szumów. Sama nazwa PSF bardzo dosadnie określała rodzaj granej muzyki i nawet trochę zbyt dosadnie, bo szybko została zmieniona na High Rise, jako nawiązanie do powieści J. G. Ballarda, którą czytał wtedy perkusista. Panowie pod tym szyldem wydali cztery płytki, stylowo trochę różniące się między sobą, a do tego po dwa albumy live i kompilacyjne.
Pierwsze w kolejności studyjne nagranie, High Rise II, jest chyba najbardziej strawne dla przeciętnego słuchacza, bo kawałki mocno zalatują tu garażowym rock'n'rollem. Ich piosenkowa forma wynika z mało oryginalnego stylu wspomnianego perkusisty. Koleś był bardziej przywykły do standardowych form niż do kwasowych odjazdów, przez co nie wpasował się za dobrze w szaleństwa gitarzysty. Na drugiej płytce, Dispersion, zmienia się bębniarz i przy okazji też styl grupy. Zwalniają trochę tempo i urozmaicają kompozycje, w których pojawia się teraz więcej oddechu i eksperymentów. Przykładem tego jest końcowy Deuteronomy, oparty na powolnym basie albo mój ulubiony Sadducees Faith – 15 minut improwizacji spięte klamrą ciężkiego, stonerowego riffu. Dispersion to też najdłuższy album w dyskografii, chociaż trwa niecałą godzinę, czyli bez szału. Następna w kolejności wydana została świetna płyta Live, nie tak straszna pod względem jakości jak PSF. Kawałki nawet zyskują w wersjach na żywo, bo stają się dzięki temu bardziej brudne i drapieżne. Czyste brzmienie zostawmy dla popu, rock im bardziej jest chropowaty, tym lepszy. Trzeci studyjny album, Disallow, to powrót do krótszych, obłąkańczych form, z jednym wyjątkiem, w postaci zamykającego płytkę, mocno eksperymentalnego Grab. Ten kawałek niejako zapowiada to, co będzie się działo na ostatnim wydawnictwie, pod nazwą Desperado (panowie bardzo gustują w literze D). Tutaj muzyka ma w sobie już niewiele z rocka, a wędruje raczej w stronę awangardy, przybrudzonej oczywiście standardowym hałasem. Ciężkie nawet dla mnie.
Dyskografia High Rise kończy się na roku 1998, ale w psychodelicznej krainie nic nie ginie, bo jego członkowie pozostali aktywni w innych projektach. A jednym z nich jest kolejny na mojej liście Mainliner.



Mainliner


Pora na coś mocniejszego. O ile High Rise więcej czerpał z tradycyjnej psychodelii, to Mainlinera można śmiało zaszufladkować jako noise rock. I to NOISE z wielkich liter. Ta muzyka brzmi po prostu jak nagrywana kartoflem. Jest kwintesencją brudu i hałasu, czyli standardowych cech rocka, ale doprowadzonych do ekstremum. Wokalu nie rozumieją prawdopodobnie nawet Japończycy. Idealna rzecz dla osób o naprawdę zrytej bani, albo takich, którzy bardzo pragną ją sobie zryć.
Mainliner powstał w połowie lat 90 i istnieje do dziś – ostatnią płytę wydał w 2013 roku, po 12 latach przerwy i mimo znacznego postępu we współczesnej technice nadal brzmi tak samo beznadziejnie. To się chwali. Za tym projektem stoi basista High Rise, Asahito Nanjo, a także legendarna postać japońskiej psychodelii, gitarzysta Kawabata Makoto. Ten pan jest odpowiedzialny dosłownie za milion projektów, z których chyba najbardziej znanym jest Acid Mothers Temple i jego różne wcielenia (Acid Mothers Temple & The Melting Paraiso U.F.O., Acid Mothers Temple & The Cosmic Inferno, etc.). Kawabata stwierdził w pewnym wywiadzie, że nie tworzy muzyki, tylko odbiera dźwięki, które przychodzą do niego z kosmosu lub od Boga. Jeśli tak, to Bóg też ma nieźle nasrane we łbie.
Pięć albumów studyjnych składa się na dyskografię Mainlinera. Stylistycznie nie różnią się zbytnio między sobą, z grubsza na każdym podstawę stanowią srogie riffy zatopione w ścianie ogłuszającego hałasu, z dodatkiem improwizującej gitary. Na riffach opiera się zwłaszcza pierwszy album, Mellow Out, zawierający jeden krótki i dwa długaśne utwory. Wyjątkowo dobry album, jak na debiut. Drugi w kolejności, Mainliner Sonic, ma chyba najbardziej surową i hałaśliwą formę. Kawałki są jednak trochę bardziej piosenkowe niż na pierwszej płycie, jeśli można w ogóle użyć takiego określenia do jazgotu i szumów. Dobre do sponiewierania bębenków usznych. Psychedelic Polyhedron to trzecia płyta, zawierająca dwa, blisko 20-minutowe, psychodeliczne utwory-potwory. Mainliner przypomina mi tu zespoły specjalizujące się w jammowych tripach, jak Earthless czy Electric Moon – 100% improwizacji. Na czwartym albumie, Imaginative Plain, Mainliner wraca do piosenkowej formy, z przewagą smacznych riffów. Jest trochę mniej hałaśliwy i może nieco bardziej strawny, ale odpalanie go na słuchawkach i tak boli. Ostatni jak na razie, Revelation Space, trzyma poziom poprzedników. Jest tu więcej swobodnego wariowania i eksperymentów w stylu mantrycznych wokali, bardzo tripogenna rzecz. W jego nagrywaniu nie brał niestety udziału Asahito Nanjo.
Kawabata Makoto zapowiedział, że Mainliner będzie jednym z projektów, nad którymi zamierza pracować w najbliższej przyszłości. Wymienił go co prawda wśród miliona innych, ale biorąc pod uwagę jak płodnym jest artystą i tak można się spodziewać, że mistrzowie kwaśnego hałasu coś ciekawego jeszcze pokażą.



LSD March


Wystarczy tej agresji i muzycznego holokaustu, na koniec coś bardziej czilautowego. LSD March to zespół, który założył gitarzysta i wokalista Shinsuke Michishita około roku 2002, kiedy to wydał swój pierwszy album pod tym szyldem. Tworzona przez niego muzyka to bardzo eksperymentalna mieszanka, która oscyluje wokół psychodelii, awangardy, noise'u i freak folku. Dziwna rzecz, na bank tworzona na ostrych kwasowych tripach.
Dyskografia zawiera jakieś osiem albumów studyjnych, z czego niektórych prawie nie da się słuchać, będzie więc w dużym skrócie. Zestaw otwiera Totsuzen Honno No Gotoku, znany też jako Suddenly, Like Flames. To zbiór utworów z lat 1997-2002, głównie bardzo klimatycznych ballad, poza tytułową petardą. Równie ciekawymi płytkami są Kanashimino Bishounen i kolejna, Shindara Jigoku, chociaż na obu znajdują się w większości stare kawałki w nowych aranżacjach. Recykling w niektórych przypadkach wyszedł na dobre, np. opartemu na brudnym, rozpędzonym riffie Clepsydra Flames. Czwarty album, Empty Rubious Red, przymula straszliwie balladami, ale na szczęście jest jeden wyjątek w postaci mocno kwaśnego, transowego utworu tytułowego. Constellation of Tragedy to kolejna porcja brzdąkania zahaczającego o freak folk, standardowo z jednym mocniejszym akcentem. Teraz dopiero robi się dziwnie: Nikutai No Tubomi to dwupłytowe wydawnictwo, z czego pierwszą część stanowi 40-minutowa bestia, wypełniona dronowatym gitarowym hałasem i pulsującą perkusją. Wyborna uczta, w przeciwieństwie do drugiej płyty – totalnego muzycznego dadaizmu. Eksperymentalne do porzygu. Podobnie ekstremalną formę ma Uretakumo Nakunarutorika, coś dla awangardowych hipsterów, których podnieca brak muzyki w muzyce. Przyjemnym powrotem do względnie normalnych dźwięków jest za to ostatnia jak na razie płyta Under Milk Wood z 2009 roku. Pojawia się na niej dużo różnych gatunków, wśród których znalazło się nawet miejsce dla typowego stonera. Kończące album komiczne nagranie z sali prób chyba dobrze odzwierciedla stosunek LSD March do własnej twórczości. Ich eksperymenty często stoją na pograniczu groteski, ale psychodelia ma to do siebie, że bywa bardzo bardzo nieprzewidywalna.



Tyle dobrego z krainy kwitnącego kwasu. Japońskich dokonań w tym temacie jest jeszcze mnóstwo, więc pewnie za jakiś czas opiszę kolejne starcie potworów. A w międzyczasie może uda mi się wrócić do bardziej regularnego pisania, bo zdecydowanie jest o czym.

niedziela, 11 maja 2014

Endtime ballads

Przystopowałem ostatnio z pisaniem, ale teraz zabieram się do tego znowu, żeby podzielić się na świeżo wrażeniami z koncertu, o którym już teraz mogę powiedzieć, że bez wątpienia znajdzie się na mojej osobistej liście najlepszych wydarzeń muzycznych w tym roku. Zamiast ekscytować się feerią kiczu i tandety, która konkursem piosenki jest tylko z nazwy, w sobotni wieczór wybrałem się do gdańskiej stoczni, żeby posłuchać porządnej muzyki. I nie zawiodłem się – był ogień.

Crippled Black Phoenix


CBP to zespół, o którym da się wysmażyć naprawdę długi esej i być może kiedyś się za to zabiorę, ale tym razem opis będzie w dużym skrócie. Chcę się skupić na samym koncercie, który odbył się 10 maja w Gdańsku, więc streszczenie ulubionych płytek zostawię sobie na kiedy indziej. Teraz tylko parę podstawowych informacji, żeby było wiadomo, o czym mowa.
Crippled Black Phoenix to supergrupa założona w 2004 roku przez członków takich zespołów jak Electric Wizard, Iron Monkey, Gonga i Mogwai. Wbrew pozorom, ich ciężkie, stonerowo-doomowe korzenie nie odzwierciedlają się zbytnio w granej przez nich muzyce. Zespół obraca się w obrębie bardzo różnych gatunków, do których można też zaliczyć doom metal, ale w zdecydowanej większości utwory zahaczają o post i prog-rocka, a do tego jest trochę freak-folku, psychodelii i ambientu, przez co ta muzyka nie daje się łatwo zaszufladkować. Sami muzykanci określają swoje dźwięki jako „ballady końca świata”, a ta fantazyjna metafora odnosi się do tworzonej przez nich mieszanki ciszy i hałasu, podanej w ponurym sosie. Tak faktycznie mógłby brzmieć soundtrack do apokalipsy.
Dyskografia CBP liczy sobie jakieś 7 czy 8 albumów studyjnych (zależy jak liczyć różne kompilacje), a najnowszy – White Light Generator – został wydany w tym roku. Poza tym jest jeden album nagrany na żywo, a nazywa się – uwaga – Live Poznan. Crippled Black Phoenix z jakiegoś powodu lubi wracać do Polski; koncertował już parę razy w Poznaniu i Warszawie, ale do Gdańska zawitał po raz pierwszy. I mam nadzieję, że nie ostatni.
Przyznam się jednak, że ciężko mi przebrnąć przez wszystkie ich płyty, bo po pierwsze nie jestem wielkim fanem post-rocka (chociaż w tym wydaniu mnie on przekonuje), a po drugie te albumy są dosyć długie, bo większość z nich trwa ponad godzinę. Zresztą same kompozycje są często bardzo rozwlekłe i wymagają sporo uwagi (tzw. muzyka do spania). Na szczęście nawet kawałki, przy których można zasnąć, słuchając ich w wersji studyjnej, na żywo brzmią dużo bardziej energicznie. Dodam jeszcze tylko, że moje ulubione płyty Crippled Black Phoenix to I, Vigilante (strawna i warta polecenia dla każdego, kto nie trzyma uszu w dupce) i najnowsze wydawnictwo – White Light Generator. Poza tym ładne rzeczy są też na [Mankind] The Crafty Ape. Resztę dyskografii znam jak na razie zbyt pobieżnie, ale po tym koncercie będę to sukcesywnie nadrabiał. Mała próbka ich świetnej muzyki:



Przechodząc już do samej imprezy: rzecz miała miejsce w gdańskim B90 i o samych walorach tego klubu można by wiele napisać. Przerobiony ze stoczniowej hali, ma nie dość, że niepowtarzalny, industrialny klimat, to jeszcze świetną akustykę, dużą przestrzeń i dźwiękowców, którzy odwalają kawał dobrej roboty. Od strony technicznej nie można było się do niczego przyczepić, poza ekscesami z jednym mikrofonem, do czego jeszcze wrócę.
Na miejsce dotarłem z małym opóźnieniem, przez co obejrzałem tylko jakąś połowę z występu supportu, ale nie była to wielka strata. Występujący jako pierwszy A Liquid Landscape nie był zbyt porywający; panowie grali coś w stylu progresywnego art-rocka – jak dla mnie nic specjalnego. Przesłuchałem wcześniej ich album, ale nie wbił mi się w pamięć żaden utwór, podobnie jak po koncercie. Nie dla nich jednak przyszedłem.
15 minut rozstawiania sprzętu i na scenę wkroczyła gwiazda wieczoru. Ekipa składała się z siedmiu osób: trzech gitarzystów, basista, perkusista i dwoje na klawiszach, przy czym niektórzy okazjonalnie zmieniali instrumenty. W dwóch momentach zespół powiększył się do ośmiu luda: na chwilę pojawiła się niejaka Melinda z tamburynem i bliżej nieokreślony koleś grający na bębnie. Koncert odbywał się jednak na dużej scenie, więc nie było im tam specjalnie tłoczno. Poza tym widać było, że to profesjonalna, doświadczona ekipa, która w każdych warunkach zagra na luzie.
Crippled Black Phoenix dał bardzo długi, niemal trzygodzinny występ, podczas którego pojawiły się wszystkie utwory, na które czekałem, toteż wyszedłem całkowicie usatysfakcjonowany. Zaczęli z grubej rury, od Rise Up And Fight na rozruszanie publiki, po którym poszło parę kawałów z nowej płyty: Black Light Generator, Let's Have An Apocalypse Now!, We Remember You i pewnie jeszcze coś, o czym zapomniałem. White Light Generator miał sporą reprezentację, bo to w końcu trasa skupiająca się na promowaniu tego albumu, ale oczywiście większość utworów pochodziła ze starszych nagrań. W równej mierze były to spokojne, post-rockowe kompozycje, jak i bardziej żywiołowe hiciory, pobudzające do bujania, przy czym nawet wolniejsze kawałki brzmiały na tyle ciężko, że nie było mowy o zasypianiu na stojąco. Przyznam od razu, że niektórych numerów nie rozpoznałem. Nie obsłuchałem jak dotąd dyskografii na tyle gruntownie, żeby zapamiętać każdy kawałek, ale co nieco zanotowało mi się w pamięci. Z pewnością pojawiły się The Heart Of Every Country, Poznan (naprawdę lubią to miasto) i Born In A Hurricane – chyba ich najbardziej żywiołowy numer, którego nie da się słuchać bez dzikiego baunsowania. Publiczność nie była niestety zbyt aktywna, ale zmieniło się to podczas ostatniej godziny, kiedy zaczęły pojawiać się kawałki z mojego ulubionego I, Vigilante. CBP zdążył jeszcze go zagrać prawie w całości, co bardzo mnie, jak i wiele innych osób ucieszyło. Fantastic Justice, Of A Lifetime, We Forgotten Who We Are – coś pięknego, usłyszeć te utwory na żywo. Przy długo wyczekiwanym Troublemaker nie było już chyba osoby, która nie bujałaby się do rytmu. Prawdziwa jazda została jednak na deser: w końcu, jako trzeci czy czwarty bis, pojawił się Burnt Reynolds, chyba najbardziej znany kawałek CBP, bardzo angażujący widownię. I trzeba przyznać, że ludzie dali tutaj świetny popis. 200 osób wyjących partię chóru, nawet przez jakieś dwie minuty po tym, jak zespół zszedł ze sceny, naprawdę robi wrażenie. Wszyscy wiedzieli jednak na co czekać, Crippled Black Phoenix wrócił po chwili i zakończył utwór prawdziwie mocarnym akcentem. Ten kawałek podkręcił atmosferę do maksimum, więc żeby totalnie zmęczyć publiczność, by nie miała już siły dopraszać się kolejnych bisów, zagrano ostatni numer – Bella Ciao – pieśń włoskich partyzantów w punkowym wydaniu. Wyszła z tego absolutna petarda, pozostawiająca mnie totalnie wyczerpanym, z bardzo pozytywnymi wrażeniami.
Z ciekawszych rzeczy wypada dodać, że najbardziej brodaty członek zespołu – Justin Greaves – został parę razy kopnięty przez mikrofon podczas przerw między utworami. Sugestia pani Daisy od klawiszy, że to przez „too much beard”, chyba jednak mijała się z prawdą. Coś było nie tak z tym sprzętem, ale to tylko jedna techniczna wpadka, dodatkowo wprowadzająca trochę humoru. Pytanie publiczności o zapasową skarpetę było bezbłędne. Ogólnie zespół miał bardzo dobry kontakt z ludźmi i potrafił bez problemu skłonić do wyklaskiwania rytmu i śpiewania (wycia), kiedy zachodziła taka potrzeba.
Wszystko to wzięte do kupy sprawia, że bez wahania wbiję na kolejny występ Crippled Black Phoenix, jeśli tylko raczą znowu odwiedzić Trójmiasto. Trochę szkoda, że kolejny interesujący mnie koncert w B90 odbędzie się dopiero w lipcu, ale warto czekać, bo to będzie coś naprawdę poniewierającego ciało i duszę – Kylesa.