poniedziałek, 8 stycznia 2018

20:17 (2)

Oczywiście przeceniłem swoje tempo pisania, wobec czego wrzucam drugą część toplisty z lekką obsuwą. Ale nie ma tego złego – dzięki temu blog zaliczył właśnie pierwszy wpis w nowym roku, czyli można powiedzieć, że norma została wyrobiona. Gorzej niż w 2017 nie będzie. Nie przedłużając, czas na całkowicie subiektywny wybór doskonałych płyt:


10. Spaceslug – Mountains & Reminiscence
[stoner/doom/space rock, PL]
Spaceslug uruchomił silniki swojej rakiety i nabrał niezłego, wcale nie ślimaczego tempa: równo rok po debiucie wypuścił Time Travel Dilemma. Sporo sobie obiecywałem po tym albumie, ale w rezultacie nie poczułem w nim zbyt wiele magii – nie pomógł nawet gościnny występ Sandera Haagmansa z bliskiego memu sercu Sungrazera ([*]). Spaceslug nie zagościłby na mojej liście, gdyby nie epka Mountains & Reminiscence, która pojawiła się we wrześniu jako bonus. Składa się na nią materiał z dwóch sesji nagraniowych, w tym odrzuty z ostatniego LP. Te nadprogramowe kawałki istotnie nie pasują do smętnie pełzającej formuły długograja, i tym lepiej, bo przez to idealnie trafiają w mój gust. W niespełna 30 minutach zmieścił się tu m.in. prawdziwie kosmiczny doom, chwytający za serce od pierwszych dźwięków (Bemused and Gone), stonerowy hicior (I Am the Gravity), czy wybitnie wpadający w ucho, przebojowy numer, brzmiący jak ślimacza odpowiedź na Hush Deep Purple (Elephemeral). Melodie na epce są w ogóle chwytliwe, znacznie bardziej zbliżone do estetyki debiutu. Właśnie takiego grania życzyłbym sobie jak najwięcej od tej grupy.
Ulubione: Bemused and Gone, Elephemeral


9. Sasquatch – Maneuvers
[stoner rock, US]
Powiedzmy wprost: typowy stoner to już mocno wyeksploatowany gatunek. Niełatwo jest dokopać się do zespołów wyróżniających się w zalewie grania na jedno kopyto, niemniej jednak istnieje nieliczna grupa stonerowych składów, które, pomimo pozostawania od lat w formule prostego, surowego rocka, w dalszym ciągu potrafią wykrzesać z siebie dobre riffy. Jednym z takich wyjątków jest Sasquatch, atakujący piątym już albumem (po raz pierwszy zatytułowanym). Ich styl znam i lubię od dawna, i tym razem też się nie zawiodłem. Maneuvers to o tyle ciekawa płyta, że wśród typowo rockowych hitów, jak motocyklowy Rational Woman i rozbujany More Than You'll Ever Be, pojawiają się mocniejsze zwroty w kierunku brzmienia retro, uzyskane przez zastosowanie w trzech kawałkach organów Hammonda. Dochodzą one do głosu zwłaszcza w perfekcyjnym, końcowym Window Pain. Całość jednak pozostaje raczej w klimacie takich klasyków jak Nebula czy albumy Corrosion of Conformity z lat 90. Panowie z Sasquatch z pewnością nie odkrywają na nowo kalifornijskich pustyń, ale nie da się zaprzeczyć, że czują ich puls jak mało kto.
Ulubione: Rational Woman, More Than You'll Ever Be, Window Pain


8. Papir – V
[psychedelic rock, DK]
Oto i kolejna pozycja ze stajni El Paraiso, którą grzechem byłoby przeoczyć. Moja przygoda z Papir zaczęła się dawno temu, ale tak naprawdę dopiero w zeszłym roku nabrałem do nich autentycznego uwielbienia (dziś umieściłbym Czwóreczkę znacznie wyżej w rankingu), zwłaszcza po zapoznaniu się z nowym, dwupłytowym wydawnictwem. Piątka kontynuuje tradycję numerowania płyt i utworów, co jak najbardziej harmonizuje z formą instrumentalnych jamów, które praktycznie nie schodzą poniżej dziesięciu minut. Ta muzyka przecudnie płynie, a przy tym jest mocno zróżnicowana – każdy kawałek prezentuje inne podejście do psychodelii i gatunkowe inspiracje, od space rocka (V.II), przez post-rock (V.III) i jazz (V.IV), po ambient (V.VII). A wszystko to ujęte w ramy brzmienia cieplutkiego niczym letnia bryza. Pierwsza część albumu jest przy tym bardziej dynamiczna, natomiast w drugiej grupa przechodzi w spokojniejsze tony. Zwieńczeniem tego jest ostatnia, 25-minutowa kompozycja, w której eterycznie wibrujące gitary budują senny, falujący od gorąca klimat. Tak wyborną, rozmarzoną psychodelię potrafią tworzyć tylko oni.
Ulubione: V.I, V.III, V.IV


7. Crystal Fairy – Crystal Fairy
[alternative rock, US]
Dziwna sprawa. Nigdy nie byłem wielkim fanem Melvins, a do tego nie zachwyca mnie At the Drive-In, The Mars Volta ani Le Butcherettes, a jednak z połączenia członków tych wszystkich zespołów wyszedł na świat projekt, obok którego nie mogłem przejść obojętnie. W przeciwieństwie do wielu innych tworów określanych jako supergrupy, Crystal Fairy broni się nie tylko nazwiskami, ale przede wszystkim muzyką, zbudowaną na brudnych riffach i obłędnym wokalu. Po typowo melvinsowej gitarze słychać, że to głównie Buzz i Dale odpowiadają za brzmienie i kompozycje. Panowie postawili na proste, wpadające w ucho kawałki, bez zbędnego eksperymentowania, co zaowocowało albumem o wyjątkowo przebojowym charakterze. Pięknie chodzą tu stonerowate riffy, zarówno, gdy atakują bezpardonowo w dynamicznych numerach (Chiseler, Vampire X-Mas), jak i w wolniejszych, jeszcze niżej nastrojonych (Drugs on the Bus, Moth Tongue). Świetnie splata się z nimi nieco punkowy wokal Teri, która wyraźnie bawi się tu swoim głosem i nie waha się wchodzić w rozmaite tonacje. Słychać zresztą, że ten projekt to dla wszystkich muzyków czysty fun i odskocznia od ambitniejszego grania, a w takiej formie kupuję ich bez zastanowienia.
Ulubione: Chiseler, Necklace of Divorce, Bent Teeth


6. Electric Moon – Stardust Rituals
[psychedelic/space rock, DE]
Miłośnikom kosmicznych wojaży nie trzeba raczej przedstawiać Electric Moon, projektu pod wodzą Suli Bassany, który przez ostatnie siedem lat wypuścił całe multum płyt. Tuż po debiucie słuchałem ich namiętnie, ale potem na długi czas zniknęli z mojego radaru i powróciłem do nich dopiero teraz, przy okazji wydania Stardust Rituals. I od razu pożałowałem, że tak późno, bo tak cudnego space rocka nie słyszałem już od dawna. Nowy album jest znacznie bardziej subtelny – więcej tu klawiszowego plumkania i miejsca na oddech, jak w słodkim przerywniku Astral Hitch Hike, gdzie główną rolę odgrywa sitar. Większa przestrzeń i dalekowschodnie brzmienia (do pary z cykaniem świerszczy) przewijają się też w ponad 20-minutowym Live Forever Now (You Will). Gitara wysuwa się na pierwszy plan tylko w środkowej części tego bajecznego utworu. Całkowicie zdominowany przez dziką psychodelię jest natomiast Stardust (The Picture) – prawdziwe arcydzieło kosmicznego grania, które hipnotyczny klimat zawdzięcza w równej mierze kwaśnym improwizacjom, co powtarzanym niczym mantra słowom „we are the stars, we are the Sun”. Całość to zresztą przepyszny trip, do którego wraca się z przyjemnością.
Ulubione: Stardust (The Picture), Astral Hitch Hike


5. Dopelord – Children of the Haze
[doom metal, PL]
Jednym z niewielu zespołów wagi ciężkiej, które w ubiegłym roku wzbudziły mój zachwyt, był Dopelord, powracający z trzecim albumem – Children of the Haze. Panowie dość wysoko podnieśli poprzeczkę wydanym cztery lata temu Black Arts, Riff Worship & Weed Cult i chociaż początkowo miałem pewne wątpliwości, to po wielokrotnym przewałkowaniu ich najnowszego dzieła muszę przyznać, że w dalszym ciągu są bezkonkurencyjni. To kolejny monument ku czci zielska i okultyzmu, przed którym należy bić pokłony – jest świetny od początku do końca. Warte odnotowania są zwłaszcza zbudowany na cyklopowych riffach Navigator, sludge'owy Scum Priest i mój ulubiony punkt programu: Dead Inside (I&II) okraszony wybornym tekstem. Kawałek sklejony na zasadzie kolejki górskiej – sunie mozolnie w pierwszej, melancholijnej części, by w drugiej odpalić napęd FTL i z pełną parą wejść w hiperprzestrzeń. Wszystko to podparte solidną produkcją, może nie tak przybrudzoną, jak na starszych płytach, ale za to powalającą monstrualnym brzmieniem gitar. Bez dwóch zdań, Dopelord to polska doomowa czołówka.
Ulubione: Navigator, Scum Priest, Dead Inside (I&II)


4. Chicos de Nazca – Living Lightime
[psychedelic rock, CL]
Chilijska psychodelia ma naprawdę mocną reprezentację, i chociaż dopiero wgryzam się w tę scenę, to zdążyłem się już przekonać, że chłopaki z Nazca należą do jej najciekawszych przedstawicieli. Jakimś cudem dopiero w zeszłym roku dogłębniej zainteresowałem się ich graniem, ale co się odwlecze, to nie uciecze – wsiąkłem w tę muzykę totalnie. Living Lightime był jedną z najczęściej wałkowanych przeze mnie płyt zeszłego lata. Nic dziwnego, bo to niebywale ciepła muzyka, pełna chilloutowego klimatu i chwytliwych melodii. Aż się prosi, by usiąść w słoneczku i zrelaksować przy dźwiękach Alive When I Die czy Never Ends, lub pobujać przy żywszym Time Daze. Chicos de Nazca są dla mnie mistrzami w tworzeniu lekkostrawnych, psychodelicznych piosenek, i dziw bierze, że tak sympatycznej muzyki nie puszcza się w radiu. Co kawałek, to śliczny riff. Takich płyt jak Living Lightime czy Submarine Life mógłbym ostatnio słuchać na okrągło, więc bez wątpienia wrócę do Nazca jeszcze nie raz, zwłaszcza, gdy aura dorówna upalnemu klimatowi muzyki.
Ulubione: Time Daze, Alive When I Die, Breaking All Her Time


3. The Stubs – Let's Die
[garage rock/punk/rock'n'roll, PL]
Jak odchodzić, to z przytupem, u szczytu swoich twórczych możliwości. Taką dewizą kierowały się bez wątpienia kasztany z The Stubs, ogłaszając przed premierą swojego czwartego albumu: „LET’S DIE, KURWA, WYDAJEMY PŁYTĘ A POTEM SIĘ ROZPADAMY!”. Wieść okropna, wieść to smutna, tym bardziej, że Let's Die okazał się najlepszym wydawnictwem w ich dyskografii. Dosłownie każdy numer tutaj to taneczny hicior, począwszy od You Don't Know Shit, przy którym nóżka sama podryguje, a na agresywnym utworze tytułowym skończywszy. Na naszym podwórku The Stubs nie mieli sobie równych, gdy chodziło o granie autentycznie surowego rocka, zabarwionego lekko bluesem i punkową energią. Krótko mówiąc, muzyczna afirmacja życia. Nieco inaczej ma się sprawa z warstwą tekstową, w której nie jest już tak wesoło, ale to też część konwencji przyjętej przez zespół – nurzać się w czarnym humorze i mówić o ponurych rzeczach w radosny sposób. W tym stylu utrzymane są zresztą od początku tytuły płyt, a Let's Die to ich logiczne zwieńczenie. The Stubs skończyli tak, jak zapowiadali w nazwie epki sprzed paru lat (Kill Yourself), ale samobójstwo wyszło im wyjątkowo pięknie.
Ulubione: You Don't Know Shit, Gone, Take off Your Shoes, Let's Die


2. Causa Sui – Vibraciones Doradas
[stoner/psychedelic rock, DK]
Causa Sui nieustannie zachwyca. Przyznam, że korciło mnie, by drugi rok z rzędu umieścić ich płytę na pierwszym miejscu, ale jednak odstąpiłem złoto innemu, równie solidnemu wydawnictwu. Moi ulubieni Duńczycy nie pozostają jednak daleko w tyle. Nie ostygły jeszcze odtwarzacze po gorącym Return to Sky, a grupa już dołożyła do pieca kolejny rozpalony materiał, wypełniony jeszcze mocniejszym łojeniem. Powiem więcej, to ich najbardziej stonerowy album od debiutu. Srogie riffy do pary z gęsto nabijanym rytmem szarżują zwłaszcza w The Drop i przebojowym Seven Hills, a także dają się odczuć w spokojniejszym El Fuego, który otwiera wybitnie tłusta linia basu. Causa Sui nie byliby sobą, gdyby nie wymieszali porywistego grania z paroma płynnymi fragmentami, jak Viborera czy końcówka The Drop. To nie one stanowią tu jednak główną atrakcję, co dobitnie pokazuje zamykający całość utwór tytułowy, który na otwarcie strzela w ryj potężnym, doomowym (!) riffem. Ta ekipa doskonale pamięta o swoich korzeniach i udowadnia, że w stonerowym wydaniu wciąż czuje się znakomicie. Ubóstwiam i chcę więcej.
Ulubione: The Drop, El Fuego, Seven Hills



1. Pontiak – Dialectic of Ignorance
[stoner/psychedelic rock, US]
A oto i on: album, który zeszłego roku przetyrał mnie najokrutniej. Do tej pory nie pojawiła się u mnie żadna wzmianka na temat Pontiak, bo i nie było zbytnio o czym mówić – choć od 2005 roku bracia nagrali już osiem płyt, łącznie z najnowszą, to niespecjalnie przykuli moją uwagę. Aż do momentu, gdy trafiłem na przedpremierowy Tomorrow Is Forgetting i dałem się porwać jego transowej poetyce, wypracowanej głównie przez cudownie chodzącą perkusję i mantryczny tekst. Dialectic of Ignorance okazał się być czymś zupełnie odmiennym od surowych, rockowych piosenek ze starszych albumów. Pontiak prezentuje tu bardziej stonowane oblicze, koncentrując się przede wszystkim na mechanicznym brzmieniu sekcji rytmicznej, co słychać zwłaszcza we wzbogaconym o ciężki riff Ignorance Makes Me High, wspomnianym Tomorrow Is Forgetting i żywszym Dirtbags. Kwaśna gitara i subtelnie wibrujące klawisze głównie ubarwiają jednostajny rytm, nierzadko pozostając w tle przez cały utwór. Już same te repetycje nadają całości mocno hipnotycznego posmaku, ale by dopełnić dzieła, nafaszerowano utwory pogłosami, co niejako zdaje się już sugerować sama okładka. Z opisu brzmi to może ciężkostrawnie, ale muzyka Pontiak nie traci przy tym melodyjnego charakteru, który zawdzięcza w dużej mierze wokalowi w stylu Davida Gilmoura. Wyśpiewane jego głosem genialne teksty też na pewno przełożyły się na moje uwielbienie dla Dialectic of Ignorance, trafiając mnie w odpowiednim momencie. Nie miałem wątpliwości, że to będzie mój album roku, kiedy tylko uderzyła mnie melancholijna atmosfera wykreowana w otwierającym Easy Does It, a takie kawałki jak minimalistyczny Hidden Prettiness czy napędzany improwizacjami We've Fucked This Up tylko mnie w tym utwierdziły. Wszystko to składa się na wyjątkowo spójny i przemyślany charakter tej płyty, brzmiącej wręcz jak jeden, długi jam. Ta estetyka z pewnością nie trafi do każdego, ale dla mnie jest bliska perfekcji.
Ulubione: Easy Does It, Ignorance Makes Me High, We've Fucked This Up




Tyle w kwestii moich faworytów. Lista może być odrobinę zaskakująca, przynajmniej dla osób, które uważniej śledziły wydawnicze nowości w podobnych klimatach. Łatwo zorientować się, że brakuje tu przynajmniej kilku zespołów, przewijających się na wysokich miejscach w poprzednich latach, które i teraz teoretycznie powinny być pewniakami. Właśnie z nimi miałem w zeszłym roku największy problem. Płyty wielu hołubionych przeze mnie grup okazały się co najwyżej średnie i nawet w niewielu przypadkach odpalałem je więcej niż raz. Może zrobiłem się strasznie wybredny, ale mam wrażenie, że takich płyt była cała masa. To też jeden z powodów, dla których niespecjalnie miałem ochotę zabrać się za pisanie.

Konkrety? Rozdęty do niesłychanych rozmiarów i przez to ciężkostrawny Elder; zwyczajnie miałki The Flying Eyes (naprawdę próbowałem się w niego wkręcić, ale może ze dwa kawałki z płyty przykuwały uwagę); cięższy niż zwykle, ale przez to tracący fajny aspekt retro Kadavar; nudny jak diabli Sleepy Sun; zbyt progresywny jak na mój gust Colour Haze; kserujący stare kawałki w niekoniecznie dobry sposób John Garcia; zamieniający się z Budką Suflera na głowy Sólstafir; nijaki Royal Blood, który wypuścił najlepsze kawałki jako single; smętny Spaceslug; czy w końcu będący cieniem samego siebie Electric Wizard.

Wymieniać mógłbym długo, ale żeby nie przesadzać z narzekaniem, muszę przyznać, że wyszło też parę płyt, co do których mam świadomość, że zasługują na uwagę, ale zwyczajnie nie czułem się na siłach na takie granie. Wśród nich na pewno byłby Pallbearer, Dälek czy Ufomammut – pewnie dam im jeszcze kiedyś szansę. Co do albumów, które uznałem za faktycznie dobre, ale nie zmieściły się już w dwudziestce, mógłbym wymienić: wybitnie srogi minimalizm Emptyset; pustynne afrykańskie bluesy od Tinariwen i Tamikrest; ciężką psychodelię The Janitors; ładne stonery The Heavy Clouds; kwaśne, choć słabsze niż poprzednio piosenki New Candys; a także mocarny kosmiczny trip Black Moon Circle.

I jeszcze tradycyjna wzmianka o koncertach. Pod tym względem to był całkiem udany rok, na tyle obfity w interesujące mnie brzmienia, że kilka wydarzeń odpuściłem sobie bez większego żalu (chociaż akurat nieobecności na Soundrive żałuję). Udało mi się za to obejrzeć parę polskich zespołów, na które miałem chęć już od jakiegoś czasu, a były to: Syny, ARRM, Lonker See, Octopussy w nowym składzie, Sunnata, Spaceslug, Furia i po raz trzeci Dopelord. Ma się rozumieć, nie ominąłem też koncertu The Stubs w ramach ich najostatniejszej trasy. Zagranicznych grup było mniej, a w tym gronie znaleźli się: King Dude, Perturbator i parę zespołów występujących na SpaceFeście, w tym 10 000 Russos, New Candys, Mugstar i Odd Couple. Wszystkie występy naprawdę dobre, a niektóre wręcz znakomite, dlatego trochę szkoda, że nie pokusiłem się o żadną relację. Może w tym roku będę pod tym względem bardziej aktywny.

Czas kończyć, bo powoli zaczynają się już pojawiać interesujące albumy z nowego roku (w trakcie pisania tego tekstu obsłuchiwałem już Weedpeckera). Pozostaje liczyć, że 2018 okaże się łaskawszy, nie tylko pod względem muzycznym, bo i w innych kwestiach nie było dobrze. Natomiast co do mojego pisania, to mam parę pomysłów, które chciałbym w końcu zrealizować, więc możliwe, że coś tu się pojawi już niebawem. Czyli jeszcze przed grudniem.
S.

poniedziałek, 25 grudnia 2017

20:17 (1)

Przyznaję się bez bicia – pod kątem blogowej twórczości zawaliłem ten rok totalnie. Mimo wszystko w dalszym ciągu siedzi gdzieś we mnie potrzeba nagryzmolenia czasem paru słów o muzyce, więc zmobilizowałem się na ostatnią chwilę i wrzucam tradycyjne zestawienie moich najulubieńszych albumów z mijającego roku. Póki co tylko druga dziesiątka. Z racji, że nie publikowałem recenzji, to opisy będą tym razem nieco dłuższe niż przy dotychczasowych podsumowaniach, i to jest też jeden z powodów, dla których wyjątkowo zdecydowałem się podzielić wpis. Inne tematy, w tym obowiązkowe smęcenie na niski poziom wielu zespołów w kolejnej części, a teraz tylko same przyjemności. Zapraszam i polecam:


20. Hark – Machinations
[sludge/heavy/progressive metal, UK]
Tegoroczne zestawienie otwiera Hark. Tym razem trafiają na listę znacznie niżej niż trzy lata temu, kiedy to ich debiut znalazł się u mnie w ścisłej czołówce. Chociaż w nowej odsłonie nie zrobili na mnie już tak mocnego wrażenia, to mimo wszystko nie mogło ich tu zabraknąć, z uwagi na całkiem sporą liczbę hitów, które przetaczają się przez Machinations. Ten album zdaje się być bardziej dynamiczny od poprzedniego, ale nie licząc tego, w stylu Hark nie zaszło zbyt wiele zmian. W dalszym ciągu srogie, sludge'owate riffy przeplatają się z progowymi łamańcami, zmiany tempa są liczne, wokal monotonny, a konstrukcja kawałków jest, jak na ciężkie granie, wyjątkowo złożona. Tęsknić można co najwyżej za wolniejszymi, doomowymi wstawkami. No i brzmieniem. Koszmarnie płaska produkcja jest najgorszym elementem nowej płyty. Choć jest właściwie coś gorszego: to ostatni album wydany pod szyldem Hark. Pod koniec listopada zespół ogłosił koniec działalności. Szkoda, bo z tak zgrabną gatunkową mieszanką miał wszelkie predyspozycje, by powtórzyć sukces Baroness.
Ulubione: Fortune Favours the Insane, Disintegrate, The Purge


19. Alfa Mist – Antiphon
[jazz/alternative hip-hop, UK]
Z racji, że na każdej liście była do tej pory przynajmniej jedna pozycja od czapy, nie powiązana w żaden sposób z innymi gatunkami, to i teraz tradycji musi stać się zadość. Antiphon to całkowicie przypadkowe znalezisko, które w pierwszej kolejności urzekło mnie okładką, a dopiero w następnej cieplutkimi klawiszami otwierającego album utworu Keep On. Od razu nasunęły mi się skojarzenia z lekkimi, plumkającymi płytami w stylu fusion jazzu od Return to Forever czy Weather Report, w których kiedyś się zasłuchiwałem. Chociaż jazz w wykonaniu Alfy uderza w podobne tony i niewątpliwie czerpie z fusion natchnienie, to jego brzmienie jest zdecydowanie współczesne. A także o wiele bardziej melancholijne. Całość jest utrzymana w kameralnej atmosferze, którą, prócz chilloutowej muzyki, tworzą filozoficzne nawijki Alfy z jego ziomeczkami. Choć trzeba zaznaczyć, że nie są to dosłownie pojmowane rapsy – hip-hop, eksploatowany bardziej na poprzedzającej Antiphon epce Nocturne, przewija się tu raczej w formie inspiracji. I dobrze, bo nie burzy to przyjemnej, jazzowej harmonii.
Ulubione: Keep On, Breathe, Nucleus


18. Pigs Pigs Pigs Pigs Pigs Pigs Pigs – Feed the Rats
[stoner/doom/psychedelic rock, UK]
Z pewnością niemało trzeba wypalić, by nazwać zespół równie ekstrawagancko. Obok Pigs Pigs Pigs Pigs Pigs Pigs Pigs nie sposób przejść obojętnie, bardziej jednak ze względu na ich muzykę niż na nazwę. Feed the Rats to debiut aktywnej od paru lat ekipy, która do tej pory miała na koncie jedynie split z The Cosmic Dead i wydany na kasecie Psychopomp. Ten sam utwór otwiera zresztą ich długodystansowy album, tyle że pozbawiono go tutaj kilkuminutowego kosmicznego intra. Nie ma litości – od samego początku zostajemy wrzuceni w sam środek akcji, prosto w wir potężnych riffów. Twórczość Pigs Pigs Pigs Pigs Pigs Pigs Pigs to w istocie cyklopowo ciężka, gwałtowna psychodelia okraszona darciem japy (porównywanym często do wokalu Lemmy'ego), niepozbawiona jednak odrobiny finezji. Do tego dochodzi sążnistość utworów – główną atrakcję stanowią dwa kilkunastominutowe kawałki, pomiędzy które wciśnięto krótki, sabbathowy Sweet Relief. Mówiąc wprost: ta płyta to nie są rurki z kremem. W tej kategorii wagowej rzecz niełatwa do przebicia.
Ulubione: Psychopomp


17. Mythic Sunship – Land Between Rivers
[stoner/psychedelic rock, DK]
Kolejne mocne uderzenie od El Paraiso Records. I (spoiler) nie jedyne w tym zestawieniu. Nowa pozycja od Mythic Sunship nie uwiodła mnie może do tego stopnia, co zeszłoroczny Ouroboros, jednak ma w sobie momenty, które trafiają wprost do mojego serduszka. Konkretniej rzecz ujmując – momenty dzikiej, nieokiełznanej psychodelii. Tym razem płyta nie uderza jednak w ryj od pierwszych dźwięków. Otwierający Nishapur rozwija się powoli i posępnie, jak nadciągająca burza, by dopiero po kilku minutach przekształcić się w huraganową ścianę dźwięku. W znacznie cieplejszym klimacie utrzymany jest High Tide, zarazem najciekawszy spośród trzech utworów, pełen żywiołowych partii, przeplatanych luźniejszymi wstawkami na złapanie oddechu. Na sam koniec grupa wraca w ponure rejony i domyka całość króciutkim jak na ich standardy, niemal post-rockowym Silt. Świetny kwasowy jam to jedno, album jest do tego perfekcyjnie wyprodukowany (za stołem mikserskim Jonas Munk z Causa Sui). Z niecierpliwością czekam na kolejne wydawnictwo od Mythic Sunship, które pojawi się już niebawem.
Ulubione: High Tide


16. 10 000 Russos – Distress Distress
[krautrock/psychedelic/space rock, PT]
Krautowi Portugalczycy z Rosjanami w nazwie kontratakują. Miałem niedawno olbrzymią przyjemność oglądać ich na żywo (wspaniałe transowe widowisko) i koncert ten niewątpliwie podniósł w moich oczach wartość nowego albumu. Powtórzę się, ale po raz kolejny bardziej do gustu przypadł mi debiut. Co nie zmienia faktu, że Distress Distress to dzieło nietuzinkowe, dogłębnie wkręcające się w czerep za pomocą kosmicznie hipnotyzującej psychodelii na miarę Föllakzoid. Siłą 10 000 Russos są przede wszystkim smakowite repetycje, zbudowane na bazie transowych rytmów perkusji i basu. Całość jest bardziej zapętlona niż na poprzedniej płycie, a do tego ma w sobie sporo z industrialnego klimatu, zahaczającego o zimnofalowe brzmienia. Na pierwszy ogień idzie co prawda chwytliwy, mocno psychodeliczny Germinal, ale już zamykający album Distress opiera się głównie na pulsujących bębnach, przywodzących na myśl pracującą maszynerię, dopełnianych pod koniec dźwiękiem syren. Domieszka politycznych odniesień (Europa Kaput) sprawia, że ten specyficzny krautrock pochłania się z rozkoszą.
Ulubione: Germinal, Tutilitarian, Distress


15. The Myrrors – Hasta la Victoria
[krautrock/psychedelic folk, US]
Jakimś trafem nie miałem do tej pory zbyt wiele styczności z The Myrrors (kto by się połapał w tym natłoku kwaśnego grania), a po obsłuchaniu ich najnowszego albumu widzę, że sporo dobroci mnie ominęło. Hasta la Victoria to krautrock pełną gębą, łącznie z folkowymi odjazdami i niestandardowym instrumentarium. Album został spięty klamrą z dwóch długich utworów, w których królują repetycje – Organ Mantra z przewodnim motywem na saksofonie, i tytułowy Hasta la Victoria z dodatkiem fletowych improwizacji. Oba absolutnie bajeczne i hipnotyzujące. Najwięcej z rocka ma w sobie krótki, ostry Somos La Resistencia (chociaż ponownie z saksofonem w głównej roli), z kolei pozostałe dwa utwory to już typowo folkowa podróż w rejony bliskowschodnie. Skojarzenia z Popol Vuh nasuwają się same. Trzeba przyznać, że rozpiętość muzycznych horyzontów na tej płycie jest dość rozległa, ale jednocześnie nie traci ona przez to na spójności. Jazz, psychodelia i orientalne brzmienia – w tak dobrym wykonaniu ta mieszanka sprawdza się wyśmienicie.
Ulubione: Organ Mantra, Tea House Music, Hasta la Victoria


14. The Picturebooks – Home Is a Heartache
[alternative/blues rock/garage rock, DE]
Pamiętam, jak kilka lat temu nakręciłem się ostro przed wydaniem Imaginary Horse, bo w stylu The Picturebooks zapowiadał się zwrot w kierunku smakowicie surowego grania, ale efekt końcowy dość mocno rozminął się z moimi oczekiwaniami. Zwyczajnie wiało nudą. Do Home Is a Heartache podszedłem bez większych nadziei i tym razem niemiecki duet zrobił na mnie wrażenie. Czuć wreszcie tę dzikość i pustynny, momentami wręcz stonerowy klimat, którego brakowało mi poprzednim razem. Perkusja nadaje wszystkiemu nieokrzesany ton, z czym idealnie komponują się spartańskie riffy i indiańskie zaśpiewy wokalisty (zwłaszcza w takich hitach jak Wardance, Zero Fucks Given i Cactus). The Picturebooks zdołali posunąć surowy aspekt blues/garage rocka do granic, tworząc muzykę szorstką jak zarost Clinta Eastwooda. Pojawia się oczywiście kilka mniej interesujących numerów, ale te lepsze wynagradzają to z nawiązką. Żałuję tylko, że nie wybrałem się na ich koncert, kiedy miałem okazję, bo energia emanująca ze studyjnych nagrań bez wątpienia powala na żywo.
Ulubione: Wardance, On These Roads I'll Die, Heathen Love


13. Demonic Death Judge – Seaweed
[stoner/doom/sludge, FI]
Niełatwo było mnie w tym roku zadowolić w temacie ciężkiej muzyki, ale paru grupom udała się ta sztuka, a jedną z nich jest sludge'owy Demonic Death Judge. Seaweed to już ich trzeci longplej, a dla mnie pierwsza styczność z ich twórczością. Przyznam, że po początkowych, rozbujanych kawałkach, zdominowanych przez stonerowy luz (Taxbear i Heavy Chase), nie spodziewałem się, że całość będzie miała znacznie bardziej nietypowy i niejednoznaczny wydźwięk. Seaweed to niezwykle zróżnicowany album, kipiący od pomysłów, unurzanych w bagnistych riffach. Prócz typowo stonerowych bangerów znalazło się tu miejsce i na psychodeliczne improwizacje, przewijające się przez całą płytę, i na kreowanie atmosfery (instrumentalny Cavity), i na blues rocka (Backwoods). Ten ostatni to zresztą wybitnie lekki i sympatyczny numer, wzbogacony o cowbell, banjo i śpiew ptaków w tle (sic!). W dalszej części płyty dochodzą do głosu posępne nuty i melancholijny klimat, najlepiej uchwycone w Pure Cold i Peninkulma. Dalekie są jednak od typowo sludge'owych depresorów. Ogółem muzyka wybornie smolista, dobrze korespondująca z okładkowym nurkiem w mosiężnym hełmie.
Ulubione: Taxbear, Backwoods, Pure Cold


12. Slowdive – Slowdive
[shoegaze/dream pop, UK]
Zaznaczę to na początku: nie umiem w klasycznie pojmowany shoegaze. Poza być może jednym wyjątkiem potwierdzającym regułę, nigdy nie udało mi się wkręcić w te płyty z lat 90, z jednej strony rozmarzone, a z drugiej walące po uszach ścianami dźwięku. Nie wiem zatem, co skłoniło mnie do odpalenia Star Roving, singla z nowego albumu zmartwychwstałego Slowdive, ale okazało się to strzałem w dziesiątkę. Zadziwiająco chwytliwa melodia, umiarkowanie hałaśliwe gitary, a to wszystko przy zachowaniu odpowiednio marzycielskiego charakteru. Shoegaze w wykonaniu nowego Slowdive jest zresztą mocno stonowany, oscylujący raczej wokół dream popu, co daje się odczuć zwłaszcza w Slomo czy Sugar for the Pill. Całość nie jest może tak energiczna jak singiel, ale i tak totalnie pochłaniająca. Nie odnoszę się do starszych płyt, bo przykładowo Souvlaki odpuściłem sobie po jednym obsłuchaniu, ale z perspektywy dyletanta te dwadzieścia lat przerwy między albumami zrobiło im doskonale. Zdecydowanie najlepsza rzecz w kategorii sentymentalnego grania, jaką słyszałem w tym roku.
Ulubione: Star Roving, No Longer Making Time, Go Get It


11. Ulaan Passerine – The Landscape of Memory
[psychedelic folk, US]
Już od jakiegoś czasu delektuję się twórczością Stevena R. Smitha, i chociaż spenetrowałem może dopiero jakąś połowę z jego obszernej dyskografii (licząc ze wszystkimi pobocznymi projektami), to jestem absolutnie zafascynowany tym człowiekiem. Niesamowita jest u niego mnogość pomysłów, różnorodność podejścia do psychodelii i wytrwałość w eksploracji folkowych rubieży. A Ulaan Passerine wyrasta obecnie na jeden z najciekawszych odłamów jego twórczości. Wydany niedawno pod tym szyldem The Landscape of Memory jest zaskakująco intensywny jak na album o tak minimalistycznym charakterze. Muzyka płynie sobie tu niespiesznie w ciepłym, nostalgicznym tonie, przenosząc się często w rejony ambientowe, a przy tym, jak mało co, pobudza emocje i wyobraźnię. Dwie długie kompozycje, zbudowane wyłącznie w oparciu o gitarę, skrzypce i klawisze to rzecz, w której można bez reszty się zatopić (zwłaszcza w ich początkowych fragmentach). Rzadko kiedy tytuł płyty tak idealnie oddaje muzykę. Poezja.


Na razie to tyle. Pierwsza dziesiątka pojawi się prawdopodobnie jeszcze w tym roku. A tymczasem: wesołych świąt.
S.

sobota, 31 grudnia 2016

20:16

Zleciał trzeci rok mojej blogowej egzystencji. W ostatnich tygodniach zabrakło mi co prawda trochę weny na opisanie wszystkiego, co planowałem, ale standardowego podsumowania postanowiłem sobie nie odpuszczać.
Pewnie wypadałoby zacząć ten wpis od tragicznego spustoszenia, jakie 2016 rok poczynił wśród bardziej lub mniej mainstreamowych muzyków (przez co zresztą stał się już memem), ale daruję sobie szczegóły z racji hipsterskiego charakteru tego bloga. Zamiast tego będzie o pozytywnych aspektach mijającego roku, czyli o najciekawszych albumach i zabójczych koncertach. Na początek więc tradycyjnie idzie lista moich 20 faworytów – jak zwykle wybór czysto subiektywny. Ranking raczej nie będzie zaskoczeniem dla kogoś, kto śledził starsze notki, chociaż pojawia się na niej też parę rzeczy, o których do tej pory nie było mowy. Ale od razu uprzedzam, że ostatniego Bowiego ani Cohena tu nie znajdziecie (mimo że to dobre płyty). Jedziemy zatem od końca:


20. Dead Horse One – Season of Mist
[shoegaze/psychedelic rock, FR]
Jedno z moich ostatnich odkryć, jednak zdecydowanie warte wzmianki, choćby symbolicznie na 20 miejscu. Świetne połączenie marzycielskiego shoegaze'u z psychodelicznymi odpływami, lub w skrócie: My Bloody Valentine na kwasie.
Ulubione: Season of Mist, Mesmerize Me, Sons of God






19. Quilt – Plaza
[retro/indie/psychedelic rock, USA]
Najsmaczniejsza rzecz z szeroko pojętego retro grania, do jakiej się ostatnio dokopałem. Niebywale lekkie, cieplutkie i sympatyczne piosenki w subtelnie psychodelicznej, popowo-rockowo-folkowej stylistyce. I ta okładka!
Ulubione: Roller, Eliot St., Own Ways






18. Yawning Man – Historical Graffiti
[desert rock, USA]
Argentyńskie tango na kalifornijskiej pustyni. Twórcy stonera udowodnili, że w dalszym ciągu potrafią tworzyć śliczne kompozycje, na dodatek z nietypowym instrumentarium. Najciekawsza studyjna odsłona Yawning Man.
Ulubione: The Wind Cries Edalyn, Historical Graffiti






17. The KVB – Of Desire
[psychedelic/post-punk, UK]
Powrót brytyjskiego duetu do wpadających w ucho piosenek jest stanowczo warty odnotowania. Pyszna mieszanka shoegaze'owych gitar, pulsujących bitów i lekkiego kwasu, a to wszystko w post-punkowych ramach.
Ulubione: Night Games, Silent Wave, Never Enough






16. Josefin Öhrn + The Liberation – Mirage
[psychedelic rock/krautrock, SE]
Szwecja twardo stoi psychodelią, a ze wszystkich tego typu rzeczy, które się tam ukazały tego roku, Josefin Öhrn urzekła mnie najbardziej. Mniej tu krautów niż na debiucie, ale i tak jest wybitnie transowo, a przy tym chwytliwie.
Ulubione: Sister Green Eyes, Rainbow Lollipop, Imagine You





15. Vysoké Čelo – Liście na Księżycu
[psychedelic folk/ambient, PL]
Wyśmienity debiut polskiego duetu, mocno inspirowany dokonaniami Stevena R. Smitha. W skrócie, to relaksująca muzyka, przywołująca obrazy natury na obcych planetach. Totalnie niszowa rzecz, co jednak nie umniejsza jej wartości.
Ulubione: Erdő, Zniknął Cały Las






14. Dälek – Asphalt for Eden
[experimental rap/noise, USA]
Dälek nie wypuścił jeszcze słabej płyty, a tą nową przebija inne pozycje z tegorocznych nietypowych rapsów. Jak zwykle to nawijka z przekazem na hałaśliwych tłach, ale przy tym wyjątkowo słuchalna.
Ulubione: Critical, 6dB, Control






13. Entropia – Ufonaut
[black metal, PL]
Zmiana stylistyki Entropii, z lirycznej na brutalnie kwasową, zdecydowanie wyszła im na dobre. Ten album to jeden potężny, międzygalaktyczny strzał w mordę. A przy tym bodajże jedyny w swoim rodzaju przykład kosmicznego black metalu.
Ulubione: Samsara, Apogeum, Mandala





12. La Femme – Mystère
[new wave/psychedelic/surf rock, FR]
Moja sympatia dla tej hipsterskiej ekipy musiała zaowocować umieszczeniem ich na tej ekskluzywnej liście. Gatunkowy chaos, humorystyczna ironia i świetne piosenki. Mniej przebojowe niż na debiucie, ale w dalszym ciągu znakomite.
Ulubione: Où Va le Monde, Exorciseur, Elle Ne T'Aime Pas, Always in the Sun





11. Crippled Black Phoenix – Bronze
[progressive/post-rock, UK]
Nie spodziewałem się, że nowy CBP okaże się tak dobry. Odrobinę mniej tu liryzmu niż ostatnim razem, za to spore ilości srogich riffów, garść pinkfloydowych inspiracji i parę melancholijnych arcydzieł. Z pewnością jeden z ich najlepszych albumów.
Ulubione: Champions of Disturbance, Goodbye Then, Turn to Stone





10. Bellhound Choir – Imagine the Crackle
[blues/folk, DK]
Dwa lata temu na podobnej pozycji wylądował u mnie Pet the Preacher, a teraz równie mocny okazuje się solowy projekt jego wokalisty. Zbiór smutnawych piosenek, gatunkowo gdzieś pomiędzy bluesem a folkiem, zdobył moje serce.
Ulubione: Bad Dreams, No Roads Left to Follow, Distant Horizons





9. Mythic Sunship – Ouroboros
[stoner/space/psychedelic rock, DK]
Właśnie takie płyty najbardziej do mnie trafiają: ciężka, bezkompromisowa psychodelia w jammowym stylu i klimacie kosmicznych tripów. Rzecz na miarę Earthless, zasługująca na znacznie większą uwagę.






8. Navajo Witch – Ghost Sickness
[doom/sludge, USA]
Moja lista nie byłaby kompletna bez porcji monstrualnie ciężkiego grania. Debiut Navajo Witch wpadł mi w ucho jak mało co w tym roku, za sprawą miażdżących, a przy tym niezwykle bujających riffów. Bardzo sympatyczny doom.
Ulubione: Black Curse, Rites of Divination, Void






7. Sunnata – Zorya
[doom metal, PL]
Kierunek w jakim rozwija się Sunnata napawa optymizmem. Nowym albumem ostro dołożyli do pieca – te posępne kompozycje o gargantuicznych riffach i kwasowo-grunge'owym posmaku to naprawdę świetna sprawa.
Ulubione: Long Gone, New Horizon






6. Jack Broadbent – Portrait
[blues, UK]
Ciężko znaleźć równie autentycznego i osobistego bluesa. Broadbent zachwyca zarówno pod względem technicznym, jak i emocjonalnym. Ta płyta często towarzyszyła mi w tym roku i pewnie nie raz jeszcze do niej wrócę.
Ulubione: Gone, Gone, Gone, Underneath the Rain, Along the Trail of Tears (Still Cryin')





5. ZUN – Burial Sunrise
[psychedelic/desert rock, USA]
Nikt nie przekaże za pomocą dźwięków klimatu kalifornijskich pustkowi tak jak członkowie tamtejszej sceny. Ekipie Yawning Man, do pary z Garcią i Timms, udało się stworzyć ślicznie obrazową muzykę, w mocno tripowej, hipnotycznej formie. Rarytas.
Ulubione: Nothing Farther, All for Nothing, All that You Say I Am




4. Alcest – Kodama
[post-black metal/shoegaze, FR]
Neige powrócił z krainy delikatnego shoegaze'u do cięższych klimatów w stylu Écailles de Lune, czym idealnie trafił w mój gust. Rozmarzone tła ścierają się tu z dynamicznym graniem i dzikością blastów. Tak podany liryzm do mnie przemawia.
Ulubione: Kodama, Oiseaux de Proie, Onyx






3. 1000mods – Repeated Exposure to...
[stoner rock, GR]
Złotego muscle cara za najstonerowszy album zdobywa w tym roku 1000mods. Grecy wykrzesali z siebie porcję energetycznych i zabójczo chwytliwych riffów, wybijających się ponad generycznego stonera. Obowiązkowy soundtrack na lato.
Ulubione: Above 179, The Son, A.W.





2. Emma Ruth Rundle – Marked for Death
[post-rock/folk, USA]
Emma Ruth Rundle w czołówce to już u mnie standard. Jej głęboko emocjonalne, smutne piosenki nieustannie fascynują, także w tegorocznej, surowszej i cięższej odsłonie. Przede wszystkim to jednak śliczne melodie i melancholia w najlepszej postaci.
Ulubione: Protection, Medusa, Furious Angel





1. Causa Sui – Return to Sky
[stoner/psychedelic rock, DK]
Przyznaję, płytę roku miałem wybraną już w marcu. Nowa Causa Sui wzbudziła we mnie prawdziwy zachwyt, za sprawą powrotu do stylu znanego z Summer Sessions. Udało im się stworzyć idealnie zbalansowane kompozycje, łączące stonerowe riffy z cieplutkim, psychodelicznym pływaniem. Dzieło sztuki pustynnego grania.
Ulubione: Dust Meridian, The Source, Dawn Passage



Tak prezentuje się moja najulubieńsza dwudziestka, ale oczywiście albumów w moim guście przewinęło się w tym roku znacznie więcej. O większości takich płyt była już na blogu mowa, więc teraz wspomnę tylko o kilku wartych odnotowania pozycjach, które do tej pory nie były tu wymieniane.
Warte uwagi są przede wszystkim dwie znakomite epki, które nie znalazły się w rankingu tylko dlatego, że nie są pełnowymiarowymi wydawnictwami. Pierwszą z nich (z coverami Black Sabbath i Type o Negative) wydał doomowy Pallbearer, czym ostatecznie mnie do siebie przekonał, a drugą nasz rodzimy Ampacity, który połączył progresywne łamańce ze swoim starym, klasyczno-spacerockowym stylem. W dalszej kolejności, bardzo dobry album wypuścił tym razem King Dude, przedkładając surowe riffy nad neofolkowe brzdąkanie. Ciekawie wypadł nowy Goat, idący w stronę krautrockowych tripów, a z tego samego, szwedzkiego podwórka pozytywne wrażenie zrobiły też na mnie powracające po paru latach Asteroid (retro/stoner-psych) i Suma, pokazująca depresyjnie ciężkie, doomowo-sludge'owe oblicze, chociaż bardziej przystępne niż ostatnim razem. Z podobnych brzmień, wysoki poziom trzyma Crowbar (choć płytka podoba mi się odrobinę mniej niż poprzednia) i kojarzony z doomem, ale niemający z tym gatunkiem wiele wspólnego 40 Watt Sun. Rozważałem wrzucenie go na listę, ale przecudny pierwszy utwór to trochę za mało – cała reszta kawałków o poziom niżej.
Skoro już zacząłem smęcić: nie porwał mnie znów nowy Red Fang, ale to akurat było do przewidzenia. Czegoś znacznie ciekawszego oczekiwałem za to po Wolf People – podobnie jak na Mondo Drag, za dużo tu retro-międlenia, a za mało momentów przykuwających uwagę i zwyczajnie chwytliwych piosenek. Niespecjalnie przypadł mi do gustu Blindead, choć to akurat ze względu na nowego wokalistę, bo muzycznie jest całkiem nieźle. Słabo (mimo paru dobrych kawałków) prezentuje się wreszcie Seasick Steve, któremu zabrakło chyba pomysłów na tak obszerny album i zaczął powtarzać swoje stare riffy. Największym rozczarowaniem jest jednak Electric Wizard, który zapowiedział nowy album na Halloween, po czym go nie wypuścił. Tak po prostu.

Odnośnie samej muzyki to już wszystko, ale w postanowiłem wrzucić jeszcze bonus: mini plebiscyt na okładkę roku. Kilka albumów wyjątkowo spodobało mi się od strony graficznej (a całkowitym przypadkiem w większości to też rzeczy wyśmienite muzycznie) i grzechem byłoby nie pokazać tych prac w większej rozdzielczości. A zatem:


5. Pallbearer – Fear & Fury

 
4. Causa Sui – Return to Sky


3. Wolf People – Ruins


2. Quilt – Plaza


1. La Femme – Mystère


Przy okazji podsumowania muszę też wspomnieć o koncertach. Najciekawsze występy, w których miałem okazję uczestniczyć, doczekały się moich relacji, a dla przypomnienia, był to autentycznie pustynny Yawning Man i coś z przeciwnego bieguna, czyli bijący chłodem Alcest. Z wydarzeń, o których nie wspomniałem na łamach bloga, wypada teraz wymienić genialny, kosmicznie transowy Föllakzoid do pary z Lonker See, prymitywnie doomowy Conan i polskie kwasowe combo, czyli Ampacity, Merkabah i Entropię na jednym koncercie. Poza tym sporo ciekawych rzeczy odbywało się w Gdyni, a to za sprawą świetnej roboty wykonanej przez ekipę Electric Herring. Ściągnęli tu m.in. The Flying Eyes, Asteroid i Fatso Jetson, i trochę żałuję, że nie wybrałem się na żaden z nich. Najważniejsze jednak, że nie ominął mnie Yawning Man, bo to było coś, co zapamiętuje się naprawdę na długo.

Wolę nie wspominać o oczekiwaniach na przyszły rok, bo za każdym razem rozczarowuję się rzeczami, które tu wymieniam. Zaryzykuję tylko jedno stwierdzenie: liczę na świetny album od Crystal Fairy. To świeżutki projekt, za którym stoją Buzz i Dale z Melvins, Omar Rodriguez-López (The Mars Volta, At the Drive-In) i wokalistka Le Butcherettes. Wypuszczone do tej pory kawałki bardzo dobrze rokują na przyszłość, więc co do tego wydawnictwa akurat nie mam obaw. Prócz tego paru innych wykonawców zapowiedziało już nowe płyty, ale nic o nich nie napiszę aż do premiery. Zapeszanie wychodzi mi zbyt dobrze.

Na koniec, podziękowania dla osób, które czytają moje wypociny i zaglądają tu nawet bez okazji. Blog pozostaje żywy, chociaż pewnie ze standardowymi, długimi przerwami.
Sobie i wszystkim odwiedzającym życzę samej dobrej muzyki w nowym roku.
S.